Publicystyka filmowa
KOMEDIE ROMANTYCZNE dla ANTYFANÓW gatunku
Znienawidzisz KOMEDIE ROMANTYCZNE? Oto 12 propozycji, które zaskoczą nawet największych antyfanów tego gatunku!
Druga połówka nalega w walentynki na obejrzenie komedii romantycznej, a ty nienawidzisz tego gatunku z całego serca? Nie bądź bez serca! Przedstawiamy 12 komedii romantycznych, które nie są ani trochę kiczowate, cukierkowe, banalne czy ckliwe. Którą z nich wybierzesz na ten wieczór?
W zestawieniu uwzględniliśmy tylko filmy, które faktycznie można zaliczyć do gatunku, a nie jedynie posługujące się konwencją komedii romantycznej (Lewy sercowy, 500 dni miłości, Zakochany bez pamięci).
Czas na miłość (2013, reż. R. Curtis)
Komedia romantyczna, która eksperymentuje z narracją, bawi się w alternatywne linie czasowe i pożycza pomysły z kina science fiction? Czas na miłość to z pewnością nietypowy przedstawiciel gatunku. Główny bohater jest obdarzony darem podróżowania w czasie i postanawia wykorzystać ten talent do odnalezienia miłości życia, a jego wybór waha się między uroczą Rachel McAdams i wyzywającą Margot Robbie. Trzeci reżyserski film Richarda Curtisa to dowód na to, że komedie romantyczne też mogą być inteligentne, nieść mądry przekaz i nie kreować nierealistycznych oczekiwań wobec związków. Jeśli w komediach romantycznych najbardziej przeszkadzają ci scenariuszowe głupotki, to odczarowywanie tego gatunku powinieneś zacząć od zapoznania się z filmami, do których scenariusze pisał właśnie Curtis – To właśnie miłość, Notting Hill, Cztery wesela i pogrzeb, Dziennik Bridget Jones, Yesterday. Choć urodził się w Nowej Zelandii, to jemu brytyjska komedia romantyczna zawdzięcza swój charakter i kształt.
Orzeł kontra rekin (2007, reż. T. Waititi)
Skoro już jesteśmy przy Nowej Zelandii: zanim Taika Waititi zgarnął Oscara za scenariusz do Jojo Rabbit, a także pokazał światu, co robimy w ukryciu i w Asgardzie, to kręcił cudowne, bezpretensjonalne filmy, takie jak Boy czy właśnie Orzeł kontra rekin. Ten drugi film jest komedią romantyczną idącą na wspak wszystkim schematom i kliszom gatunku, do tego doprawioną specyficznym poczuciem humoru reżysera. Orzeł kontra rekin nie można jednak nazwać parodią komedii romantycznych. Bohaterka jest brzydkim kaczątkiem, które pod wpływem miłości wcale nie zamienia się w łabędzia. Bohater nie traci dla niej głowy, jest gburowaty i tak daleki od obiektów westchnień ze standardowych rom-comów, jak to tylko możliwe. To jej zależy bardziej, to ona się za nim ugania.
Oboje są uroczymi dziwakami, lekko aspołecznymi i zdecydowanie oderwanymi od rzeczywistości – a przede wszystkim o wiele prawdziwszymi i ciekawszymi od miałkich, niepogłębionych, pełniących czysto eskapistyczną funkcję postaci, które niestety zbyt często zaludniają pierwsze plany komedii romantycznych.
Piętro wyżej (1937, reż. L. Trystan)
Najprawdopodobniej na sam dźwięk frazy „polska komedia romantyczna” dostajesz spazmów obrzydzenia i flashbacków z tych wszystkich nieudanych randek, kiedy to łatwowiernie postanowiłeś zaufać propozycjom dla zakochanych serwowanym przez multipleksy. Być może nie wiesz jednak, że to Polacy nakręcili jedną z najbardziej udanych przedwojennych komedii romantycznych! Nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady – Piętro wyżej spokojnie można postawić na jednej półce obok Ich nocy Franka Capry. Film Leona Trystana jest prześmieszną komedią omyłek połączoną z musicalem, a także prawdziwym popisem kunsztu grających zakochaną parę gwiazd: Eugeniusza Bodo i Heleny Grossówny. Obraz nic nie stracił ze swojego wdzięku i będzie doskonałą propozycją dla widzów uprzedzonych zarówno do komedii romantycznych, jak i do starych filmów.
Not Another Happy Ending (2013, reż. J. McKay)
Ta brytyjska komedia romantyczna toczy się w światku literackim i wydawniczym. Redaktor z podupadającego wydawnictwa (bardzo przystojny Stanley Weber) usiłuje wycisnąć ze swojej najzdolniejszej pisarki (rudowłosa Karen Gillan) wszystkie kreatywne soki… unieszczęśliwiając ją na różne sposoby. Nie od dziś wiadomo przecież, że wszelkie smutki i nieszczęścia tworzą największe dzieła sztuki. Jak łatwo się domyślić, wydawca w trakcie „unieszczęśliwiania” zakochuje się w pisarce… Świetna propozycja dla tych, którym w komediach romantycznych najbardziej przeszkadza „przezroczysty”, bezpieczny humor i brak indywidualnego charakteru. Not Another Happy Ending oferuje nietuzinkowych bohaterów, świeże spojrzenie na gatunek i lekko satyryczny portret środowiska literackiego.
Wiele hałasu o nic (1993, reż. K. Branagh)
Uważasz komedię romantyczną za gatunek gorszego sortu? Za coś, czego oglądanie nie przystoi osobie z wyrobionym gustem filmowym? Nie snobuj się tak. Podwaliny tego gatunku stworzyli najwybitniejsi europejscy dramaturdzy, z Williamem Szekspirem na czele. Może warto sięgnąć do korzeni i poznać komedię romantyczną, która stanowi zarazem klasykę literatury? Tak się składa, że Wiele hałasu o nic doczekało się bardzo udanej ekranizacji. Na ekranie prawdziwa aktorska śmietanka: Kenneth Branagh, Emma Thompson, Michael Keaton, Kate Beckinsale, Keanu Reeves i Denzel Washington. A może skusi Cię komedia romantyczna od Szekspira we współczesnej reinterpretacji? Zabaw się w detektywa i sprawdź, ile z Poskromienia złośnicy zostało w Zakochanej złośnicy z Julią Stiles i Heathem Ledgerem.
Śniadanie u Tiffany’ego (1961, reż. B. Edwards)
https://www.youtube.com/watch?v=Q7SI7N22k_A
Można być obojętnym na komedie romantyczne, ale nie na wdzięk Audrey Hepburn. Urodzona w Belgii aktorka chyba nigdzie indziej nie czarowała równie mocno, co w tym słynnym filmie. Adaptacja opowiadania Capotego odeszła daleko od literackiego pierwowzoru, zamieniając gorzką opowieść o prostytucji i zblazowanych elitach w przeuroczą komedię romantyczną.
Śniadanie u Tiffany’ego to klasyk, który powinny obejrzeć nawet osoby dostające gęsiej skórki na samo hasło „komedia romantyczna”. Elegancja dawnej nowojorskiej socjety, kultowa czarna sukienka Givenchy, Moon River i pocałunek w deszczu, który zostawia w tyle wszystkie późniejsze filmowe pocałunki w deszczu – tyle wystarczyło, by przejść do historii. Nim seans dobiegnie końca, nabierzesz ochoty na kolejne spotkanie z Audrey Hepburn (polecamy inne klasyki: Zabawną buzię, Sabrinę i Rzymskie wakacje).
Dzień świstaka (1993, reż. H. Ramis)
W lutowy dzień świętego Walentego przenieśmy się do małego, zasypanego śniegiem miasteczka, by razem z głównym bohaterem przeżywać wciąż ten sam dzień i wciąż od nowa uwodzić Andie MacDowell. Specyficzny humor Billa Murraya i oryginalny koncept rodem z kina science fiction sprawiają, że cukier romantycznej komedii trawi się wyjątkowo łatwo. Nawet najwięksi przeciwnicy gatunku nie dostaną mdłości. Film Ramisa odważnie sięga po absurd i ma tak przyjemny, przytulny, „najntisowy” klimacik, że ani chybi ogarnie cię poczucie nostalgii – choć sam nie będziesz wiedział, za czym.
Nieco podobny motyw co w Dniu świstaka wykorzystano w popularnej komedii 50 pierwszych randek – tam Adam Sandler nieustępliwie zdobywał cierpiącą na zaniki pamięci Drew Barrymore.
Ruby Sparks (2012, reż. J. Dayton, V. Faris)
„Surrealistyczna komedia romantyczna” – czytamy na Filmwebie. „Film komediowy z gatunku fantasy” – mówi nam Wikipedia. Jakkolwiek by nie nazywać tego oryginalnego obrazu, powinien on przypaść do gustu miłośnikom dziwnostek i miszmaszy gatunkowych. Paul Dano wciela się w pisarza, który tworzy postać literacką o imieniu Ruby – dziewczynę swoich marzeń. Pewnego dnia bohaterka jego książki niespodziewanie ożywa, a między twórcą a wytworem jego wyobraźni nawiązuje się miłosna relacja. Film twórców Małej Miss wyróżnia się na tle sztampowych komedii romantycznych ciekawym konceptem i udanym scenariuszem, którego autorka, Zoe Kazan, wcieliła się na ekranie w tytułową postać Ruby.
Garsoniera (1960, reż. B. Wilder)
W sztuce trudno o lekkość. Kategorie takie jak wdzięk i gracja nie są wcale łatwe do osiągnięcia: wystarczy jedno zbyt mocne pociągnięcie krechą, by cały urok prysł, a efekt końcowy osunął się w banał, infantylizm i kicz. Mistrzem i patronem tworzenia uroczych, „lekkich” filmów był Billy Wilder, a do jego najbardziej udanych komedii należy – obok Pół żartem, pół serio – właśnie Garsoniera. Film po latach nadal bawi, a inteligentnie napisana i bezpretensjonalna historia miłosna wciąga. Na pierwszym planie lśni tutaj Shirley MacLaine, przez większość widzów kojarzona raczej ze swoimi późniejszymi występami (Stalowe magnolie, Czułe słówka). W młodości znak rozpoznawczy aktorki stanowiło doskonale wyważone połączenie słodyczy i łobuzerskiego, niemal chłopięcego wdzięku. Warto przypomnieć sobie ten klasyk choćby dla niej – i dla partnerującego jej Jacka Lemmona.
Kiedy Harry poznał Sally (1989, reż. R. Reiner)
Ten film warto obejrzeć nie tylko ze względu na Meg Ryan udającą orgazm w restauracji – choć to bez wątpienia jedna z najbardziej ikonicznych scen lat 80. Rozgrywające się na obszarze 12 lat perypetie związkowe Sally i Harry’ego to jedna z najsłynniejszych historii miłosnych amerykańskiego kina, którą każdy fan filmów powinien znać. Twoim głównym zarzutem przeciwko komediom romantycznym jest to, że wbrew swojej gatunkowej nazwie nie są ani romantyczne, ani śmieszne? Klasyk Reinera spełnia oba te kryteria.
Kiedy Harry poznał Sally to film z pazurem, potrafiący w jednej scenie wywołać salwy śmiechu, by w następnej prawdziwie wzruszyć. Oscar dla autorki scenariusza, Nory Ephron, był w pełni zasłużony.
Poradnik pozytywnego myślenia (2012, reż. D. O. Russel)
Komedia romantyczna poruszająca tak trudne tematy jak problemy psychiczne? David O. Russell pokazuje, że można. Jego przebój sprzed kilku lat zbliża się momentami w stronę dramatu i otwarcie mówi o depresji, załamaniu nerwowym, niskiej samoocenie – a przecież całość pozostaje od początku do końca ciepła i angażująca. O sukcesie tego filmu zadecydowała przede wszystkim świetnie napisana para głównych bohaterów (Bradley Cooper i Jennifer Lawrence), których problemy są poważne, a rozwój relacji realistyczny.
Poradnik pozytywnego myślenia to także popis aktorów, przede wszystkim absolutnie magnetyzującej Lawrence, która udowodniła, że także w komedii romantycznej można stworzyć oscarową kreację, oraz Roberta De Niro, który udowodnił krytykom i chyba też samemu sobie, że pamięta jeszcze, jak się gra.
Annie Hall (1977, reż. W. Allen)
To być może najbardziej allenowski z filmów Allena, zdaniem wielu też najlepszy. Oglądając najnowsze produkcje tego reżysera, łatwo zapomnieć, jak pomysłowym był twórcą u szczytu swojego talentu, kiedy to neurotyzm jego bohaterów nie stał się jeszcze manierą, a dialogi pozostawały błyskotliwe, najeżone kulturowymi nawiązaniami i trafnymi spostrzeżeniami, nie osuwając się ani przez moment w stronę pretensjonalności. Annie Hall to jednak nie tylko Woody Allen, ale i życiowa rola Diane Keaton, na której uroku osobistym opiera się ten film. To chyba klucz do sukcesu komedii romantycznej – powinniśmy zauroczyć się w obiekcie westchnień równie mocno jak bohater lub bohaterka. W Annie Hall zakochają się wszyscy intelektualiści, introwertycy, samotnicy i artyści, którym Allen opowie historię tej miłości.
