Najlepsze cyfrowe postacie | FILM.ORG.PL

Najlepsze postacie cyfrowe cz.2








Piotr Gauza
28.03.2012


Oto część druga rankingu.

Jutro – suplement do rankingu.

Pierwsza część rankingu, miejsca 15-8.

Suplement do rankingu

 

7. King Kong

Choć zajął w naszym plebiscycie dopiero 7 miejsce (nie wiem jakim cudem tak daleko od podium), osobiście uważam jacksonowskiego King Konga za najlepszą postać wygenerowaną cyfrowo, jaka kiedykolwiek stąpała po celuloidowej taśmie. Tak prawdziwej, tak naturalnie wyrażającej emocje twarzy (tudzież pyska), tak zaawansowanej mimiki, tak żywego spojrzenia, nie posiada moim zdaniem żadna z postaci tu zgromadzonych (no, może jeszcze Neytiri z „Avatara”). King Kong sprawia wrażenie jak najbardziej realnej istoty, odnalezionej gdzieś na końcu świata, w której istnienie wierzymy od pierwszego ujęcia. King Kong to postać, która wszystkie emocje, od rozbawienia, poprzez zainteresowanie, złość, na znudzeniu kończąc, przekazuje bez użycia ani jednego słowa.

Andy Serkis, który użyczył Kongowi swojego ciała i twarzy, wspomagany przez grafików z WETA (lub vice versa), bezbłędnie pokazał na ekranie wszystkie uczucia, jakie targają wielką małpą: agresja i dzikość podczas walk z Tyranozaurami, melancholia, gdy patrzymy na ostatniego przedstawiciela niespotykanego gatunku, wreszcie platoniczna miłość do malutkiej blondynki. Graficy i Serkis dopilnowali, by Kong był najbardziej wiarygodną postacią cyfrową wszechczasów; do doskonałej animacji twarzy pooranej bliznami, dorzucili równie znakomitą animację reszty ciała, naturalnie wyglądającą sierść, w wielu miejscach poszarpaną, pobrudzoną, z uczepionymi do niej liśćmi i innymi rzeczami pochodzącymi z dżungli, a by jeszcze bardziej urzeczywistnić postać dorobili fruwające wokół Konga małe owady. Peter Jackson i ekipa byli świadomi, że Kong to centralna postać i jeśli zaprojektują go źle, brzydko, niewiarygodnie, nie dość dobrze, to nie będzie sensu nagrywać scen z aktorami i w ogóle rozpoczynać zdjęć. To musiała być postać udana w 100% – od tego zależał los filmu, dlatego na Konga położono największy nacisk już na etapie planowania i projektowania.

Andy Serkis na własną rękę wybrał się do Rwandy, gdzie przebywał wśród żyjących na wolności goryli i uczył się ich zachowań, od poruszania się, grymasów twarzy, po relacje społeczne, na waleniu się w klatkę piersiową i ryku kończąc. Na planie Serkis ubrany był w czarny kostium przypominający kształtem goryla, a na rękach miał specjalne szczudła, imitujące długie kończyny przednie, które pomagały mu poruszać się jak prawdziwy goryl. W scenach z aktorami Serkis porykiwał groźnie, a jego głos przepuszczany był przez specjalny modulator, nazywany przez ekipę Kongaliserem. Ten niezwykle utalentowany aktor, który na koncie ma także fenomenalnych: Golluma, Ceasara z „Genezy planety małp” i kapitana Haddocka z „Przygód Tintina”, z ogromnym zaangażowaniem i pasją wczuł się w odgrywaną postać; chwilami aktorzy wręcz się go bali, takie siał przerażenie. Grał Konga przed kamerą podczas wszystkich scen z udziałem tej postaci, aby pomóc aktorom lepiej odgrywać emocje, a także przygotować nagranie do etapu efektów specjalnych, żeby wiadomo było gdzie w danej chwili Kong się znajduje i co robi. Przykładowo w scenie w Nowym Jorku, gdy Kong podnosi Ann do góry biorąc ją w łapę, na planie Andy Serkis obejmował Naomi Watts i podnosił ją kilka centymetrów nad ziemię. Po etapie zdjęciowym z udziałem aktorów, przyszła pora na wstawianie cyfrowego Konga w miejsce Serkisa. W tym… również brał udział Andy Serkis, tym razem jednak na planie pracował sam – co w dużym stopniu pomagało mu odgrywać samotność głównego bohatera. Do głowy aktora przyczepionych było ponad 130 znaczników, które przekazywały do komputera każde drgnienie poszczególnych partii mięśni twarzy; pozostałe znaczniki przekazywały ruch ciała.

W scenach, w których Kong miał brać do ręki Ann, Serkis chwytał w dłoń lalkę Barbie, a żeby wiedzieć co w danej chwili robi Naomi Watts, zachowanie głównej bohaterki śledził kątem oka na monitorze, na wcześniej nagranych ujęciach. Na charakterystyczny ryk Konga złożył się mix z odgłosów takich zwierząt, jak kot, słoń, koń, świnia i… sam Andy Serkis. Należy tu wspomnieć, że film Jacksona otrzymał Oscary zarówno za najlepszy dźwięk, jak i za jego montaż. Kong na początku miał mieć twarz „starego boksera” – wystający z ust dolny ząb i znacznie bardziej niż ostatecznie, zniszczoną starością i walkami twarz. Kong, na którego ciało i twarz złożyło się kilka różnych gatunków goryli (od albinosa, po goryla górskiego) ewoluował wielokrotnie, zanim zobaczyliśmy w kinie jego finalny wygląd. Twarz, którą kinomani ujrzeli na pierwszym trailerze, jak się później okazało, nie miała wiele wspólnego z tą, którą zobaczyli w kinie w ukończonym filmie. Świadczy to o ogromnym zaangażowaniu twórców w tę postać oraz jej doszlifowywaniu i zmienianiu (na lepsze!) do samego końca. Choć w całym filmie Kong wygląda kapitalnie i porusza się bez cienia sztuczności (jak najbardziej zasłużony Oscar za najlepsze efekty specjalne!), zarówno graficy komputerowi jak i Andy Serkis, na wyżyny swych umiejętności wspięli się (moim zdaniem) w sekwencji, w której Kong popisuje się przed Ann, a ona zabawia go tańcem i żonglerką – to tutaj Kong wygląda i zachowuje się jak żywa istota, przekazując w ciągu kilku minut całe spektrum emocji.

Dux

6. Davy Jones

Seria „Piraci z Karaibów” to przede wszystkim kapitan Jack Sparrow zagrany kapitalnie przez Johnny’ego Deppa. Występ to tak spektakularny, że w pierwszej części przyćmił dosłownie wszystkich. Zarówno doskonałego Geoffreya Rusha jak i młodych, średnio zdolnych Orlando Blooma i Keirę Knightley. Sukces pierwszej części szybko zaowocował nakręceniem kontynuacji. Jako, że postać zagrana przez Rusha pożegnała się z życiem (jak się wydawało…) trzeba było znaleźć jakiś wyrazisty czarny charakter. Uczyniono nim Davy’ego Jonesa, kapitana znanego z legend pirackich „Latającego Holendra”. Ale żeby stworzyć z niego charakter naprawdę silnie zapadający w pamięć zdecydowano się na niezwykły pod względem wizualnym pomysł.

Zarówno kapitan jak i jego załoga to owoc skrzyżowania ludzi z istotami morskimi, które zostały powołane do życia dzięki efektom komputerowym. I jak oni kapitalnie (choć obrzydliwie) wyglądają! Jednak wiadomo, że najbardziej wyróżniać musi się ich kapitan. I rzeczywiście Davy Jones już w pierwszej swojej scenie w której stopniowo widzimy jego drewnianą nogę, tył głowy z jakimś głowonogiem, rękę wyposażoną w potężne szczypce czujemy do niego coraz większy respekt. A kiedy pojawia się jego twarz pokryta cała mackami i słyszymy jak przemawia absolutnie fenomenalnym akcentem Billa Nighy’ego widza wciska w fotel. Fenomenalna animacja postaci, która powala realizmem to jedno, a znakomite rozpisanie tej postaci to drugie. Masa znakomitych scen z nim (ta gra na organach!) buduje fascynujący wizerunek prawdziwego niegodziwca pozbawionego serca i rozprawiającego się z wszystkimi w sposób nad wyraz brutalny. Ale poza tym jego historia kryje też niezwykle dramatyczny rys, który ma swoje rozwinięcie w trzeciej części „Piratów”. Fantastyczna pod każdym względem postać, która z pewnością w znaczący sposób przyczyniła się do statuetki Oscara za efekty do drugiej części „Piratów”.

Pegaz

5. Cezar

W 1968 roku reżyser Franklin J. Schaffner nakręcił pierwszą filmową adaptację „Planety małp” opartą na powieści francuskiego pisarza Pierre’a Boulle’a z roku 1963. Ta filozoficzno-fantastyczna historia przedstawia losy naukowców i dziennikarza, którzy lądują na nieznanej planecie, do złudzenia przypominającej Ziemię, na której władzę sprawują inteligentne małpy. Film Schaffnera został tak dobrze przyjęty przez krytykę i widzów, że zapoczątkował całą serie obrazów, z których żaden jednak nie dorównał pierwowzorowi. Jako, że wszystkie części cyklu to filmy sf, wiemy więc, że istotnym elementem uzupełniającym fabułę, powinny być efekty specjalne. W 1968 roku technika nie pozwalała jeszcze na zbyt wiele, więc aby przedstawić widzowi niecodzienne istoty, trzeba było posługiwać się głównie charakteryzacją. Człekokształtne małpy z filmu Schaffnera w latach sześćdziesiątych mogły się naprawdę podobać i robić wrażenie, lecz dziś w dobie komputerów taki zabieg niestety nie zdałby egzaminu. Chociaż wiele lat później, bo w 2001 roku technologia oferowała już rozwiązania, pozwalające na korzystanie z efektów specjalnych w sposób zaawansowany, to reżyser Tim Burton podczas kręcenia swojej wersji „Planety małp” zadecydował jednak, że aktorzy będą zakładać kostiumy małp, a każda z nich zostanie spersonalizowana tak, żeby przypominała wcielającego się w nią aktora. Mamy więc małpich odpowiedników Michaela Clarka Duncana, Heleny Bonham Carter czy Tima Rotha. Zabieg Burtona, jak by nie patrząc bardzo szlachetny, bo składający hołd wersji Schaffnera z 1968 roku, zupełnie się nie przyjął, gdyż w roku 2001 widz jest już tak rozpieszczony efektami specjalnym, że film sf oparty na charakteryzacji jest dla niego nie do przyjęcia. Dopiero nakręcona w 2011 roku ”Geneza planety małp” korzysta w pełni z dobrodziejstw nowoczesnej technologii i trzeba przyznać, że robi to w sposób bardzo udany i wyważony.

Bez współczesnych efektów specjalnych bardzo ciężko byłoby pokazać całą armię małp biegających się po ulicach San Francisco. Oczywiście metody przechwytywania ruchu również wymagają aktorów i w „Genezie…” nie brakuje ludzi ubranych w kombinezony do Motion Capture, to jednak ich liczba mogła zostać mocno zredukowana gdyż resztę załatwiły programy do klonowania postaci. Każda z małp w filmie posiada własną osobowość i charakter, różni się budową i ruchami, ale głównym bohaterem, najciekawszym pod względem emocjonalnym jak i jednocześnie najbardziej złożonym wizualnie jest Cezar.

Cezar to szympans, któremu badana w laboratorium matka przekazała w genach nieprzeciętną inteligencję. Ta właśnie inteligencja odróżnia go od innych małp „występujących” w filmie. Dla twórców wyjątkowym wyzwaniem było pokazanie inteligentnej małpy o myślącej twarzy, jednocześnie nieodbiegającej zbytnio od swoich małpich braci. Cezar musiał wyglądać mądrze, ale z zachowaniem realistycznego małpiego zachowania, poruszania się, czy mimiki. Twórcy z jednej strony mieli ułatwione zadanie, gdyż rewelacyjnie nadająca się do tego technologia sprawdziła się wcześniej w „Avatarze”. Z drugiej strony utrudnienie polegało na tym, że postacie z filmu Jamesa Camerona jak i krajobraz, w którym się poruszały, zostały w całości stworzone w komputerze. W „Genezie…” cyfrowe małpy trzeba było podłożyć pod istniejące naprawdę, współczesne San Francisco, które z powodu małpiej rewolucji znalazło się w niecodziennych okolicznościach. Mniejszy problem był z samym Cezarem, gdyż na szczęście istnieje na świecie ktoś, kto jest do takiej roli stworzony i jako jedyny potrafi poradzić sobie z wyzwaniem. Tym kimś jest oczywiście Andy Serkis, który kilka lat temu wcielił się już w wielkiego goryla, a jeszcze wcześniej rewelacyjnie odegrał Golluma z „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona.

Andy Serkis przygotowania rozpoczął od nauki małpich ruchów. Mimo tego, że wcielanie się w rolę małpy nie jest dla aktora czymś nowym, to jednak różnica jest kolosalna, gdyż jak sam podkreśla: „Co innego grać małpę, a co innego wcielać się w ponadprzeciętnie inteligentnego szympansa, który dorasta i staje na czele rewolucji”. Różnica polegała również w poruszaniu się, którego Andy musiał nauczyć się prawie od podstaw, gdyż ruchy i gesty niewielkiego szympansa, różnią się od zachowań motorycznych potężnego goryla. Długie godziny spędzone na oglądaniu filmów DVD o szympansach, ich poruszaniu się, nawykach i gestykulacji, pozwoliło aktorowi dosłownie wejść w skórę cyfrowego Cezara. Główna rola Andy’ego polegała na ciągłym bieganiu i skakaniu w kombinezonie do przechwytywania ruchu, które później zostało podłożone pod animowaną komputerowo postać. Najważniejsza jednak była niezwykła mimika, którą rejestrowała kamerką umiejscowiona przed głową aktora na specjalnym wysięgniku.Twarz Andy’ego została pokryta w najistotniejszych miejscach odblaskowymi znacznikami, na które kamerka wysyłała światło podczerwone, odbijające się od nich, a następnie przesyłała dane o ruchu do komputera. Następnie zostały one nałożone na animowaną twarz, która doskonale odwzorowuje mimikę aktora. Metoda z kamerką na podczerwień, pozwalała na niezwykłą precyzję w odwzorowywaniu ruchu twarzy w porównaniu do tradycyjnego przechwytywania.

Kolejnym problemem były długie ramiona Cezara i innych małp, których używają one do poruszania się na ziemi jak i do wspinania się i skakania po drzewach, budynkach itp. W celu prawidłowego odwzorowania przednich kończyn, aktorzy zakładali na ręce specjalne protezy, które przedłużały ich ramiona, umożliwiając realistyczne „małpie” poruszanie się w terenie.

„Geneza planety małp”, to film przedstawiony z punktu widzenia Cezara. Na ekranie widzimy jego, ale tak naprawdę to Andy Serkis. Cezar wchodzi mocno w interakcję z otoczeniem, gdyż nie tylko biega po drzewach, ale również przytula się do swojego opiekuna, bawi się z nim, trzyma za rękę. To wszystko musiał zagrać Andy, z tego powodu jego rola jest najtrudniejszą rolą w filmie i zarazem najbardziej wymagająca, gdyż oprócz sprawności i giętkości wymagała również ogromnej wyobraźni. Podczas gry aktorskiej Serkis musiał wyobrażać sobie jak scena, którą wykonuje będzie wyglądać w komputerze i później, po nałożeniu animacji Cezara. Inni bohaterowie musieli dostosować swoją grę do biegającego w kostiumie aktora, oraz również zachować pełną powagę i skupienie, gdyż na planie, głównie podczas ujęć w których Cezar bawi się ze swoim opiekunem było bardzo wesoło. Andy Serkis skacząc po Jamesie Franco, łaskocząc go i wygłupiając się robiąc małpie miny, wyglądał bardzo zabawnie, co rozweselało całą ekipę, ale było również dowodem na pełny profesjonalizm i niezwykle poważne podejście aktora do wymagającej roli.

Dzięki swojej inteligencji Cezar bardzo wyraźnie wyrażał emocje. Na ekranie dokładnie widzimy radość, złość, gniew i rozczarowanie, strach, obojętność i dominację, oraz przede wszystkim miłość, gdyż Cezar potrafi mocno kochać, bo sam czuł się przez wiele lat kochany. Ukazanie autentycznych i przekonujących uczuć jest już nie lada wyzwanie dla aktora, który musi wcielić się tylko w innego człowieka, a co dopiero, gdy obiektem jego starań jest zwierzę. Jednak dzięki wspaniałej pracy Serkisa gotowy efekt wyszedł rewelacyjnie, a aktorowi należą się brawa. Chwalebnych słów nie szczędzi również pod adresem Andy’ego  reżyser filmu Rupert Wyaat: „Andy to Charlie Chaplin naszych czasów. Wyspecjalizował się w pracy z twórcami efektów specjalnych i wizualnych, doskonale wie jak to robić, jest w tym perfekcyjny. Możliwość współpracy z tak genialnym artystą ogromnie podnosi wartość filmu.”.

Postać i osobowość Cezara, dzięki grającemu go aktorowi sprawia, że gdy tylko znika on z ekranu na rzecz jakiejś innej sceny, pojawia się uczucie pustki. Dzieje się tak gdyż Cezar jest postacią wyjątkową, skupiającą na sobie całą uwagę widza, a ludzie partnerujący mu w filmie wydają nam się przy nim nudni i mało znaczący. „Geneza planety małp” to film, który po wyjściu z kina mamy ochotę obejrzeć po raz drugi. Pragniemy drugi raz przeżyć emocje, które towarzyszą nam od pierwszej minuty. Ale przede wszystkim pragniemy jeszcze raz zobaczyć Cezara.

Mittron

 

4. T-Rex

„Jurrasic Park” to zdecydowanie jeden z największych przełomów technicznych w historii kina. Stevenowi Spielbergowi zamarzyło się ożywienie dinozaurów pokazując je w sposób o wiele bardziej realistyczny niż miało to wcześniej miejsce w wielu filmach, gdzie tworzono je metodą poklatkową. Zdecydowano się na użycie wówczas dopiero raczkującej, pojawiającej się jedynie w sporadycznych przypadkach animacji cyfrowej. Nie należy zapominać o tym, ze gigantyczną część pracy wykonał legendarny Stan Winston, który stworzył skomplikowane modele olbrzymich gadów, ale główną rolę grała właśnie fantastyczna praca grafików komputerowych. Chyba wszyscy pamiętamy pierwsze pojawienie się na ekranie Brachiozaura, na które większość widzów reagowała wytrzeszczem oczu nie mniejszym niż ten, który udzielił się grającemu tu jedną z głównych ról Samo Neillowi. Ale jednak  najsłynniejszym efektem tej morderczej pracy był najgroźniejszy drapieżnik w historii, czyli T-Rex.

Jego wydostanie się przez uszkodzone ogrodzenie połączone z wgniatającymi w fotel efektami dźwiękowymi (te stąpnięcia i ryk), a poprzedzone słynnym ujęciem z wodą drżącą w szklance, do dziś porażą niezwykłą wielkością i tym trudnym do opisania uczuciem obcowania z prawdziwą magią kina. Mimo, że widzimy go tylko w czterech sekwencjach (wydostanie się z ogrodzenia, pościg za jeepem, pożarcie innego dinozaura i napisana specjalnie dla niego końcowa scena) to każdy z tych momentów jest absolutnie niezapomniany. Do dziś T-Rex absolutnie powala realizmem (a przecież niedługo minie już 20 lat od premiery!) i jest jednym z najbardziej popularnych przykładów tego jak doskonały efekt może przynieść dopracowana animacja komputerowa. Jeszcze więcej T-Rex mógł sobie pohulać w kontynuacji gdzie dokonał też całkiem efektownej rozwałki miasta. Trzecią część w której został pokonany przez Spinozaura skwituję milczeniem, gdyż każdy wie że ten pojedynek powinien zakończyć się zupełnie innym wynikiem…

Pegaz

O efektach specjalnych w „Parku Jurajskim” przeczytasz tutaj. 

3. Neytiri

W plebiscycie na najlepsze postacie i stwory wygenerowane cyfrowo nie mogło zabraknąć bohaterów Cameronowskiego „Avatara”. Początkowo ocenie miało podlegać kilka charakterów z filmu, ale po wielu rozmowach doszliśmy do wniosku że każdy film powinien mieć jednego (głównego) reprezentanta… Tak więc Transformersy mają Optimusa, LOTR Golluma a Avatar Neytiri. Księżniczka Navi – Dis’kahan Mo’at’itey  (zagrana przez wschodzącą gwiazdkę Hollywoodu Zoe Saldana) wprowadza nas do fantastycznego świata pełnego mistycyzmu i magii. Postać Neytiri, na początku twarda i niedostępna okazuje się być kwintesencją całego filmu, jej zmysłowość wprost emanuje z ekranu. To właśnie dzięki niej z zapartym tchem oglądamy kolejne sceny, poznajemy cudowny i zarazem niebezpieczny świat Pandory oraz odkrywamy tajemnicę skrywana przez Navi.

Neytiri spychając na dalszy plan Grace (Sigourney Weaver) czy Jake’a (Sam Worthington) bierze na siebie „ciężar” odpowiedzialności za poprowadzenie widza przez pełną przygód opowieść. I przyznam – nie możemy sobie wyobrazić lepszego przewodnika (Cameron zdecydowanie wiedział co robi:)). Pełna temperamentu i seksapilu alienka doskonale sprawdza się w swojej roli, zachwyca realizmem, wzbudza emocje. W dużej mierze jest to zasługa Saldany (genialnie przekazuje postaci własne emocje i zachowania, a do tego ten zabarwiony delikatną chrypką głos…Miód dla uszu…)

Wydaje się że charakteryzacja CGI jest tylko wisienką na torcie, uzupełnieniem doskonałego powiązania między „żywym” aktorem i graną przez niego postacią. Każda emocja, każdy gest i spojrzenie jest tak dopracowane że ciągle nam mało i chcemy oglądać Neytiri jak najczęściej. Stąd też i wysoka (3-cie miejsce) pozycja pięknej księżniczki Navi w naszym plebiscycie.

Dla podsumowania zacytuję jeden ze znalezionych w sieci opisów Neytiri (wielki szacunek i podziękowania dla: Hellfire83) w 100% podzielam Jego zdanie.

„Neytiri jest postacią stworzoną przez Camerona. Ale czy na pewno? Czy przypadkiem nie jest to obraz kobiety idealnej, która żyje w głowie 90% mężczyzn? Cieszę się że oprócz tego, że film zaskoczył mnie pod względem wizualnym, efektami specjalnymi, pięknem świata i prostą lecz uniwersalną historią z wieloma przesłaniami.. obraz Camerona zaskoczył i zachwycił mnie postacią Neytiri. Nie jestem zakochany w postaci animowanej, lecz w wizerunku kobiety, który ona pozwala sobie wyobrazić. Co z tego że jest niebieska, ma 3 metry, ogon i kocie uszy? Jest piękna mimo to. Nie da się tego poczuć nie oglądając filmu. W trailerze myślałem – nawet fajna postać animowana ale czy seksowna? Raczej nie. Obejrzałem film… Neytiri mnie oczarowała. jest zarówno seksowna fizycznie, piękna ale przy tym subtelna, wojownicza, silna ale jednocześnie delikatna. Ma dobre serce, kocha przyrodę, jest wrażliwa. Jej mimika twarzy pokazująca emocje jest majstersztykiem. Udało się wizjonerskiemu reżyserowi pokazać taką kobietę jakiej pragną faceci i udowodnił nam ze nie liczą się kształty uważane przez kolorowe magazyny za seksowne, lecz wnętrze, osobowość i serce… „

Rinzler

2. T-1000

Podczas seansu „Terminatora 2”, T-1000 w postaci w stu procentach wygenerowanej komputerowo na ekranie pojawia się przez dosłownie kilka minut, często ustępując miejsca animatronicznym modelom Stana Winstona i charakteryzacji. Jednak niemal każda z tych kilku minut nawet dziś robi ogromne wrażenie. Z technicznego punktu widzenia niektóre z tych scen się zestarzały, chociażby płomienie buchające z wraku rozbitej ciężarówki mogłyby odbijać się trochę lepiej na metalicznej sylwetce Roberta Patricka. Nie zmienia to jednak faktu, że koncepcja postaci będącej myślącym, płynnym metalem jest fantastycznie pomysłowa, a sposób przedstawienia jej w filmie przemyślany od początku do końca, dzięki czemu T-1000 jest najciekawiej zaprojektowaną postacią, która znalazła się na tej liście.

James Cameron nie uległ pokusie popisywania się nową technologią przy każdej możliwej okazji, dzięki czemu terminator korzysta ze swoich umiejętności w rozsądny i genialny w swojej prostocie sposób, czego najlepszym przykładem może być otworzenie drzwi windy poprzez podzielenie wbitego w nie ostrza, lub (podczas walki ze Schwarzeneggerem) wytworzenie rąk w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowała się jego głowa. O absolutnie kultowej scenie z helikopterem nie wspominając.

Ciuniek

O efektach specjalnych w Terminatorze 2 przeczytasz tutaj.

1. Gollum

Tak naprawdę nie ma tutaj mowy o jakimś zaskoczeniu. Pierwsze miejsce to tylko ostateczne zaprowadzenie porządku pośród postaci cyfrowych – Gollum na czele to, jak mawiał klasyk, oczywista oczywistość. Z kilku powodów.

Po pierwsze Gollum to rola aktorska. Nie zbiór pikseli, tekstur, animacji, ale – pełnoprawny popis aktorskiego kunsztu. Andy Serkis, skrywający się pod maską zniewolonego pierścieniem hobbita, gra pełną gamą emocji, często skrajnych: pokazuje ślepą nienawiść i chorą uległość, cierpienie uciemiężonego i radość kłamcy. To schizofrenia  uczuć, nad którą Gollum nie był w stanie panować, a którą doskonale odegrał Serkis – co prawda w specjalnym wdzianku, z setkami czujników na ciele, na tle blue-boxa, ale liczy się ostateczny efekt, a ten jest oszałamiający.  Serkis przybrał pozę (dosłownie)  szkaradnego stwora, który skrzeczy, krzyczy, chrzęści, pluje, płacze, ryczy. W tej roli łączą się więc dwie mistrzowskie kwestie: Andy Serkis, który – po zerknięciu na to, w jaki sposób ogrywał postać – po prostu zasługiwał na wszystkie klasyczne wyróżnienia (w tym oscarowe, bo dlaczego by nie?!) i studio Weta Digital, które „ubrało” Serkisa w odpowiedni cyfrowy kostium i bezbłędnie odwzorowało wszystkie uczucia towarzyszące Gollumowi.

Po drugie, Gollum to niejako wzór postaci cyfrowej, która, pod względem i sposobu wykreowania, i ogrania przez aktora, zbliżyła się na kilka kroków do najważniejszych ról drugoplanowych w historii kina. To nie tylko efektowny epizod, ale pełnoprawny gracz w tej opowieści, który wchodzi w interakcję z innymi, z otoczeniem, ma tylko swój czas (choćby klasyczny monolog o planie odzyskania pierścienia). Tak go ukazywał Tolkien i w ten sposób pokazał Golluma Peter Jackson wraz z Wetą.

Po trzecie, Weta Digital. Przywołanie do życia Golluma wymagało pracy kilku tysięcy komputerów pracujących 24 godziny na dobę przez kilka lat. Najpierw stworzono całą anatomię Golluma, łącznie ze skórą, włosami, oczami, które – już na ekranie kinowym – miały stwarzać wrażenie naturalnej. Jak dokładnie przebiegało renderowanie, modele 3D, key-frame animation, motion capture – tego dowiecie się z dodatków na wypasionych wydaniach extended LOTRa. Okiem grafika-laika powiem tylko, że praca nad tą postacią robi piorunujące wrażenie, a sposób zaangażowania zespołu od FX w kreowanie czegoś innego, czegoś przełomowego budzi wyłącznie niekłamany podziw.

Innymi słowy – Gollum to idealny przykład na to, jak nowoczesna technologia może współgrać z klasycznym aktorstwem i jak jedno drugie może uzupełniać.

desjudi

 

Pierwsza część rankingu, miejsca 15-8.

 

Suplement do rankingu

Latest posts by Pegaz (see all)







  •  :) Obstawiałem że T-1000 będzie na 1 miejscu a tu niespodzianka. Paskudny Gollum wykopał mu tron spod tyłka:P

  • Pingback: Najlepsze postacie cyfrowe | KMF Film.org.pl()

  • Nigdy  nie zrozumiem tych zachwytów nad Gollumem. Od pierwszego ujęcia z jego udziałem widziałem postać CGI, która raziła sztuczność na dzieńdobry. Po dziś dzień zdania nie zmieniłem. Jedynie co jest przełomowe w przypadku Golluma to odwzorowanie ruchów aktora – aktora bardzo utalentowanego. Reszta cóż…. razi sztucznością jak gówno zapachem.

    • Ale w rankingu nie chodzi o najdoskonalsze efekty, tylko najlepsze, niekoniecznie związane z jakością pikseli. Poza tym w swoim czasie Gollum był czymś wyjątkowym, także pod względem jakości, choć obecnie widać pewne niedociągnięcia (po 10 latach i takim Cezarze) 

  • „Andy Serkis, skrywający się pod maską zniewolonego pierścieniem hobbita” – słucham?! Jakiego hobbita?!

    W książce było jedynie powiedziane, że Gollum należał do rasy która była jakoś tam, pokątnie, SPOKREWNIONA z hobbitami, ale nic więcej!

  • Pingback: Najlepsze postacie cyfrowe. Suplement | KMF Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Oni wracają!

Następny tekst

Najlepsze postacie cyfrowe. Suplement



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE