publicystyka filmowa

7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH współczesnych FILMÓW

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Wszyscy je popełniamy. Każdy jest coś winien – nie tylko pieniądze za nielegalną kulturę. Kino także nie jest od nich wolne – zwłaszcza to współczesne, a przede wszystkim (acz nie tylko) amerykańskie, które trochę zboczyło z właściwej ścieżki. Oto siedem grzechów głównych X muzy XXI wieku. Na luzie.

I. Pycha twórcza

Nie ma co się oszukiwać – większość artystów to z natury próżni ludzie. Są jednak wśród nich tacy reżyserzy (nie będę wskazywał palcami, Quentin), którym wystarcza obecnie praktycznie sama siła nazwiska, a nie jakość i waga gotowego dzieła. Co by nie nakręcili, to i tak wynoszeni są pod niebiosa – szczególnie gdy w parze z tym artystycznym mają zagwarantowany też sukces kasowy (bracia Russo zapewne długo jeszcze będą pupilkami Disnervela*, choć naprawdę nie widzę różnicy pomiędzy nimi a innymi nazwiskami odbijającymi tam karty). I jeśli ktoś odważy się na jakąkolwiek krytykę ich dzieł, w starciu z zastępami oddanych fanów jest z góry skazany na porażkę.

Tacy twórcy szybko wpadają w sidła własnego stylu, przekonani o swojej nieomylności, której towarzyszy wolna ręka w osiągnięciu upragnionego celu, odpowiednio rozbuchany budżet i gwarancja, że nikt im się nie będzie wpychał z butami w ostateczny wygląd filmu. Wszystko to w pewnym momencie kończy się przerostem formy nad treścią oraz niemającymi końca seansami, które odbijają się widzowi czkawką (patrz też: Nieumiarkowanie). A jeśli taki delikwent jest dodatkowo swoim szefem (wszystkich szefów), to mamy praktycznie gwarantowane, że prędzej czy później na dobre utonie we własnej zajebistości – jak „nasz” Mr. Vega czy zaginiony w akcji na Pandorze Cameron, James Cameron. Ale, żeby nie było, pycha ma także swoje dobre strony. Pozwala uwierzyć, iż nawet najbardziej mizerny projekt nabierze kolorków dzięki pewnym nazwiskom. I że sequele Avatara nadal mają sens…

II. Chciwość zadowolenia wszystkich

Już dawno kina nie robiono tak mocno pod publiczkę, jak teraz.

Ergo żądza pieniądza. Filmy od zawsze próbowano wszelkimi sposobami przystosować dla jak najszerszego grona odbiorców. W końcu liczba zer na koncie musi się zgadzać, żeby było za co kręcić kolejne produkcje. Dawno już jednak kina nie robiono tak mocno pod publiczkę, jak teraz. Z jednej strony mamy przestrzegane jak mantrę (i niestety wygląda na to, że nieśmiertelne) PG-13, czyli w teorii coś zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Tym sposobem poważne historie są wypełniane śmieszkami albo tonowane przez wzgląd na najmłodszych i tak naprawdę nie nadają się ani dla jednych, ani dla drugich.

Z drugiej strony twórcy włażą w tyłek każdej możliwej grupy etnicznej i/lub mniejszościowej. W końcu jak na drugim planie przemknie jakiś Hindus, to na film pójdą całe Indie. A jak część akcji nagle umieścimy w Chinach, to Państwo Środka zwróci nam rozbuchany budżet. A gdy zamiast faceta po mordach lać będzie chuda jak patyk baba, to wszystkie laski z automatu dodadzą film do ulubionych i umieszczą go w swojej domowej biblioteczce. Prawda? Coraz częściej powstaje więc nie film z prawdziwego zdarzenia, ale istna wieża Babel za zdecydowanie zbyt dużo pieniędzy. Produkt działu marketingu, w którym ważniejsze są procenty udziału oraz dobry wizerunek wszystkich przedstawionych kolorów tęczy i skrótów literowych długości całego alfabetu aniżeli dobra historia – a to właśnie ona przede wszystkim ujmuje widownię. Każdego typu.

III. Nieczystość gatunkowa

Drzewiej jakoś łatwiej było sklasyfikować dany film. Jak coś było horrorem, to było horrorem, nawet jeśli zawierało elementy dramatu lub towarzyszyły mu mało subtelne żarty. A jak coś było komedią, to było komedią, nawet taką o duchach. Obecnie co drugi film jest jak szampon trzy w jednym (a nawet pięć w jednym), czyli usuwa łupież, odżywia włosy, sprawiając, że zawsze są lśniące i puszyste, oraz łagodzi podrażnienia skóry. A do tego wali mango czy innym kokosem przez cały tydzień od umycia. No cóż, na pewno lepsze to od niebiorącego jeńców (ani włosów) szamponu „Samson”, jednak wraz z wcześniejszym grzeszkiem tylko podwaja ekranowy chaos. A wraz z nim również zagubienie widza, który idąc na gatunkowego mieszańca, nie wie, czy w danej scenie ma śmiać się, bać się czy może płakać. A może wszystko naraz? Prawdziwy, kurka, Midsommar mózgu…

IV. Zazdrość o widza

Pozornie niewidzialna, ale tylko do pewnego momentu – najczęściej premiery filmu albo chociaż jego zajawki (obecnie poprzedzanej szumnie trailerem jej samej – najwyraźniej zaszliśmy już tak daleko w ewolucji, że musimy zwiastować zwiastuny przed zwiastunami). Wyścig o kasę jest oczywisty, ale wykracza już daleko poza zdrową konkurencję typu: „wypuśćmy nasze filmy w podobnym terminie i niech wygra lepszy”. Teraz wszak nie ma lepszych per se. Są tylko lepiej rozreklamowane, precyzyjniej wycelowane, trafniej dopasowane do gustów oraz trendów, którym włodarze fabryki snów zdecydowanie zbyt łatwo ulegają, zamiast sami je tworzyć bądź wyznaczać nowe. Stąd obecne na porządku dziennym (i w sumie w jakiś sposób naturalne od zarania filmowych dziejów) podkradanie lub przerabianie pomysłów konkurencji, ale też liczne dokrętki i uskuteczniane na ostatnią chwilę, gorączkowe przemontowywania filmów wskutek obserwacji odbioru dzieł rywali. Wszak jeśli publika pokochała ich luzacki sposób narracji, to podobnie powinniśmy postąpić w naszym całkowicie poważnym dramacie (historyczno-fantastyczno-przygodowo-rysunkowym). No cóż, jak to dobrze, że Robocop czy inna Gorączka nigdy nie musiały konkurować z Marvelem…

* – wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie zabronione.

Ostatnio dodane