Wywiad

IDZIE NOWE. O zbliżającym się do kin KRÓLEWICZU OLCH rozmawiamy z Kubą Czekajem

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Z Czekajem spotykam się w kawiarni przy warszawskim Nowym Teatrze. Pojawia się o umówionej porze, uśmiechnięty, wyluzowany jak na reżysera filmu zbliżającego się do polskiej premiery, bo czemu nie? Życie jest przecież całkiem w porządku. Ma na koncie kilka nagród, pierwsze zdobyte jeszcze w czasach studenckich, krytycy w większości zachwalają jego filmy, a on sam okrzyknięty został reprezentantem tego, co w polskim kinie „nowe i dobre”. Ledwo ostygły dyskusje po zeszłorocznym Baby Bump, a 18 sierpnia do kin wchodzi Królewicz Olch. Rozmawiamy głównie o nim.

Idzie nowe, prawda?

To znaczy?

Ty, Agnieszka Smoczyńska i inni. Młodzi, nieco zuchwali twórcy, którzy nie boją się mówić odważnym językiem filmowym. Czujesz się w tej grupie? Płynąc na fali tak zwanych nowych?

Owszem, płyniemy razem i nie trzymamy się deski. Jest nas sporo, jesteśmy coraz bardziej widoczni, bo na spokojnym dotąd morzu wznosiła się nagle fala. Na jej czele unosi się grupa surferów w podobnym wieku, ale reprezentujących zupełnie inne podejście do pływania, zarówno wobec poprzedników, jak i wobec siebie samych. Mimo że cel jest podobny, to każde z  koleżanek i kolegów ma inną technikę. Okej, dobijmy do brzegu i zejdźmy na ziemię. Myślę, że nie mamy takiego zjawiska jak chociażby w nowym kinie rumuńskim, które nazywane jest tak ze względu na formę czy budowanie dramaturgii. Nie chodzi o to, żebyśmy robili podobnie, u nas „nowe” to po prostu świeża krew. Nie doszło jeszcze do przejęcia władzy czy zmiany warty (śmiech), ale rzeczywiście zdarzyło się, że w krótkim czasie wypłynęły nowe nazwiska.

Takie, które chcą coś namieszać w polskim kinie i zdobywają na to pieniądze?

Polski Instytut Sztuki Filmowej musiał istnieć dziesięć lat, zanim programy wspierające debiuty reżyserskie mogły się rozwinąć, a także żeby te pieniądze były przyznawane z większą uwagą i zaufaniem. Gdy komuś nie wychodziło, to przez te wszystkie lata mógł się nauczyć, że jeśli nie tutaj, to gdzie indziej, dzięki temu pootwieraliśmy się na możliwości znad Wisły, czy nawet oceanu. To naturalna i cenna lekcja przysposobienia filmowego. Oczywiście nie wszyscy dostają pieniądze, a wszelkie systemy ich przyznawania nie zawsze są sprawiedliwe. Kino nie jest sprawiedliwe, to coś najbardziej niesprawiedliwego na świecie, w kontekście odbioru, ale też w kontekście jego robienia.

A propos pieniędzy. Jak więc będziemy segregowali debiut Kuby Czekaja? Walczyłeś o Królewicza Olch, a międzyczasie zrobiłeś Baby Bump, na którego środki pojawiły się nagle. Które dziecko to pierworodny?

Królewicz był planowany jako pierwszy. Po drodze pojawiły się problemy z zebraniem pieniędzy, ale gdyby nie one, to nigdy nie powstałby Baby Bump. Mówię sobie czasem, że to dziecko jest wpadką, która nieoczekiwanie wyzwoliła energię potrzebną, aby się nie załamać się i walczyć dalej. Wszystko zbiegło się w czasie. Baby Bump zakwalifikował się do Biennale College Cinema (warsztaty, na których najlepsze projekty otrzymują grant na zrobienie filmu, 150 tysięcy euro – J.K.), w tym czasie znaleźli się koproducenci, którzy wyrazili chęć swojego udziału przy Królewiczu Olch. Poszło więc jak efekt domina, jedno za drugim. Można się teraz zastanawiać, co było najpierw, ale ja w tej debacie nie uczestniczę. Dla mnie jest to jedna wypowiedź z dwiema odsłonami tego samego tematu. Chronologicznie pierwszy był jednak Olch.

To taki passion project? Szkoła życia?

Raczej osobista próba, która podsumowuje moje przejście z krótkiego do długiego metrażu, co niektórym wydaje się łatwe, bo skoro zrobiło się film półgodzinny, to wystarczy pomnożyć trzy razy trzy i mamy… długi metraż. Okazuje się, że jest to bardziej skomplikowane, ale dobrze się stało, że przeszedłem taką drogę. Musiałem przełączyć się na nowe myślenie o pierwszych krokach w planowaniu filmu, konstruowaniu scenariusza, o dopasowaniu formy, która wytrzyma czas trwania pełnowymiarowej opowieści. Wyczekiwanie i uczenie się były nauczką, bo wypełniony byłem wtedy butą. Oczywiście dalej ją w sobie mam, ale zrozumiałem, że wiele rzeczy nie jest zależnych ode mnie. Produkcja Królewicza Olch była już gotowa do startu, ale szkatułka z talarami wciąż nie mogła się zapełnić. Trochę mnie to paraliżowało, ale dzięki temu mam Baby Bump. Co najważniejsze jest dla mnie w tej całej przygodzie, to lekcja wynikająca z intensywności pracy przed i na planie, spędzonych na nim dni czy nieustannego pilnowania dwóch różnych sposobów opowiadania. To było prawdziwe, kinematograficzne wojsko.

Kończące etap pewnych fascynacji i obsesji tematycznych, które pojawiały się już w krótkim metrażu?

Tak, dzieciaki idą w końcu spać. Nie wiem, na jak długo, może jeszcze je obudzę, na razie zostawiam maluchy i wychodzę na miasto – co innego zaczyna mnie interesować. Królewicz Olch jest o nabieraniu niezależności, identyfikuję się z tym jako jako reżyser. Moja droga prowadząca ku temu, żeby ten film zrobić albo żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w ogóle warto robić kino, a także aspirowanie do tego, by grupa starszych kolegów przyjęła mnie do swojego grona. To były moje cele. Musiałem pokazać, że jestem na to gotowy i potrafię jeść widelcem przy stole dorosłych, a nie siedzieć w kącie z gówniarzerią z nosami w talerzu. Że mogę wyjść spod stołu, nie ganiać się już na czworaka, stanąć i powiedzieć głośno, co chcę robić. Niekoniecznie, jak myślą niektórzy, sparuję traumatyczne dzieciństwo, o które wszyscy nagminnie mnie podejrzewają (śmiech). Poprzez bohatera nieświadomie przemyciłem swój pogląd na tworzenie i bycie filmowcem – trzeba czasami tupnąć i powiedzieć właśnie tak chcę to robić, nie inaczej!

To dotyczy również odklejania się od mistrzów. Nie ukrywałeś we wcześniejszych wywiadach, że bardzo lubisz kino Aronofsky’ego, a niektórzy chcieliby w tobie widzieć polskiego Dolana ze względu na edypiańskie tematy w twórczości. To odklejenie stylistyczne jest jednak bardzo wyraźne. Szczególnie w eksperymentowaniu formą.

Trochę się krzywię, jak słyszę słowo eksperyment, bo sam bym tego tak nie nazwał i obraziłbym wszystkich, którzy tworzą prawdziwe eksperymenty. To nie jest poszukiwanie dla samego poszukiwania. Wychodzę od pytań: kto jest moim bohaterem, w jakiej żyje rzeczywistości i jakie ma problemy?  Gdyby nie byli to młodzi dżentelmeni z burzą hormonów, pustką w głowie i w stanie permanentnego chaosu emocjonalnego czy fizycznego, to oba filmy wyglądałyby zupełnie inaczej. Baby Bump nie konstytuowałoby komiksu, a Królewicz Olch romantycznej ballady. Lubię ryzyko, lubię wyzwania stylistyczne, ale nie kombinuję na siłę.

Ostatnio dodane