Publicystyka filmowa
NIESPEŁNIONE GWIAZDY. Reżyserzy, którzy NIE WYKORZYSTALI swojego potencjału
Którzy reżyserzy nie wykorzystali potencjału, jaki w nich tkwi?
Gdy młody twórca swoim pierwszym czy drugim filmem zyskuje duży rozgłos, krytycy i widownia mają tendencję do okrzykiwania takiej osoby „wschodzącą gwiazdą” czy też „nową nadzieją kina”. Czasem tego rodzaju mesjasze faktycznie przeistaczają się w kolejnych mistrzów (lub przyszłych mistrzów) – przywołać można chociażby Paula Thomasa Andersona czy Damiena Chazelle’a. Czasem jednak z różnych powodów – presji, pecha, przecenienia talentu czy zwyczajnego nietrafienia w dobry moment – objawienia reżyserskie nie spełniają pokładanych w nich nadziei, a ich kariery nie stają się materiałami na kolejne filmoznawcze książki, a jedynie branżowymi CV-kami jakich wiele.
Michael Cimino
Najbardziej klasyczny przypadek niespełnionej wschodzącej gwiazdy wśród reżyserów. Cimino szturmem zdobył świat filmu za sprawą swojego zaledwie drugiego filmu, obsypanego nagrodami i do dziś wymienianego w gronie klasyków kina rozliczającego USA z wojną w Wietnamie – Łowcy jeleni. Sukces tego filmu okazał się jednak paradoksalnie preludium upadku gwiazdy reżysera. Po wielkim sukcesie Cimino dostał niemal nieograniczone zasoby na kolejny projekt, którym były nietrafione artystycznie i nieudane finansowo (nie do końca zresztą wyłącznie z winy twórcy) Wrota niebios.
Klapa rozłożyła na łopatki karierę reżysera, który nakręcił potem jeszcze cztery filmy, które jednak nie osiągnęły ani poziomu, ani rozgłosu porównywalnego z blaskiem chwały Michaela Cimino z końca lat 70. Ostatecznie więc, zmarły w 2016 roku reżyser nigdy nie wypełnił swojego potencjału, by stać się kolejnym klasykiem kina amerykańskiego, kolekcjonującym Oscary i inne statuetki – w historii zapisał się jako „ten gość od Łowcy jeleni”, którego nazwisko w pierwszej chwili może części widowni nic nie mówić.
Christoffer Boe
W 2003 roku Złotą Kamerę w Cannes dla najlepszego debiutu zgarnął duński reżyser, Christoffer Boe. Jego Rekonstrukcja była piękną, mozaikowo skomponowaną na pograniczu romansu i surrealizmu filmową wizją. W osobie Boego całe skandynawskie kino, raczej mocno zakorzenione w psychologicznych i kryminalnych dramatach, odnalazło kolejnego wizjonera, mogącego kandydować do rangi następcy Larsa von Triera. Dwie dekady później wiemy, że nic z tego. Nimb złotego filmowego dziecka rozkruszył się dość szybko, bo już drugi film Duńczyka był w wielu aspektach kopią debiutu, opartą na tych samych motywach i nęcącą tymi samymi zagrywkami.
Choć później Boe nakręcił jeszcze arcyciekawy mockument Offscreen i więcej niż przyzwoity dialog/trawestację Dziecka Rosemary w postaci Bestii, to wyraźnie stał się zakładnikiem swoich manieryzmów, niepozwalających mu rozwinąć się twórczo, podjąć nowych tematów i wypłynąć na szersze wody. W efekcie w ubiegłej dekadzie Boe porzucił festiwalowe ambicje i stawał za kamerą bardziej komercyjnych biografii czy kryminałów. Zamiast kolejnego wielkiego nazwiska w skandynawskim panteonie, stał się ostatecznie kolejnym rzemieślnikiem o chwalebnych początkach.
Nimród Antal
W tym samym roku co Boe na europejskich i światowych salonach zabłysnął węgierski twórca Nimród Antal, autor Kontrolerów. Zabarwiany na czarno komediodramat uosabiał specyficzny rodzaj środkowoeuropejskiego spleenu, ujmując kreacją bohaterów i odwagą pomysłów dramaturgicznych. Film okazał się trampoliną do kariery Antala za Oceanem – reżyser później przyznał, że taki był od początku jego cel. Nie można winić Węgra za „porzucenie” ambitniejszego kina dramatycznego na rzecz kina gatunkowego i akcji, które kręcił potem w USA (i po latach ponownie w Węgrzech), ale już za ich (ni)jakość należy się mu kuksaniec.
Najbardziej pamiętnym dokonaniem Antala są raczej niesławni Predators i to by było na tyle. Antal nie stał się ani klasowym artystą, ani kasowym reżyserem. Ot, rzemieślnik jakich sporo, któremu daleko do chwały, jaką wieszczono mu po przełomowych Kontrolerach.
Benh Zeitlin
Nowojorczyk Benh Zeitlin to jaskrawy i jeden z najświeższych przykładów gwiazdy jednego przeboju. Reżyser solidnie namieszał w sezonie nagród na przełomie 2012 i 2013 roku za sprawą Bestii z południowych krain, nad wyraz zręcznego połączenia realizmu magicznego, coming of age i komentarza ekologicznego. Wydawało się, że tak utalentowany gość jak trzydziestoletni wówczas Zeitlin będzie wracał na oscarowe i nie tylko gale regularnie. Tak się jednak nie stało i na kolejny projekt twórcy przyszło widzom czekać niemal dekadę, przez którą wszyscy zdążyli zapomnieć i jego nazwisko, i przebój sprzed lat, co przyczyniło się prawdopodobnie do przejścia jego Wendy niemal bez echa.
Dziś Zeitlin to wciąż młody twórca, który może jeszcze wystrzelić i wbić się na gwiazdorski firmament, ale widać, że ewidentnie nie wykorzystał ówczesnego momentum i w razie czego musi swoją pozycję w branży budować niemal od zera. Szkoda, bo Amerykanin dał się poznać jako wrażliwy i kreatywny filmowiec, który mógłby wnieść sporo polotu i finezji do zdominowanego przez wyrobnicze schematy mainstreamu.
Duncan Jones
Choć nazwisko ma niepozorne, to kryje się za nim naprawdę epicki rodowód – Duncan Jones jest bowiem synem niejakiego Davida Jonesa, szerzej znanego jako David Bowie. Takiemu dziedzictwu trudno sprostać, jednak w 2009 roku wydawało się, że syn legendy estrady jest na dobrej drodze, by na gruncie innej branży niż ojciec wyrobić sobie naprawdę solidną pozycję na własny rachunek. Jego debiutancki Moon – kameralny dramat science fiction z Samem Rockwellem – zaskarbił Jonesowi dobrą prasę i zaufanie widowni, zwiastując pojawienie się nowego poważnego gracza na polu reżyserii ambitnego kina rozrywkowego.
Niestety trzynaście lat później Moon pozostaje najlepszym i najpopularniejszym dokonaniem Jonesa. Winić należy chyba bezlitosny współczesny rynek filmowy, bo kariera Jonesa stanęła w miejscu po nieudanej próbie wystartowania serii fantasy Warcraft – nieudanej nie z winy reżysera dodajmy, a raczej przestrzelonych kalkulacji studia i nieco zbyt szorstkiej weryfikacji finansowej projektu. Jonesa nie można jeszcze spisywać na straty i być może jeszcze się odbije (choć jego ostatnia wycieczka w rejony sci-fi na to nie wskazuje), jednak na razie można określić jego karierę jako niespełnioną obietnicę narodzin gwiazdy, która jednak coraz bardziej przygasa po początkowym zabłyśnięciu.
Richard Kelly
Trochę jak przed laty Michael Cimino Richard Kelly zabłysnął u progu nowego stulecia zjawiskowym filmem trafiającym w czułe punkty epoki. Donnie Darko wydobywał potężne pokłady lęków i tłumionych traum, które trawiły pokolenie ówczesnych nastolatków i młodych dorosłych. Kelly trafił w dziesiątkę i miał szansę stać się nie tylko etatowym głosem generacji, ale i kolejnym współczesnym mistrzem. Później przyszły jednak perturbacje, trochę scenariuszy kręconych przez kogoś innego i koniec końców Kelly stał się „tym kolesiem od Donniego Darko”, który nie nakręcił już nic godnego uwagi. Pech, a może jednak debiut był jednorazowym błyskiem talentu? Tego nie wiadomo, na pewno pozostaje jednak wczesną i samotną wizytówką obecności Richarda Kelly’ego w świecie filmu.
Dagur Kári
Na początku XXI wieku można było obserwować dynamiczny rozwój młodej islandzkiej kinematografii, która szybko nadrabiała lata opóźnień względem skandynawskich krewnych i zaczęła liczyć się sensownie na rynku europejskim. Jedną z młodych twarzy tej wzrostowej fali był Dagur Kári, którego Nói Albinói (już trzeci przełomowy film z 2003 roku wymieniony na tej liście) stał się festiwalowym hitem, reżysera ustawiając w pozycji wschodzącej gwiazdy, która za parę lat stanie w szeregu z gwiazdami reżyserii wyznaczającymi trendy w kinie autorskim. Tak się jednak nie stało – kolejne filmy Káriego, choć nie można ich uznać za porażki, nie poruszyły świata tak jak Nói Albinói (w tym próba wybicia się na rynku anglojęzycznym w postaci Dobrego serca), a reżyser wpadł w surowe tryby branżowej egzystencji, prowadzące go do wycofania na pozycje akademickie, efektywnie przekreślające szanse na rozbłyśnięcie jego gwiazdy.
Gdy wracał w 2016 roku ze świetnym Fusim, był już raczej wychylającym się z katedry profesorem niż goniącym za sławą autorem. Kári bez wątpienia jest jednym z ciekawszych współczesnych reżyserów w Europie, jednak można powiedzieć, że nie zrealizował w pełni swoich rewelacyjnych perspektyw.
Frank Darabont
W latach 90. Frank Darabont był naprawdę w gazie, tworząc dwa filmy, które szybko stały się kultowe i do dziś królują w różnego rodzaju rankingach i zestawieniach na najbardziej lubiane tytuły w historii. Mowa oczywiście o Skazanych na Shawshank i Zielonej mili, obydwa na podstawie opowiadań Stephena Kinga. Kariera Darabonta straciła jednak impet wraz z kolejnym filmem, Majestic z Jimem Carreyem, który okazał się finansową klapą i wysadził reżysera z właściwych torów. Powrotem miał być trzeci nakręcony na podstawie prozy Kinga film, czyli Mgła, która odniosła jednak umiarkowany sukces.
Ostatnim podrygiem sensownej kariery Darabonta było objęcie posady showrunnera serialu The Walking Dead, z której to jednak pozycji zrezygnował w trakcie kręcenia drugiego sezonu. Koniec końców należy ocenić, że Darabont nie skapitalizował w pełni potencjału manifestowanego w początkach kariery, by stać się hollywoodzkim fachurą o nazwisku gwarantującym zadowolenie widowni i producentów.
Mathieu Kassovitz
Mathieu Kassovitz to przede wszystkim aktor z solidnym dorobkiem w rodzimej Francji, jednak był czas, gdy równie duże, a może i większe nadzieje mógł wiązać ze swoją karierą reżyserską. Jego Mulatka, a przede wszystkim Nienawiść to bardzo wyraziste, do dziś w pewnym stopniu aktualne, filmy ze społecznym nerwem, podejmujące odważnie tematykę podziałów klasowych i napięć etnicznych we Francji. Poza socjologicznym wyczuciem Kassovitz posiadał też talent do konwencji sensacyjnych, co zaowocowało rzetelnymi projektami w tym nurcie (przede wszystkim popularne Purpurowe rzeki).
Niestety, potem przyszedł anglojęzyczny debiut w postaci Gothiki i to by było na tyle, jeśli chodzi o Kassovitza-reżysera. Relatywna porażka komercyjna i artystyczna thrillera, jak się zdaje, storpedowała dalszy rozwój reżysera, który wypadł już chyba na dobre z obiegu (ostatni raz za kamerą stawał w 2011 roku) i nie zdołał wyprowadzić kolejnych filmowych ciosów pokroju Nienawiści ani też regularnie wspierać rodzimego gatunku.
Tobe Hooper
Być może najbardziej kontrowersyjny – czytaj spełniony – reżyser na tej liście. Tobe Hooper nierozerwalnie kojarzyć się będzie z kultową Teksańską masakrą piłą mechaniczną, której wkład w kino grozy trudno przecenić. Niech probierzem tego wpływu będzie fakt, że sama tylko franczyza zapoczątkowana przez Hoopera liczy już dziesięć produkcji, a do inspiracji klasykiem z 1974 przyznawali się chociażby Ridley Scott czy Sam Raimi. Czemu więc uznaję tego twórcę za niespełnioną nadzieję? Cóż, wystarczy rzucić okiem na jego filmografię. Po wprowadzeniu Leatherface’a do popkulturowego kanonu Hooper nigdy na dobrą sprawę nie rozwinął swojego talentu i stylu, nie stworzył nic, co zapisałoby się w historii horroru czy innego gatunku i wywindowało Amerykanina do statusu mistrza pokroju Johna Carpentera, Wesa Cravena czy George’a Romero.
Najjaśniejszym punktem filmografii Hoopera po 1974 roku jest bardzo rzetelny i popularny Poltergeist, narodzony jednak trochę na zewnątrz hooperowskiej konwencji, pozostałe pozycje są zaś albo zapomniane, albo mocno przeciętne. Hooper z natury nie był reżyserem widowiskowym – raczej operującym w niezależnej, skromnej estetyce, ale nie pokusił się o odważniejszą zabawę z samą gramatyką gatunku czy jego społecznymi kontekstami, zanikając jako poważany klasyk gatunku, o ile ktoś nie przypominał sobie o Teksańskiej masakrze w kontekście jakiegoś dokumentu czy wywiadu.
Może to kwestia „wystrzelania” Hoopera przy pierwszym sukcesie, może kwestia zrządzenia losu. W każdym razie jednak mi osobiście szkoda, że kino Tobe’a Hoopera nie dało nam więcej klasyków lub chociaż rzetelniejszych produkcji.
