Wywiad

Jestem jak mężczyzna, który kocha wiele żon – wywiad z ROBERTEM LANTOSEM (Camerimage 2016)

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Wśród wielu znakomitych gości 24. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Camerimage znalazł się także uznany kanadyjski producent Robert Lantos, w ciągu czterdziestu lat swej kariery współpracujący z takimi tuzami, jak David Cronenberg, Atom Egoyan, Denys Arcand czy István Szabó. Mający swe korzenie na Węgrzech Lantos opowiedział nam o tym, czym kieruje się przy wyborze kolejnych projektów, dlaczego odmówił Warner Bros. oraz o filmie, nad którym pracował przez dwanaście lat.

WYWIAD W JĘZYKU ANGIELSKIM DOSTĘPNY NA STR. 2. | FOR THE ENGLISH VERSION OF THE INTERVIEW GO TO PAGE 2.

***

Zacznę od pogratulowania panu Nagrody Camerimage dla Producenta ze Szczególną Wrażliwością Wizualną. Jej nazwa może sugerować, że częściej angażuje się pan w projekty, które skupiają się na stronie wizualnej, ale zrobił pan też bardzo kameralne, niepozorne filmy.

Wydaje mi się, że ta nazwa rzeczywiście może być nieco myląca, a Camerimage bardziej miało na myśli wizję producenta. Nie koncentruję się tak bardzo na stronie wizualnej, dla mnie liczy się przede wszystkim historia.

Ale prawdą jest, że pracował pan z bardzo „wizualnymi” reżyserami, takimi jak David Cronenberg czy Atom Egoyan. Exotica na przykład to bardzo intrygujący estetycznie obraz.

To akurat zasługa Egoyana, taki jest jego styl. Dla mnie najważniejszą częścią filmu jest historia.

Nigdy nie zdarza się panu odgrywać filmu w głowie, zastanawiać się, jak będzie prezentował się na ekranie?

Owszem, zastanawiam się nad tym, ale jest to dla mnie cel drugorzędny – fabuła jest znacznie ważniejsza. Strona wizualna jest zresztą głównie odpowiedzialnością reżysera – dyskutujemy o tym, ale nie jest to coś, co skłania mnie do podjęcia decyzji, który film wyprodukować. Teraz bardzo trudno jest zrobić film – zwłaszcza taki rodzaj filmu, jaki ja lubię robić. Wymagania rynku są coraz wyższe, jest coraz trudniej, ponieważ dziś światem rządzą superbohaterowie. Ale zdaję sobie sprawę, na co się decyduję, gdy rozpoczynam projekt – są to wieloletnie wysiłki, dlatego historia musi mnie naprawdę motywować.

Wracając do dyskusji pomiędzy producentami i reżyserami – zawsze wydawało mi się, że są dwa rodzaje producentów: tacy, którzy nie ingerują w wizję reżysera i pozwalają im swobodnie pracować, oraz tacy, którzy mają swój własny pomysł na film i starają się narzucić go reżyserowi za wszelką cenę. W której z tych grup umieściłby pan siebie?

W żadnej. Niektórzy reżyserzy, z którymi pracowałem, mieli bardzo wyrazisty styl, a niektórzy w zasadzie wcale go nie mieli. Cronenberg ma bardzo specyficzny styl, więc jeżeli on ci nie odpowiada, nie pracuj z nim – to proste. Próby narzucenia innej wizji nie mają szans powodzenia, on by tego nie zaakceptował. To samo dotyczy Egoyana, który ma bardzo wizualny styl, podczas gdy István Szabó jest znacznie inny, ma klasycystyczne podejście. Dlatego jak sam pan widzi nie poślubiłem jednego stylu filmowego i właśnie dlatego jestem producentem, a nie reżyserem. Reżyser poślubia jeden styl i trzyma się go – ja lubię być jak motyl i skakać z kwiatka na kwiatek, zmieniać smaki. Styl filmu, który wyświetlany jest tu na festiwalu, Świat według Barneya, nie ma nic wspólnego z, powiedzmy, Crash, eXistenZ czy Kroplą słońca Istvána Szabó. Stylistycznie nie ma pomiędzy nimi związku – i to lubię. Jestem jak mężczyzna, który kocha wiele żon – jestem poliamoryczny (śmiech).

Wspomniał pan film Świat według Barneya, którego przeniesienie na ekran zajęło dwanaście lat. Zastanawiam się, w jaki sposób znajduje pan inspirację i motywację, by trzymać się tak długo jednego projektu. Nawet Paul Giamatti, który gra w tym filmie główną role, wspominał, że brał już udział w przedsięwzięciach, których realizacja trwała długo, jednak nigdy aż tak.

Ten film napotykał na bardzo specyficzne trudności, ponieważ jest oparty na powieści Mordecaia Richlera, człowieka, którego ogromnie podziwiałem, a także mojego przyjaciela. Kupiłem prawa do ekranizacji książki i Mordecai zaczął prace nad scenariuszem, lecz zmarł, zanim zdążył go ukończyć. I to była największa trudność. Chciałem zrobić ten film, ale chciałem także opowiedzieć go głosem Mordecaia, mimo że nie było go już z nami. Ja nie zajmuję się pisaniem, dlatego zaangażowałem scenarzystę, ale efekty jego prac mnie nie zadowoliły. Potem zatrudniłem kolejnego autora, i kolejnego, i kolejnego, aż w końcu trafiłem na kogoś, kto był w stanie uosobić Mordecaia Richlera. O to właśnie chodziło – mówiłem wszystkim tym scenarzystom: Nie pisz jak ty, ale tak, jak on by to napisał. Zna pan malarzy, którzy są znakomici w kopiowaniu słynnych obrazów? Potrafią namalować Mona Lisę tak, by myślał pan, że to prawdziwy da Vinci. Szukałem właśnie kogoś takiego, kogoś, kto umiałby skopiować styl mistrza, dlatego gdy wreszcie znalazłem Michaela Konyvesa, mogliśmy ruszyć z projektem do przodu.

Słyszałem, że wielokrotnie miał pan możliwość realizowania projektów w Hollywood, jednak za każdym razem odmawiał pan. Czym kierował się pan, podejmując te decyzje?

Byłem bardzo młody, gdy zrobiłem swój pierwszy prawdziwy film, Doświadczone kobiety. Był rok 1977, więc miałem wtedy dwadzieścia siedem lat. Film okazał się sukcesem jeszcze przed premierą – gdy został ukończony, Warner Bros. zakupiło prawa do globalnej dystrybucji, a ja otrzymałem ofertę przenosin do L.A., gdzie otrzymałbym własne biuro w siedzibie studia. Zaoferowali opłacenie kosztów produkcyjnych dowolnego projektu, który by mnie zainteresował, i chcieli dać mi sekretarkę.

To musiało być bardzo kuszące.

Było, ale tylko przez minutę. Potem spędziłem trochę czasu w Los Angeles, rozmawiając z ludźmi, którzy byli w podobnych sytuacjach, i zrozumiałem, że żaden z nich nie miał wolnej woli. Mogli pracować nad projektami i scenariuszami, ale nie decydowali o tym, co trafia do produkcji. Musieli starać się o zgody i „zielone światła”, dostawali notki dotyczące scenariusza, tego, jakiego reżysera czy aktora należy wybrać. Zrozumiałem wtedy, że zrobiłem swój film, nie otrzymując żadnych notek, nikt nie musiał udzielać mi żadnych pozwoleń. Zapytałem więc siebie: czy zamieniłbym wolność, którą mam w tej chwili, na coś takiego? Zdecydowałem się nadal robić filmy na swój sposób i sprzedawać je, co sprawdziło się znakomicie za pierwszym razem. Cóż, nie zawsze działało to tak dobrze – czasem nie działało wcale, bo nikt nie chciał kupić filmu i sytuacja finansowa stawała się bardzo trudna. Ale zdecydowałem się zostać w Kanadzie, gdzie uwielbiam mieszkać, a w Los Angeles otworzyć biuro i robić filmy poza systemem, nie musząc pytać kogokolwiek o zgodę czy zezwolenie.

fot. Wiola Łabędź

Czy kiedykolwiek żałował pan tej decyzji?

Kilka lat później pomyślałem: czy postąpiłem właściwie? Życie poza systemem okazało się nie być tak proste, jak początkowo myślałem. Ale nigdy nie żałowałem tej decyzji.

Wyszło to na dobre Kanadzie i kanadyjskiemu kinu, któremu pomógł pan znacząco się rozwinąć. Jednak w ostatnich latach można odnieść wrażenie, że jego kondycja nieco się pogorszyła, np. filmy Atoma Egoyana zbierają dziś gorsze recenzje niż kiedyś. Czy widzi pan przesłanki do tego, by kanadyjskie kino znów stało się ważne na międzynarodowej arenie?

To przychodzi falami. To prawda, że kilka ostatnich filmów Cronenberga, Egoyana czy Arcanda nie spotkały się z ekstremalnie entuzjastycznym przyjęciem. Jednak z drugiej strony mamy Xaviera Dolana i Denisa Villeneuve’a, którzy robią wspaniałe filmy. Były czasy, gdy anglokanadyjscy reżyserzy cieszyli się większym uznaniem, teraz wydaje się, że Frankokanadyjczycy mają silniejszą pozycję. To zmienia się bardzo często.

Ale dziś także kanadyjscy filmowcy stają się międzynarodowi – Xavier Dolan kręci właśnie swój pierwszy anglojęzyczny film, a Denis Villeneuve to teraz praktycznie hollywoodzki reżyser.

Jean-Marc Vallée, kolejny świetny kanadyjski twórca, także robi amerykańskie filmy, ale nic nie trwa wiecznie – z łatwością mogą powrócić do tworzenia kanadyjskich filmów i mam nadzieję, że tak się kiedyś stanie.

Czy widzi pan w kanadyjskim kinie kandydatów, którzy mogliby wyrobić sobie markę w najbliższych latach?

Bardzo cenię sobie François Girarda. Nie jest nowym reżyserem – nakręcił Purpurowe skrzypce i wiele krótkich metraży, ale wydaje mi się, że nie jest doceniony w sposób, na jaki zasługuje. Robimy wspólnie film w przyszłym roku, który będzie nosił nazwę The Sound of Names. Wysoko oceniam także Dona McKellara, z którym także robię film w przyszłym roku, Through Black Spruce, oparty na powieści Josepha Boydena. Kim Nguyen, który otrzymał nominację do Oscara za Wiedźmę wojny kilka lat temu, nakręcił nowy film, tym razem niewyprodukowany przeze mnie, który jest bardzo dobry. To wszystko kanadyjscy reżyserzy, których świat nie podziwia jeszcze wystarczająco, ale z pewnością będzie. A ci najmłodsi twórcy wciąż muszą potwierdzić swój talent, zanim zacznę promować ich nazwiska (śmiech).

Spośród reżyserów, z którymi pan pracował, czyja wizja była panu najbliższa? Z którym filmowcem pracowało się panu najtrudniej?

Zrobiłem siedem filmów z Atomem Egoyanem, trzy z Davidem Cronenbergiem i tylko dwa z Istvánem Szabó, ale muszę powiedzieć, że István i ja jesteśmy jak bracia – postrzegamy świat w bardzo podobny sposób. Pierwszy film, który zrobiliśmy razem, Kropla słońca z Ralphem Fiennesem i Rachel Weisz, Szabó zaproponował mnie, natomiast drugi, Julia z Annette Bening i Jeremym Ironsem, ja przyniosłem jemu i w obu przypadkach praca nad filmem była czystą przyjemnością. Nigdy nie miałem też żadnych tarć z Cronenbergiem czy Egoyanem – gdyby było inaczej, nie moglibyśmy zrobić razem tylu filmów – i mam dla nich obu ogromny podziw. Być może jednak w przypadku Szabó to nasze wspólne dziedzictwo, w związku z tym, że obaj jesteśmy węgierskimi Żydami, sprawia, że nasza współpraca jest wyjątkowa. Reżyserem najtrudniejszym we współpracy był ktoś, którego nazwisko byłoby zagadką dla waszych czytelników, więc nie ma sensu dodawać mu teraz sławy (śmiech).

Czy Kropla słońca to film, za który chciałby pan być zapamiętany?

Cóż, jeszcze nie umarłem, więc… (śmiech). Kropla słońca jest na pewno jednym z takich filmów, ponieważ jest w tak dużej części moim własnym dziedzictwem, ale wydaje mi się, że równie bliski memu sercu jest Świat według Barneya, nie tylko dlatego, że byłem przyjacielem autora, ale również ze względu na to, że Mordecai w swej powieści w pośredni sposób stworzył moją karykaturę, dlatego czuję się bardzo związany z tą historią.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane