Wywiad

ZAJRZYJ ZA KULISY PORNOBIZNESU. Wywiad z Tobym Heigh (część 1)

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

W latach 2002-2009 Toby Heigh pracował dla jednego z największych producentów i dystrybutorów pornografii w Europie, który jako pierwszy dostał licencję na sprzedaż twardej pornografii w Wielkiej Brytanii. W trakcie swojej kariery zajmował się organizacją produkcji i dystrybucji zarówno pornografii głównego nurtu, jak i filmów dla fetyszystów. Dla film.org.pl opowiada o kulisach swojej pracy.

Przeczytaj również drugą część wywiadu.

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście zostały wykonane przez Jo Broughton, która fotografowała puste scenografie zbudowane na potrzeby filmów pornograficznych po kolejnych dniach swojej pracy.

Grzegorz Fortuna: Na czym dokładnie polegała Twoja praca?

Toby Heigh: Na początku nadzorowałem produkcję filmów pornograficznych. Nie chodziło jednak o ich treść, ale o sam proces produkcyjny, czyli pilnowanie terminów i wszystkich innych kwestii, o które trzeba było zadbać po skończeniu postprodukcji. Moje zadanie polegało na tym, żeby wypuścić w ciągu miesiąca określoną liczbę tytułów, które mieliśmy założone w harmonogramie. Później – jako szef filii – zajmowałem się właściwie tylko pokazywaniem palcem, co ludzie mają robić, i zarządzaniem sklepem internetowym. Był to jeden z pierwszych sklepów internetowych, które oferowały filmy porno – jeszcze wtedy na VHS i DVD.

Czyli zamawiało się po prostu kasetę lub płytę, tylko że przez Internet?

Dokładnie. Musieliśmy się przenieść do Holandii, bo prawo w Wielkiej Brytanii się zmieniło i okazało się, że nie można sprzedawać filmów na terenie kraju za pośrednictwem Internetu. Wyjścia były dwa: przenosiny do Francji albo do Holandii. Z wiadomych powodów Calais było znacznie gorszą opcją niż Amsterdam, więc przenieśliśmy się do Holandii i tam kontynuowaliśmy naszą sprzedaż na rynek brytyjski. Nadal byliśmy tą samą firmą, tylko że działaliśmy na innym terytorium, to było podyktowane stricte wymogami prawnymi. Chcieliśmy uniknąć grubych kar, które nam wówczas groziły.

W jaki sposób zaczyna się pracę w pornobiznesie? Wysyłasz CV na normalne ogłoszenie o pracę?

Zależy. Jeśli chodzi o aktorów, to duże firmy zwykle biorą ich z bazy. Kiedy powstaje zamysł na film – w sensie: czy to będą nastolatki, mamuśki itd. – to dobieramy aktorki, które uważamy za odpowiednie. Bardzo często robiliśmy też składanki i dlatego te filmy mają takie idiotyczne cyfry przy tytułach, typu Anal Invaders 18. Polegało to na tym, że z czterech materiałów filmowych wycinało się cztery sceny i dzięki temu mieliśmy bardzo różnorodne filmy – nie była to na przykład jedna dziewczyna i jeden chłopak, mieliśmy różne aktorki na jednej płycie. Wcale nie oznaczało to jednak, że mieliśmy cztery dziewczyny na planie, bardzo często kręciliśmy po prostu jakąś tam scenę i potem z tych materiałów składaliśmy film.

Mieliśmy taką poboczną firmę, która zajmowała się produkcją filmów od początku. Wymyśliliśmy sobie patent na bardzo undergroundową wytwórnię, która odwróciłaby tradycyjne role z filmów porno. W jej ramach powstawały pornosy, w których to dziewczyny decydowały, z kim uprawiają seks.

Aktorki naprawdę decydowały, czy było to od początku do końca zagrane?

Zagrane. Zmienił się scenariusz, nie tok produkcji. Napisaliśmy historię kilku dziewczyn, które wychodzą na miasto, poznają gości w knajpie i to one decydują, z którym idą do łazienki, z kim uprawiają seks w autobusie czy z kim demolują samochody na starym złomowcu, łupiąc się z kolesiami na maskach wraków. Dawaliśmy wrażenie, że to jest taki trochę girl power.

Film był wielkim sukcesem, zrobiliśmy cztery części. Potem na kanwie tego pomysłu powstało trochę więcej materiału, zrobiliśmy kolejne cztery filmy – po dwie części z każdego tytułu. Niestety, reżyser, z którym współpracowaliśmy, zwariował. Dziewczyna, która występowała u niego w filmach i z którą on był związany, zaszła w ciążę i poroniła. On nas oskarżał, że ona tej ciąży nie doniosła. Zrobiła się bardzo nieprzyjemna sytuacja, bo reżyser wyciągał od nas pieniądze i chciał nas naciągnąć na jakieś grube odszkodowanie za uszczerbek moralny. Jeżeli pracujesz w pornografii od tylu lat i w pewnym momencie się dowiadujesz, że masz uszczerbek moralny, i chcesz odszkodowania, to musisz być najzwyczajniej w świecie debilem. Nasza współpraca się zakończyła, do teraz nie słyszałem, żeby on cokolwiek nakręcił. O tej dziewczynie też zresztą nie słyszałem.

Rzadko spotykam osoby, które w tych filmach występowały, zresztą przebieg… Jezu, jak to źle brzmi… no ale przebieg aktorów porno jest ograniczony i większość z tych dziewczyn jest już raczej na pornoemeryturze. Nie wiem, co robią, nie interesuje mnie to kompletnie.

Jak wyglądał przeciętny dzień twojej pracy?

Jak w każdym biurze, z tą różnicą, że na sali, na której siedziałem, mój kolega przez dziesięć godzin dziennie obrabiał materiał wideo, więc odgłosy były śmieszne. On przewijał te sceny, więc na przykład przez cały dzień mogliśmy słyszeć te same odgłosy, co było trochę torturą. Koleś pracuje na przykład nad sceną z gangbangiem, a ty tego cały czas słuchasz. Niektóre teksty wchodziły do naszego żargonu. Mieliśmy na przykład współpracę z niemiecką wytwórnią, więc przez cały dzień słyszałem teksty z filmu z niemieckimi gospodyniami domowymi: „du ju wont sam kok, bejbe?” takim chamskim pseudoangielskim. Nie dało się tego słuchać i to był wyraźnie problem tej pracy. Niewielu pracowników biurowych musi słuchać przez cały dzień, jak ktoś się rąbie. Bo trudno to było nazwać seksem. Ale nie licząc tego, to mieliśmy taki sam harmonogram jak przy wypuszczaniu każdego innego produktu. Były terminy końca produkcji, terminy wysyłania do postprodukcji, terminy zakończenia montażu, nadzór nad projektami okładek. Biuro jak każde inne: HR, dyrekcja, dział produkcyjny. Nie było tam niczego, czego nie miałbym w korporacji, w której później pracowałem.

W sumie to była jeszcze jedna osobliwa rzecz, poza odgłosami – wysyłanie do cenzury. W Wielkiej Brytanii każdy film, który trafia do dystrybucji, musi przejść przez cenzurę. Jest taka organizacja, która się nazywa BBFC. Musieliśmy każdy film im wysyłać do oceny, co mnie zawsze niezmiernie bawiło, bo nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wygląda osoba, która ogląda te filmy i próbuje merytorycznie podejść do tematu. Zdarzały się kuriozalne sytuacje. Przy niemieckim filmie Magma Brutal, do którego robiliśmy angielską wersję językową, dostaliśmy prośbę o usunięcie sceny, w której mężczyzna wkłada podczas seksu głowę kobiety do pisuaru i spuszcza wodę. Reżyser miał taki pomysł, a BBFC stwierdziło, że to jest coś, co może sugerować przemoc wobec kobiet. Nie potrafiliśmy znaleźć argumentu, że to jest po prostu ostry, wulgarny seks z gatunku gonzo – bez żadnych czułych słówek, z rzucaniem partnerką o ściany. BBFC była bardzo przeczulona na tym punkcie, zresztą jak cały brytyjski wymiar prawny.

Wielka Brytania jest chyba ostatnim krajem zachodnioeuropejskim, w którym filmy porno przechodzą przez cenzurę, prawda?

Tak.

Zdarzyło się, że całkowicie zakazali wam dystrybuować jakiś film?

Nie, ale pocięto nam film tak absurdalnie, że wyszła z tego opowieść o kobiecie, która szuka miłości. I na końcu jej nie znajduje, więc jest jej przykro.

Jak się sprzedał?

Nie sprzedał się, podeszliśmy do sprawy bardzo honorowo i stwierdziliśmy, że jeśli nie możemy wypuścić naszej wizji filmu, to nie róbmy tego w ogóle, bo to nie ma sensu. Ale to była jedna sytuacja. Generalnie poruszaliśmy się w bardzo mainstreamowej pornografii, nie robiliśmy jakichś filmów dla fetyszystów, bo wychodziliśmy z założenia, że jeśli już złapaliśmy jakąś niszę, w której się dobrze czujemy, to trzeba przy niej zostać. Żeby robić filmy dla fetyszystów, trzeba mieć odpowiednią wiedzę. Ja się na tym bardzo przejechałem, robiąc film dla miłośników stóp.

To była produkcja, na którą wyłożyliśmy spore pieniądze. Moje pojęcie na temat fetyszystów stóp wyglądało tak, że kogoś podniecają stopy, ale potem musi być przecież seks. Więc wydaliśmy trochę kasy na pedicure dla dziewczyn, film poszedł do dystrybucji i pojawił się w sexshopach. Robiliśmy coś takiego, że do każdej płyty lub kasety była dołączana pocztówka z pytaniami do klienta. Jeśli ją wypełniłeś i odesłałeś, to dostawałeś w zamian darmowe DVD, taką składankę najlepszych scen i zwiastunów. Na kartce prosiliśmy jednak o ocenę filmu, informację o tym, skąd klient dowiedział się o naszym filmie, co chciałby w nim zmienić itd.

Ostatnio dodane