Recenzje
DZIKA NOC. Głupio, zabawnie i świeżo
Film był miłą niespodzianką w kinach i przy budżecie dwudziestu milionów dolarów zarobił ponad siedemdziesiąt milionów.
Autorem tekstu jest Piotr Żymełka. Filmy świąteczne zazwyczaj przepełnione są ciepłem i radością, a magia tego specyficznego okresu wypływa z ekranu i zalewa wszystko lukrem oraz dobrocią. Istnieje jednak całkiem sporo tytułów, które podchodzą do tematu nieco inaczej. Ot choćby komediowy horror Gremliny Joe Dantego, dwie pierwsze Szklane pułapki, będące przecież rasowymi akcyjniakami, czy przepełniony dosadnym humorem Zły Mikołaj. Do tego grona dołączyła niedawno Dzika noc, szalona produkcja Tommy’ego Wirkoli, pochodzącego z Norwegii reżysera, który lubuje się w karykaturalnej przemocy.
Pomysł wyjściowy jest tyleż intrygujący, co ryzykowny. Scenarzyści wzięli koncept ze wspomnianej Szklanej pułapki (i to do tego stopnia, że można mówić wręcz o remake’u), lecz zmęczonego, sarkastycznego i nieustępliwego policjanta zamienili na równie zmęczonego i sarkastycznego… Świętego Mikołaja. Brzmi wyjątkowo głupio i łatwo można było z tego zrobić niestrawny bełkot. I rzeczywiście jest głupio, lecz jednocześnie cholernie zabawnie i… wdzięcznie. Niby stereotypowo, ale przy tym zaskakująco świeżo. Krew leje się strumieniami, trup pada gęsto, a zrobienie z dobrotliwego grubaska w czerwonym kubraczku z białą brodą, krwawiącego, raczącego się whisky i przeklinającego, skorego do przemocy faceta, okazało się strzałem w dziesiątkę. Dodano mu również kilka nietypowych szczegółów na temat jego przeszłości, ale one też dobrze wpasowują się w całość.
Świetnie dobrano aktora wcielającego się w Mikołaja. David Harbour prawdopodobnie do końca swoich dni będzie kojarzony z szeryfem Hopperem ze Stranger Things i tutaj też widać ślad tamtego bohatera, chociażby w relacji z pewną małą dziewczynką, ale czuć, że artysta miał świadomość w czym bierze udział i świetnie bawił się na planie. Jak przystało na film świąteczny, nie zabrakło elementów ckliwych, które zostały jednak przepuszczone przez ogólną wymowę dzieła i, choć teoretycznie powinny razić i nie pasować do reszty, to jednak idealnie komponują się z pozostałymi elementami.
A że podane w anturażu krwawego akcyjniaka? Tym lepiej. Tutaj na wszystko, począwszy od pseudonimów złoczyńców, aż po relacje panujące w dysfunkcyjnej rodzinie, której członkowie są zakładnikami, należy patrzeć przez ironiczne okulary. Co więcej, dzięki temu mnóstwo pomysłów uchodzi twórcom na sucho. Dla miłośników Wirkoli takie podejście nie stanowi żadnej nowości, bo podobnie odbiera się chociażby jego poprzedni film, czyli (bardzo) czarną komedię Złe dni.
Oprócz Davida Harboura, można zauważyć kilka innych znanych twarzy. W antagonistę Scrooge’a wciela się John Leguizano, który, choć nie wejdzie do panteonu najbardziej zapadających w pamięć złoczyńców, stanowi godnego przeciwnika dla Mikołaja. Pewną niespodzianką jest Beverly D’Angelo, powracająca do klimatów świątecznych – wcześniej można ją było zobaczyć u boku Chevy Chase’a w doskonałym W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju, czyli trzecim spotkaniu z rodziną Griswoldów. A odgrywający mięso armatnie pomocnicy Scrooge’a są na tyle charakterystyczni i wredni, że dobrze się patrzy, gdy Mikołaj ich eliminuje.
Jedyną rzeczą, do której można się przyczepić, jest fakt, że w środkowej części, Dzika noc na chwilę łapie zadyszkę i traci tempo. Na szczęście szybko je odzyskuje i to w wyjątkowo efektowny, a także pomysłowy sposób, ale całości wyszłoby tylko na dobre, gdyby ją skrócić o jakieś dziesięć minut. Nie jest to jednak wada na tyle istotna, by zdyskwalifikować dzieło Wirkoli, szczególnie że na tle mdłych i taśmowych tytułów świątecznych wybija się świeżym podejściem do ogranych wątków.
Film był miłą niespodzianką w kinach i przy budżecie dwudziestu milionów dolarów zarobił ponad siedemdziesiąt milionów, a do tego stał się sukcesem artystycznym, więc nie dziwne, że szybko zaczęto mówić o realizacji drugiej części. Wprawdzie prace nad nią przerwały strajki w Hollywood, ale teraz, gdy zostały one zakończone, należy spodziewać się, że Mikołaj wkrótce znów wymierzy karę czarnym charakterom, widniejącym na jego liście niegrzecznych. I bardzo dobrze! Więcej takich przesyconych groteską, udanych trawestacji wyświechtanych, zdawałoby się, motywów!
