Gwiezdne Wojny – Realizacja | FILM.ORG.PL

Gwiezdne Wojny – Realizacja








Adam Sobieski
27.03.2012


 

Część I – obsada i ekipa

Po zatwierdzeniu kontraktu na „Gwiezdne wojny”, George Lucas założył w 1975 roku na potrzeby filmu wytwórnię efektów specjalnych Industrial Light & Magic oraz Sprocket System do montażu i udźwiękowienia (którą kilka lat później zmieniono w znane i uznane na całym świecie Skywalker Sound). Kolejne pół roku Lucas spędził na castingu. Podzielił się salą przesłuchań ze swym przyjacielem Brianem De Palmą, który podobnie jak on chciał obsadzić młodych aktorów w ekranizacji „Carrie” Stephena Kinga. Za decyzją o podzieleniu się salą castingową przemawiał przede wszystkim bardzo ściśle zaplanowany budżet „Gwiezdnych wojen”. Kolejnym sposobem, by zaoszczędzić pieniądze, było obsadzenie w głównych rolach mało znanych aktorów, z czego wytwórnia Fox była niezbyt zadowolona. Do głównych ról Luke’a, księżniczki i Hana Solo, reżyser poszukiwał aktorów, między którymi zachodziłaby chemia na ekranie. Dzięki inteligentnemu i uczciwemu wyglądowi, rolę Luke’a Starkillera otrzymał 24-letni Mark Hamill. Pokonał on między innymi: Williama Katta, Robbie’ego Bensona, Bruce’a Boxleitnera, Charlesa Smitha, Willa Seltzera i Andrew Stevensa. Hamill otrzymywał 1800 funtów wynagrodzenia za każdy dzień zdjęciowy. Jako ciekawostkę dodam, że krąży też niepotwierdzona plotka, jakoby na casting do roli Luke’a przyszedł także John Travolta (obsadzony w „Carrie”), a ponadto, do jednej z ról rzekomo kandydował sam Sylvester Stallone.

Postać księżniczki Lei wymagała od aktorki posiadania dojrzałej, jak na swój wiek, pewności siebie i niezwykłej zadziorności. Przez pewien czas Lucas rzekomo rozważał, czy księżniczki nie powinna zagrać japońska aktorka. Reżyser przesłuchał do tej roli ponad 400 kobiet, z czego 50 zakwalifikowało się do drugiego etapu. Wybór padł na dziewiętnastoletnią wówczas Carrie Fisher, która pokonała w castingu niemalże każdą z młodych aktorek tamtych czasów: Terri Nunn, Cindy Williams, Sissy Spacek, Farrah Fawcett, Glenn Close, Barbarę Hershey, Bernadette Peters, Bonnie Bedelię, Dianne Wiest, Melanie Griffith, Margot Kidder, Jessicę Lange, Meryl Streep, Lisę Eilbacher, Koo Stark, Amy Irving, Sigourney Weaver, Cybill Shepherd, Christinę Lahti, Jane Seymour, Anjelicę Huston, Anne-Marie Martin, Catherine Hicks, Christinę Baranski, Kay Lenz, Kim Basinger, Kathleen Turner, Lindę Purl, Debrę Winger, Geenę Davis i Jodie Foster. Ponoć Fisher została wybrana do roli księżniczki dlatego, że jako jedyna z kandydatek umiała poprawnie trzymać pistolet bądź karabin 45mm, jaki dawał do rąk Lucas. Po castingu Carrie obawiała się, że bardzo źle wypadła, że jej sylwetka jest za gruba (rozważała odchudzanie – Lucas sprowadził ją na ziemię) i że z pewnością twórcy wybiorą sporo młodszą Jodie Foster, która sławę zyskała dzięki roli młodocianej prostytutki w „Taksówkarzu” Martina Scorsese. Obawy Fisher okazały się bezpodstawne, gdyż, jak przyznała Foster, miała wówczas podpisany kontrakt z wytwórnią Disneya, więc tak czy siak nie zagrałaby w „Gwiezdnych wojnach”. Dodatkowo krąży plotka, jakoby Fisher została wybrana do roli Lei, ponieważ była najtańszą aktorką w branży – otrzymywała 1530 funtów za każdy dzień zdjęciowy.

Do roli Hana Solo potrzeba było kogoś starszego. Harrison Ford, który dorabiał jako stolarz, pracował już z George’em Lucasem przy „Amerykańskim graffiti”, lecz reżyser, chcący widzieć w filmie tylko nowe twarze, z miejsca odrzucił kandydaturę Forda. Ponoć podczas realizacji „Graffiti”, rozbrykany Harrison Ford wybił szybę w samochodzie zaparkowanym przed hotelem w jakim się zatrzymali, po czym wdał się w bójkę z Richardem Dreyfussem, skutkiem czego Lucas obiecał sobie, że już nigdy więcej nie będzie z nim pracował. Lucas zatrudnił go jednakże do czytania wypowiedzi pozostałych postaci przy castingu, co miało ułatwiać kandydatom do ról wymawianie dialogów. Cyniczność i zadziorność, z jaką Harrison wypowiadał swoje kwestie zaowocowały tym, że Lucas ponownie rozpatrzył jego kandydaturę. Co ciekawe, rzekomo gdy Lucas miał poinformować o tym Harrisona, ten montował właśnie nowe drzwi u Francisa Forda Coppoli. Do roli Hana kandydowali także Perry King, Christopher Walken, Tom Berenger, Frederic Forrest, Christopher Allport, Nick Nolte, Chevy Chase, Steve Martin, Bill Murray i Kurt Russell. Dodatkowo, propozycję by zagrać Hana rzekomo odrzucili James Caan, Jack Nicholson, Robert De Niro, Burt Reynolds, a nawet Al Pacino. Ponoć Lucas rozważał także obsadzenie w roli pirata Richarda Dreyfussa, z którym pracował już przy „Amerykańskim graffiti”. Honorarium Harrisona Forda za dzień wynosiło 1350 funtów.

Myśląc o roli starszego mistrza Kenobiego, Lucas brał pod uwagę Toshirô Mifune – sztandarowego aktora filmów Akiry Kurosawy. Należy w tym miejscu dodać, że Mifune zagrał wcześniej generała Rokurotę Makabę w „Ukrytej fortecy”, na którym wzorowana była postać Kenobiego. Lucas stwierdził jednakże, iż potrzebuje prawdziwej gwiazdy. Wybrał więc Aleca Guinnessa, który zagrał w ponad 40 filmach, z „Lawrence’em z Arabii” czy „Doktorem Żywago” na czele, a także zdobył Oscara za „Most na rzece Kwai” Davida Leana. Podczas ostatniego dnia zdjęciowego na planie filmu „Zabity na śmierć” (1976), Guinness otrzymał „dziwny” scenariusz autorstwa George’a Lucasa. Mimo że wcześniej nie słyszał o reżyserze, z radością przyjął rolę, gdyż fabuła wydała mu się bardzo interesująca. Dodatkowo Guinness wynegocjował 2,5 procentowy zysk od sprzedanych biletów, dzięki czemu aktor zarobił ponad sześć milionów dolarów. Dodajmy, iż uśmiercenie Kenobiego w połowie filmu było rzekomo właśnie jego pomysłem, choć inne źródło twierdzi, że to Marcia Lucas powiedziała mężowi: „weź go po prostu zabij”. Guinness był z tego powodu wściekły, co może potwierdzać autorstwo pomysłu Marcii. Mimo wszystko aktor zgodził się zagrać postać, z którą był utożsamiany do końca swego życia.

Pozostała część castingu odbyła się w Londynie pod dyrekcją Irene Lamb, gdzie oprócz aktorów zwerbowano także niektórych członków ekipy oraz szukano osób do ról szturmowców i przedstawicieli obcych ras.

Do roli Dartha Vadera wybrany został kulturysta David Prowse, gdyż Lucas cenił sobie jego występ w „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka (1971), którego „2001: Odyseja kosmiczna” (1968) miała ogromny wpływ na „Gwiezdne wojny”. Prowse, podobnie jak grający Wielkiego Moffa Tarkina Peter Cushing, zagrał we „Frankensteinie i potworze z piekła” Terence’a Fishera (1974). Podobno raz na planie „Gwiezdnych wojen” Cushing poprosił Lucasa o więcej zbliżeń, gdyż nie mógł wytrzymać w uciskających butach – nagrał kwestie stojąc w wygodnych kapciach. Cushing przez krótki czas rozpatrywany był przez Lucasa do roli wyżej opisanego Kenobiego. Za rolę Tarkina, Brytyjczyk otrzymywał 2000 funtów za każdy dzień zdjęciowy.

Standardowe metody castingu na nic się zdały przy poszukiwaniu odtwórcy roli Chewbaki, dwustuletniego, włochatego przyjaciela Hana Solo. Wybór padł na mierzącego 221 centymetrów wzrostu Petera Mayhewa – pracownika szpitala w Yorkshire. Podczas pierwszego spotkania z George’em Lucasem i producentem Garym Kurtzem, Mayhew po prostu wstał z kanapy, a wchodzący do pomieszczenia reżyser natychmiast odwrócił się do wspólnika i powiedział: „chyba go znaleźliśmy”. Jedyne, co o Chewbacce Mayhew wiedział przed rozpoczęciem zdjęć, to że postać jest duża i włochata. Przed oficjalnym obsadzeniem go w tej roli, aktor miał także do wyboru odegranie Lorda Vadera. Mayhew jednakże chciał grać postać pozytywną, co doskonale odpowiadało Davidowi Prowse’owi, który marzył, by wcielić się w czarny charakter (on również mógł wybrać między Chewbaccą a Vaderem). Przygotowując się do roli, Mayhew studiował zachowania najróżniejszych zwierząt z niedźwiedziami, małpami i gorylami na czele.

Tworząc wygląd Chewbaki wykonano ponad trzydzieści szkiców przedstawiających Wookiego. Pojawiły się wówczas propozycje, by twarz inspirowana była wiewiórką, kotem czy nawet lemurem. Stwór jednakże miał nie przypominać żadnego ze zwierząt spotykanych na Ziemi. Jeden z projektów Ralpha McQuarrie’ego posiadał nawet piersi, które artysta ostatecznie usunął, gdyż Chewbacca miał być samcem.

Kostium Chewbaki został wykonany przez Stuarta Freeborna, który był autorem między innymi małpiej charakteryzacji do „2001: Odysei Kosmicznej”, gdzie wykonał swą pracę tak dobrze, że członkowie Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej myśleli, że były to prawdziwe zwierzęta. Freeborn miał za zadanie stworzyć maskę w taki sposób, by ukazywała mimikę, jaką próbuje przekazać znajdujący się pod spodem Peter Mayhew. Na niewiele ważący stelaż głowy (zbudowany z materiału używanego do form plastrów miodu) zakładano formę z gumy piankowej, by nadać twarzy i tyłowi głowy właściwy kształt. Zęby powstały z akrylu, a liczne mechanizmy umieszczone wewnątrz przekazywały na zewnątrz maski ruchy znajdującego się pod spodem Petera Mayhewa. Przed założeniem maski malowano ciemne obwódki wokół oczu aktora, by jego skóra nie przenikała przez szczeliny w kostiumie i dodatkowo nadawały bardziej realistyczny wygląd. Przebierając się w kostium Chewbaki, Mayhew zakładał najpierw trykot gimnastyczny, na którym umieszczane były poduszki mające wyeksponować właściwą sylwetkę postaci. Cały kostium ważył niecałe siedem kilogramów i został stworzony z moheru oraz prostego włosia jaków. Ostatnimi elementami przebrania były włochate rękawice i buty. Niestety, kostium roztapiał się w wysokiej temperaturze, więc musiano zawiązywać na nim coraz to nowsze kosmyki włosia. Podczas filmowania jednej ze scen w kokpicie Sokoła Millenium, fragment kostiumu zapalił się od stojącego nieopodal reflektora. Podczas realizacji całej Trylogii, Mayhew dostał także niezliczonych udarów cieplnych. Czasami, dla wygody aktora, jako jedyny z obsady ćwiczył próby na planie bez stroju.

By zaludnić świat „Gwiezdnych wojen”, projektanci stworzyli cały asortyment zdalnie sterowanych robotów. Do odegrania postaci dwóch droidów: Artoo i Threepio, potrzeba było jednak prawdziwych aktorów. By obsługiwać pierwszego z nich, musiano znaleźć człowieka o bardzo niskim wzroście – nie można było umieścić wewnątrz dziecka, ponieważ sterowanie ważącym około 40 kilogramów „kostiumem” wymagało pewnej siły fizycznej. Wybór padł na mierzącego zaledwie 112 centymetrów wzrostu Kenny’ego Bakera, jednak ten pierwotnie odmówił zagrania (jak powiedział): „chodzącego odkurzacza”. Jako ciekawostkę dodam, że gdy model Artoo pojawił się po raz pierwszy na planie, George Lucas poobcierał go, by wyglądał na starego, a nawet kopnął kilka razy. Model R2-D2 stworzył szef modelarzy z ILM, Grant McCune.

Do roli C-3PO, złotego kompana R2-D2, potrzeba było kogoś niezwykle szczupłego. Ponadto Lucas postawił warunek, aby kandydaci posiadali umiejętności odgrywania mima. Wybór padł na brytyjskiego aktora Anthony’ego Danielsa. Osobista agentka poinformowała go, że „pewien amerykański filmowiec tworzy niskobudżetowy film science fiction, w którym w zasadzie wszystkie pieniądze idą na kostiumy, dekoracje i przede wszystkim efekty specjalne”. Dodała, że ów reżyser widzi go w roli – tu ponoć zrobiła przerwę – robota. Daniels wpierw odmówił, jednak mimo to zjawił się na przesłuchaniu. Czekając na reżysera, jego nastawienie do projektu uległo zmianie, gdy ujrzał przepiękny rysunek autorstwa Ralpha McQuarrie’ego, przedstawiający jego bohatera. Anthony Daniels i Kenny Baker są jedynymi aktorami, którzy zagrali w każdej z części „Gwiezdnych wojen”.

Projekt Threepio zmieniał się wielokrotnie. Ogromny wpływ na niego miała Maria (pierwsze zdjęcie) – humanoidalny robot z „Metropolis” Fritza Langa (1927). Owe inspiracje rzucają się w oczy szczególnie na niektórych z początkowych projektów droida (Lucas chciał, by C-3PO wyglądał jak Maria, ale był chłopakiem). Jako że C-3PO jest droidem tłumaczem, Lucas chciał, by jego postać posiadała bardziej ludzkie kształty niż R2-D2, ale zarazem by twarz nie wyrażała żadnych emocji.

Podczas pierwszego przybycia Danielsa do studia, rozebrano aktora i zrobiono odlew jego prawie nagiego ciała, aby dzięki powstałej formie stworzyć jak najszczuplejszy kostium. Nawet na prototypie widać było wyraźne inspiracje Marią z filmu Langa. Prawdopodobnie ostateczny wygląd maski C-3PO zawdzięczamy projektantowi kostiumów Johnowi Mollo, który przekształcił szkic McQuarrie’ego po prostu zmieniając oczy na okrągłe.

Pierwsza wersja kostiumu została stworzona z gumy lateksowej, co spowodowało, że u Danielsa wystąpiło podrażnienie skóry. Na dodatek rzeźbiarze skonstruowali do niej stalowe rękawice, które okazały się zbyt ciężkie. Przy ostatecznej wariacji kostiumu (która dopiero, według Lucasa, nie wyrażała żadnych emocji), większość elementów powstała z włókna szklanego. Ręce jednakże były z aluminium, a głowa i dłonie z plastiku. Na stopach Daniels nosił białe buty żeglarskie, odpowiednio zamaskowane złotą powłoką z tworzyw sztucznych. Wewnętrzna cześć kostiumu została wykonana z czarnej gumy, do której przyczepiono dekoracyjne przewody. Na stawy (takie jak łokcie czy kolana), aktor zakładał uszyte z materiału fragmenty kostiumu, które kamuflowały przerwy pomiędzy elementami obudowy. W owych miejscach ukryte były także wszelkie mocowania poszczególnych części. Aby zakryć usta aktora, do wewnętrznej części otworu w masce przyczepiono pasek z czarnej taśmy. Oprócz złotego kostiumu dla Danielsa, zbudowano także inne wersje kolorystycznie, które widać chociażby podczas ataku na Łamacza Blokady. Całość pierwotnie rzeźbił Liz Moore, lecz gdy odszedł, zastąpił go Brian Muir, który stworzył głowę oraz większość detali. Należy wspomnieć, iż Liz Moore stworzył także hełmy szturmowców, a Brian Muir całą resztę zbroi żołnierzy Imperium.

W tym samym czasie przeprowadzano próby charakteryzacji oraz budowano kostiumy pozostałych postaci – tworzył je zarówno Stuart Freeborn, jak i ILM, gdzie w większości powstawali przedstawiciele obcych ras, a właściwie ich części sterowane spoza kadru. W większości przypadków prace rozpoczynano od stworzenia odlewu twarzy danego aktora. Niektóre ze stworzonych na potrzeby filmu kostiumów miały tak ograniczoną cyrkulację powietrza, że podczas przerw w filmowaniu znajdujący się wewnątrz statyści musieli oddychać przez słomki do napojów, które władali we wcześniej zaprojektowane otwory. Ponadto w przypadku zwykłych kostiumów George Lucas już na pierwszym spotkaniu z odpowiedzialnym za nie Johnem Mollo jasno określił, iż mają wyglądać naturalnie, a nie sztucznie jak w dotychczasowych filmach science fiction.

 

 


 


PREPRODUKCJA
Część II – scenografia

Nim jednak stworzono kostiumy, należało ustalić gdzie film zostanie nakręcony, by uzyskać jak najlepszy efekt przy jak najmniejszym koszcie. Już w 1974 roku producent Gary Kurtz na własną ręką przeprowadził pewien rekonesans, by znaleźć odpowiednią halę mogącą pomieścić gigantyczne dekoracje, jakie miały powstać na potrzeby „Gwiezdnych wojen”. Podczas podróży przez USA okazało się, że wszystkie hale są albo zajęte, albo stanowczo za małe. Wśród odrzuconych znalazły się hale należące do 20th Century Fox, Sunset-Gower Studios oraz należące do Warnera Culver City. Kurtz postanowił zatem poszukać studia w Europie. Jako że we Włoszech sytuacja była identyczna jak w Stanach, Kurtz pod koniec 1975 roku wyruszył do Wielkiej Brytanii. Pierwszą halę, odpowiadającą potrzebom filmu Lucasa, Kurtz odkrył w Pinewood Studios. Niestety, koszty jej wynajęcia okazały się zbyt wysokie. Kurtz wybrał zatem słynne Elstree Studios, w którym ostatni film nakręcono w 1974 roku. Od tego czasu hale świeciły pustkami. Negocjacje okazały się bardzo owocne, gdyż producent nie tylko zarezerwował wszystkie hale (z wyjątkiem jednej, w której grupa Wings Paula McCartneya miała nagrywać nowy album), ale i wynajął studio za grosze, co ponadto uchroniło Elstree przed zbliżającym się wielkimi krokami bankructwem. Ponadto brytyjscy technicy uważani byli za najlepszych w branży, co było wielkim atutem. Niestety, dwie ważne sekwencje nie mogły powstać w Elstree. Mowa tu o scenach na Yavin IV, które zrealizowane zostały w kolejnej brytyjskiej hali – Shepperton Studios. Wybór angielskich hal okazał się trafny również dlatego, iż rząd Wielkiej Brytanii był w bardzo dobrych stosunkach z Tunezją, gdzie kręcić miano plenery planety Tatooine. Ponadto filmowanie poza granicami USA zapewniało Lucasowi nieco więcej kontroli nad filmem, gdyż „szpiegowanie” ekipy przez zarząd Foxa było w pewnym stopniu utrudnione.

Jak już wspomniałem, w Anglii pozyskano pracowników studia, niektórych aktorów i statystów. Wśród zatrudnionych znalazł się także wybitny scenograf John Barry. Powierzono mu i jego pomocnikom niezwykle ważne zadanie, mianowicie stworzenie dekoracji, które pochłonęły aż 1/4 budżetu filmu.

Barry musiał zrobić coś, czego nikt się wcześniej nie podjął – stworzyć zupełnie nowe światy. Oczywiście nie był sam. W jego pionie znaleźli się starzy znajomi Norman Reynolds i Leslie Dilley, a także dekorator Roger Christian. Ponadto niezwykle przydatni okazali się: szef efektów mechanicznych John Stears, kierownik budowy dekoracji Bill Welch oraz odpowiedzialny za niezwykle futurystyczne panele Harry Lange, który pracował wcześniej nad „2001: Odyseją kosmiczną” Kubricka.



Od lewej: Roger Christian, Leslie Dilley, John Barry, Bill Welch i Norman Reynolds.

John Barry swą pracę rozpoczął w brytyjskich biurach Lee Electronics w Londynie. Wraz z pomocnikami wzorował się w szczególności na projektach Ralpha McQuarrie’ego. Rysownik był ponoć niezwykle zadowolony, gdy okazało się, że dzieła jego wyobraźni powoli stawały się rzeczywistością. Na pierwszy ogień poszło współtworzenie robota R2-D2 oraz budowa ścigacza Luke’a. Na drugim zdjęciu widoczna pierwotna, porzucona wersja pojazdu z zamkniętym kokpitem.

Następnie, wraz z Garym Kurtzem, kierownikiem produkcji Robertem Wattsem oraz z kilkoma asystentami, John Barry wybrał się do północnej Afryki, Maroka i na Bliski Wschód, by znaleźć potencjalne lokacje do „Gwiezdnych wojen”. Jako że scenograf pracował już wcześniej w Tunezji, stwierdził, że tamtejsza architektura najbardziej odpowiada wizji Lucasa. Barry dokładnie zaplanował wówczas co trzeba przearanżować i jakie elementy scenografii dodać, by lokacje zyskały futurystyczny wygląd. Ponadto do zadań Barry’ego należało zdobycie wszelkich pozwoleń do realizacji zdjęć oraz niezbędna konsultacja z twórcami z ILM, którzy dzięki efektom specjalnym rozszerzyć mieli owe dekoracje.

Przy tworzeniu scenografii sporym utrudnieniem okazała się praca ze scenariuszem. Barry miał wówczas do dyspozycji jego trzecią wersję, na podstawie której opracowano budżet „Gwiezdnych wojen”. Gdy czwarta, ostateczna, została ukończona, z wielu elementów musiano zrezygnować na rzecz innych. Wtedy też postanowiono wykorzystać pewne sztuczki, mające zaoszczędzić pieniądze…

Niektóre sekcje, jak chociażby ściany, stworzono tak, by po przearanżowaniu można je wykorzystać w kolejnych scenach, co w szczególności dotyczyło dekoracji pomieszczeń na Gwieździe Śmierci. Kolejnym trickiem była niemal pełnowymiarowa dekoracja Sokoła Millenium. Zamiast budować dwa statki, postanowiono nakręcić najpierw sceny rozgrywające się na Tatooine, a po przebudowie dekoracji (z wyjątkiem samego Sokoła), sfilmować te w hangarze Gwiazdy Śmierci. Jeszcze innym elementem pojawiającym się w filmie dwukrotnie jest chociażby pewien pojazd, który widzimy zarówno w garażu domostwa Skywalkera, jak i na ulicy Mos Eisley. Na potrzeby filmu powstało razem 30 planów.

Po zaplanowaniu całej logistyki gigantycznego przedsięwzięcia, śmiało można było udać się na lokacje, gdzie miał paść pierwszy klaps na planie monumentalnej produkcji George’a Lucasa.

 


 


OKRES ZDJĘCIOWY
Część I – Tunezja

Pod koniec marca 1976 roku Lucas wraz ekipą przybył do północnej Afryki, do miasta Tozeur w Tunezji (gdzie od ponad ośmiu tygodni powstawały dekoracje), aby rozpocząć realizację scen rozgrywających się na pustynnej planecie Tatooine (okres zdjęciowy w Tunezji wynosił dwa tygodnie). Co ciekawe, nieopodal miejsca kręcenia znajdowało się tunezyjskie miasteczko Tatawin, którego jedna z lokalnych nazw to Tataouine.

Pierwszą nakręconą w Tunezji sceną była rozmowa C-3PO z Owenem Larsem, sfilmowana 22 marca. To właśnie w Tunezji korzystano z zakładanej na obiektyw nylonowej pończochy, która miała nadać obrazowi miękkości i jednocześnie chronić przed ostrym słońcem. Z tej samej techniki korzystano kilka lat wcześniej, kręcąc chociażby „Skrzypka na dachu”, który otrzymał Oscara między innymi właśnie za najlepsze zdjęcia.

Większość brytyjsko-amerykańskiej ekipy pracującej z Lucasem nie wierzyła w sukces tego filmu oraz w realizację wszystkiego zgodnie z wyznaczonymi terminami. Ich niechęć pogłębiały ciągłe awarie zdalnie sterowanych robotów (od pierwszego dnia zdjęć włącznie), uszkodzenie części dekoracji gąsienic piaskoczołgu i sięgające 40’C upały. Aktorzy dosłownie smażyli się w swoich kostiumach, co szczególnie dokuczało grającemu atakującego Jeźdźca Pustyni Peterowi Diamentowi, kierownikowi kaskaderów. Na dodatek zaledwie po jednym dniu na planie Saharę nawiedziła pierwsza ulewa od 50 lat – nie było nawet mowy o kręceniu, tym bardziej, że jedna z ciężarówek ekipy utknęła w błocie i nie można było jej wyciągnąć. Na domiar złego pojazd, który miał ją wyciągnąć również utknął! Najmniej awaryjnym środkiem transportu okazały się… osły.

Na planie w Tunezji w zasadzie pierwszy raz zmontowano w całości kostium C-3PO (przed zdjęciami zrobiono to tylko raz). Sześciu członków ekipy zakładało go Danielsowi przez dwie godziny. Rzekomo zaledwie po dwóch (!) krokach pękł on w okolicy lewej stopy w dwóch miejscach, co spowodowało, że wbijał się w stopę aktora. Daniels zaczął kuleć, więc postanowiono zdjąć ów fragment.

Anthony Daniels przyznał, że jego kostium był dosłownie śmiertelną pułapką. Ponoć wystarczyło umieścić palec w nieodpowiednim miejscu, by został ucięty przez ostre krawędzie nawet przy najmniejszym ruchu ciała. Jego zazębiające się kawałki wiecznie szczypały, a nawet cięły ciało aktora. Maska bardzo ograniczała pole widzenia i zagłuszała zarówno kwestie, jakie mówił Daniels, jak i docierające do niego kwestie innych aktorów. Nawet noszenie aparatu słuchowego nie polepszyło sytuacji. Daniels nie mógł na planie także chodzić po schodach, ani nawet siadać. Aby odpocząć, aktor opierał się na specjalnie zbudowanej pochyłej platformie wyposażonej w podłokietniki oraz w stojak podobny do tych używanych przez muzyków (by móc przeczytać scenariusz). Aby zjawić się w danym miejscu na planie, członkowie ekipy przenosili go na noszach bądź zawozili na wózku. W przypadku scen siedzących, niektóre elementy zakrywały jego niekompletny kostium (gdyż w całości nie mógł usiąść). Kolejnym mankamentem kostiumu była bardzo ograniczona cyrkulacja powietrza. Aktor wielokrotnie był bliski utraty przytomności, lecz mimo to żartował, że kostium od gorąca może się roztopić.

Strój często zwyczajnie się rozpadał. Ponoć co chwila ktoś informował, iż C-3PO odpadła ręka czy noga. Musiano więc naprawiać go bezpośrednio na planie, często przy użyciu niezastąpionej taśmy klejącej. Z rozpadaniem kostiumu wiąże się jednak pewna bardzo zabawna historia. Otóż na kartach kolekcjonerskich, wydanych po premierze filmu, pojawiło się zdjęcie przedstawiające C-3PO… z odstającym złotym penisem! Owe karty osiągały spore sumy na różnych aukcjach, jednak okazało się, że fotograf uchwycił po prostu moment, w którym jeden z elementów kostiumu zaczął odpadać. Reszty złudzenia dopełniło przypadkowe zgranie światła i podobne elementy. Kartę poddano retuszowi, jednak „ocenzurowana” wersja nie osiągała już zawrotnych cen.

Wróćmy do okresu zdjęciowego. W Tunezji również R2-D2 nie funkcjonował tak dobrze, jak się spodziewano. Często wywracał się lub uderzał w dekoracje (również w scenach kręconych w studio). Co prawda jego zdalnie sterowana wersja mogła jeździć na swych trzech nogach przez dłuższy czas, ale robot nie mógł jednocześnie ruszać głową i miał problemy ze skręcaniem. Dodatkowo sygnał z nadajnika mieszał się z falami lokalnych stacji radiowych odbieranych na planie. W wersji dialogowej (tej o dwóch nogach), głowa droida była zamontowana na łożyskach, więc znajdujący się w środku Kenny Baker po prostu nią kręcił. Nie mógł jednakże tego robić do pewnego kąta, gdyż ograniczały go podłączone kable, które owijały mu się wokół szyi. Kenny Baker miał też ograniczony dostęp do zamontowanych wewnątrz cylindra przycisków zmieniających diody czy inne światełka na powierzchni droida.

W scenach z jeżdżącym R2-D2 umieszczano go na płytach, które maskowano ustawieniem kamery bądź popychano go za nogi przez osobę leżącą na ziemi. Kolejnym wyzwaniem było ukazanie emocji Artoo. Kenny Baker jedyne co mógł robić to kręcić głową w odpowiednim tempie – często George Lucas po prostu krzyczał „prawo, lewo, prawo, lewo” itd. Baker pocieszał się jedynie tym, że „założenie” kostiumu R2 trwało zaledwie kilka sekund, podczas gdy grający C-3PO Anthony Daniels ubierał się godzinę z pomocą kilku techników. Podczas zdjęć, znajdujący się wewnątrz Baker nie słyszał prawie żadnych dźwięków z zewnątrz. Bardzo często, by oznajmić mu, że reżyser krzyknął np. „cut”, ktoś z ekipy musiał podejść i odczepić głowę droida.

Za przykład problemów z R2-D2 niech posłuży scenka, w której droid rusza spod piaskoczołgu w stronę Luke’a i C-3PO. W momencie ruszania, środkowa noga Artoo nie chciała się wysunąć. By to osiągnąć, jeden z członków ekipy założył część ubioru Jawów i uderzał ręką w tył robota. Gdy noga się wysunęła, a R2 ruszył do przodu, owy człowiek schował się za jednym z robotów. Moment w którym ów technik idzie się ukryć wycięto w montażu. Oglądając film uważnie można dostrzec, że jeden z Jawów ma odkryte ręce.

Kolejnym problemem były możliwości skręcania zdalnie sterowanego Artoo. Doskonałym przykładem ograniczeń zbudowanego robota jest ujęcie, w którym Luke, Ben i droidy zmierzają w stronę lądowiska numer 94. Wykorzystano wtedy aż dwa egzemplarze R2. Pierwszy, tuż przed zakrętem znikał za kadrem, aktorzy skręcali w uliczkę, a z drugiej strony kadru wyjeżdżał drugi egzemplarz. To, że w następnym ujęciu, kamera jak najszybciej przekręca się by ukazać Sokoła Millenium nie jest przypadkiem – nie chciano by widać było żałośnie zsuwającego się ze schodów R2.

Znalezienie dokładnego miejsca filmowania pierwszych scen rozgrywających się na Tatooine wydaje się dosłownie niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ wiatr nieustannie kształtuje coraz to nowsze wydmy i przenosi piasek nawet o setki kilometrów. Mimo to wydaje się, iż słynny fan „Gwiezdnych wojen”, doktor archeologii David West Reynolds, mimo 19 lat jakie minęły od wizyty ekipy Lucasa, odkrył miejsce, w którym rozgrywała się scena z C-3PO przechodzącym obok szkieletu smoka Krayta. Podczas swojej wyprawy w 1995 roku, zupełnie przypadkiem, natknął się on na pewnego Berberyjczyka, który wspomniał mu o odkryciu przez jego syna kości dinozaura. Jak się okazało, była to atrapa kości z planu pierwszych „Gwiezdnych wojen”, którą pozostawiono na pastwę losu. Reynolds dostrzegł wówczas, że stworzone z włókna szklanego kości zostały pomalowane na biało tylko po jednej stronie – tej którą widać w kadrze. Co ciekawe, owe kości były ponoć przearanżowanym rekwizytem z pewnego filmu Disneya. Wróćmy do 1976 roku.

Tunezyjscy statyści grający szturmowców w scenie odkrycia rozbitej kapsuły ratunkowej otrzymali wynagrodzenie w wysokości 8500 tunezyjskich dinarów, czyli zaledwie 6 i pół dolara amerykańskiego – biorąc pod uwagę inflację, na dzień dzisiejszy jest to ok. 25 dolarów.

W rolę Jawów wcieliły się dzieciaki Gary’ego Kurtza, syn Petera Diamonda, syn Gilesa Instone’a (właściciela wynajętej firmy transportowej) oraz kilku bardzo niskich dorosłych. Efekt świecących oczu powstał poprzez zakrycie głów aktorów czarnym materiałem, na który zakładano stelaż ze światełkami. Prąd dostarczany był z małego akumulatorka umieszczonego wokół pasa statysty, jednakże często światła zwyczajnie nawalały, a kabelki rozłączały. Jako ciekawostkę dodam, że szefa Jawów zagrał Jack Purvis, który obok Quenina Pierra jest jedynym aktorem, jaki wcielił się w trzy różne postaci we wszystkich trzech częściach Oryginalnej Trylogii.

Gdy ekipa i aktorzy narzekali na niewygodną dla wszystkich sytuację, Alec Guinness wykazywał się pełnym profesjonalizmem. Nie narzekał, był zawsze miły dla pozostałych aktorów i świetnie przygotowany. Właśnie podczas kręcenia w Tunezji obchodził swoje urodziny, gdzie ekipa zorganizowała mu skromne przyjęcie. Dodam, że przed pierwszą sceną z jego udziałem, aktor zrzucił na ziemię swój płaszcz Jedi, po czym podeptał go, by wyglądał na stary i noszony od dłuższego czasu.

Filmowy Kanion Żebraków (Beggar’s Canyon) jest tym samym miejscem, gdzie kilka lat później George Lucas wraz ze Stevenem Spielbergiem kręcił fragmenty „Poszukiwaczy zaginionej Arki” (1981). Był to kanion położony w Chott El Jerid, nieopodal miejscowości Sidi Buhlel znajdującej się na wschód od Tozeur.

Budynki widoczne na filmie są zarówno replikami jak i prawdziwymi cudami berberyjskiej architektury uzupełnionymi technicznymi dodatkami, takimi jak anteny, pojazdy kosmiczne itp. Tunezja wygrała z pierwotnie branym pod uwagę Marokiem, gdyż właśnie owa architektura była o wiele bardziej zbliżona do wizji pustynnej planety George’a Lucasa.

W mieście Matmata, w dwugwiazdkowym podziemnym hotelu Sidi Driss filmowano wnętrza domu Luke’a Starkillera, a część dekoracji pozostała tam do dziś (wykorzystano to ćwierć wieku później podczas realizacji „Ataku Klonów”). Filmowano tam sceny na wewnętrznym dziedzińcu, w jadalni oraz w kuchni z wujem Owenem i ciocią Beru. Jako że na zewnątrz, zamiast jednolitej pustyni, znajdowały się zabudowania i bujna roślinność, sceny na zewnątrz koło piaskoczołgu filmowane były zupełnie gdzie indziej – w pewnym uformowanym kraterze. Magia montażu pozwoliła niezauważalnie połączyć obie lokacje w jedną.

 

Piaskoczołg nigdy nie został wybudowany w całości lecz i tak był jednym z najbardziej imponujących obiektów stworzonych do „Gwiezdnych wojen”. Skonstruowano jedynie gąsienicę oraz fragment jednego boku. Filmowano go ustawiając kamerę w taki sposób, by widać było tylko skończony fragment. Koszt owej dekoracji wyniósł 128 000 dolarów. Całość wybudowano na granicy między Tunezją a Libią, przez co libijski rząd uznał, iż na granicy trwa jakaś mobilizacja zbrojna, wskutek czego nakazano przeprowadzenie inspekcji, aby zweryfikować czy dekoracja nie jest przypadkiem jakąś „sekretną bronią”. Należy dodać, że wygląd piaskoczołgu wzorowany był na pojazdach zaprojektowanych przez NASA. Całość mierzyła 27 metrów długości.

 

Sceny rozgrywające się w Mos Eisley filmowane były na wyspie Djerba – jest to największa wyspa Północnej Afryki. Jako że Lucas miał do dyspozycji w zasadzie tylko jedną ulicę, została ona sfilmowana pod bardzo różnymi kątami. Obecne w Tunezji pojazdy, podobnie jak ścigacz Luke’a, poruszały się na kołach, jednak w niektórych z nich kierowcy byli zamknięci wewnątrz. Część robotów, podobnie jak R2-D2, również umieszczano na płytach by mogły się płynnie poruszać (oczywiście zamaskowano je ustawieniem kamery).

Szturmowca, na którym Obi-Wan prezentuje swoje sztuczki, zagrał Anthony Forrest, który wcześniej zagrał Fixera w jednej ze scen usuniętych. Podczas zdjęć w Djerbie Alec Guinness poprosił, by tunezyjskiego statystę zastąpił ktoś ze stażem aktorskim. Traf chciał, że Forrest opalał się nieopodal. Po założeniu kostiumu aktor odczuwał ogromny dyskomfort, gdyż ciężkie naramienniki kostiumu naciskały na jego poparzone od słońca ciało.

Budynek grający kantynę w Mos Eisley był zwykłym domem mieszkalnym. Rodzina, która użyczyła go filmowcom, otrzymała ponoć około dwustu dinarów oraz pozostałości zamontowanych dekoracji. Co ciekawe – wejście do kantyny nie było prawdziwe. Zostało zrobione ze zwykłej sklejki, którą przytwierdzono do fasady budynku. Dzięki temu wygląda to jakby bohaterowie wchodzili do kantyny, podczas gdy w rzeczywistości nawet nie wchodzili do budynku.

 

 


 


OKRES ZDJĘCIOWY
Część II – Londyn

Po zakończeniu zdjęć w Tunezji ekipa przenieść się miała na czternaście i pół tygodnia do położonego na obrzeżach Londynu brytyjskiego studia Elstree. Dysponowało ono dziewięcioma największymi halami zdjęciowymi na świecie, gdzie od pewnego czasu powstawały na potrzeby „Wojen” jakże spektakularne dekoracje. Biorąc pod uwagę bardzo napięty budżet, zdecydowano by polecieć do Anglii klasą ekonomiczną (a nie pierwszą). Miał wtedy miejsce zabawny incydent. Gdy dowiedziała się o tym fakcie matka Carrie Fisher (czyli aktorka Debbie Reynolds), zadzwoniła do Lucasa z pretensjami. Po kilku minutach nieciekawej rozmowy Lucas oddał słuchawkę Carrie, która odparła matce: „Mamo, chciałam lecieć tańszą klasą, więc możesz się wreszcie odpieprzyć?”. Jakby powiedział Han Solo: „rozmowa się nie kleiła”.

Zbudowane w Elstree gigantyczne plany filmowe były po prostu zapierające dech w piersiach! Tuż po przeprowadzce do Londynu, Lucasa naszły kolejne wątpliwości co do fabuły, więc zmienił nazwisko głównego bohatera (Luke’a) ze Starkiller na SKYWALKER, gdyż uznał, że to nieodpowiednie imię dla bohatera pozytywnego (z ang. Starkiller – gwiezdny zabójca). Zabieg udał się tylko dlatego, iż nakręcony jak dotąd materiał nie zawierał dialogów, w których padałoby nazwisko chłopaka.

By ukazać Sokoła Millenium na Lądowisku 94, na początku 1976 roku w Elstree zbudowano stojącą dekorację statku w skali 1:1. By zaoszczędzić pieniądze, stworzono tylko połowę pojazdu, tę od strony kokpitu. Co ciekawe, tło znajdujące się za Sokołem zostało namalowane jako mniejsze, by wydawało się, iż znajduje się dalej – miało to nadać obrazowi skali i rozmachu. Reszty dopełnić miało odpowiednie filmowanie dekoracji. Gdy w połowie kwietnia zakończono filmowanie scen rozgrywających się na Tatooine (nakręcono już ok. 1/4 filmu), rozpoczęto przebudowę dekoracji wszystkiego dookoła statku. W tym czasie ekipa przeniosła się do zarezerwowanej na cztery dni hali H studia Shepperton, aby ok. 14 maja sfilmować ostatnią scenę „Gwiezdnych wojen” – ceremonię w sali koronacyjnej. Po jej nakręceniu ekipa wróciła do Elstree, gdzie lądowisko na Tatooine przeistoczyło się w imponujący hangar Gwiazdy Śmierci. W tym samym czasie w Shepperton demontowano dekorację sali koronacyjnej, gdyż ekipa miała wrócić do studia w czerwcu, aby nakręcić sceny w hangarze rebeliantów.

Gdy w Elstree zebrali się wszyscy odtwórcy głównych ról (po raz pierwszy zresztą), Lucas na pierwszy ogień rzucił wszystkie sceny związane z uratowaniem księżniczki. Było to spowodowane negatywnym nastawieniem Foxa do końcowej sceny bitwy o Yavin ze względu na ogromne koszta jej realizacji. By zaoszczędzić pieniądze, władze wytwórni proponowały zakończyć film właśnie odbiciem księżniczki. Lucas jednakże postanowił nakręcić je jak najszybciej, nim studio zdążyłoby wtrącić swoje „ale”, a w zanadrzu zostałyby pieniądze na resztę filmu.

Filmowanie w studio nie przebiegało bez zmartwień. Statyści grający szturmowców narzekali na źle wykonane hełmy oraz na ograniczoną widoczność przez zrobione z zielonego plastiku „oczy”. Statyści prawie nic nie widzieli, przez co non stop wpadali na siebie nawzajem. W kostiumach tych było niezwykle gorąco. Zdarzało się także, że trzeba było je rozcinać nożami, by nie uszkodzić ciała przez ściąganie ich na siłę – wewnątrz znajdowało się multum ostrych krawędzi. Statyści nawet otrzymywali je w stanowczo zbyt małych rozmiarach! Dodatkowo, szturmowcy musieli zmagać się z… chodzeniem po schodach. Co ciekawe, kierownik produkcji Robert Watts przyznał po latach, że repliki kostiumów tworzone przez fanów filmu były nieporównanie wygodniejsze.

Kolejną zmorą Lucasa była ekipa sprzątająca, która ciągle (jak na złość) czyściła i polerowała podłogi, mimo iż reżyser wyraźnie oświadczył im by zostawić ją porysowaną od szurania butami. Do tego dochodziły oczywiście, podobnie jak w Tunezji, kolejne awarie robotów. Największym problemem jednakże okazały się brytyjskie zarządzenia dotyczące związków zawodowych. O godz. 17.30 Lucas musiał przerywać filmowanie, chyba że był środek ujęcia – wtedy czekano aż aktorzy odegrają do końca daną scenę. Na prośbę o filmowanie przez kilka kolejnych minut, reżyser spotkał się z odrzuceniem przez brytyjską część ekipy. Minęło sporo czasu, nim ekipa z aktorami na czele zaczęła poważnie traktować pracę – ciągle uważali, że to tylko film dla dzieci. Ich brak powagi potęgowały chociażby dziwne imiona w scenariuszu, „precelkowa” fryzura jednej z postaci i dziwaczne kostiumy z „człowiekiem-małpą” (Chewbacca) na czele.

Kolejnym wyzwaniem były zmagania aktorów z niezwykle trudnymi kwestiami. Mimo iż Alec Guinness wypowiadał swoje skomplikowane dialogi niezwykle precyzyjnie, pozostali aktorzy nie mieli już takiej cierpliwości. W pewnym momencie produkcji Harrison Ford powiedział Lucasowi o niektórych kwestiach:„George, takie gówno da się napisać, ale nie powiedzieć”. Ford nakłonił nawet Lucasa, by zmienił kilka dialogów w scenie startującego z Lądowiska 94 Sokoła. Z kolei Mark Hamill wspomina jedną z pierwotnych kwestii, której nie ma w filmie, gdzie Han Solo mówi Luke’owi: „Wywiązałem się z umowy i wracam”. Skywalker na to jednym tchem: „Nie możemy się cofnąć, strach to ich największy sprzymierzeniec. Wątpię, żeby mieli lepszą ochronę niż na Aquilae czy Sullust, czekają na zmasowany atak!”. Aktor pomyślał: „kto normalny tak mówi?”.

Podczas pracy w Londynie doszło nawet do ostrej wymiany zdań reżysera z autorem zdjęć do filmu. George Lucas, który przywykł, że musiał wszystko w swoich filmach robić samemu, nie potrafił porozumieć się ze staromodnym Gilbertem Taylorem. Gdy reżyser stawał za kamerą, a operatorowi kazał na przykład przestawić oświetlenie, Taylor próbował przejmować inicjatywę. Nawet mimo przeprowadzonych wcześniej testów dekoracji, operator wprowadzał zmiany do oświetlenia. Raz zwrócił się do Lucasa: „To nie twoje zadanie, synku. Powiedz, co chcesz osiągnąć, a ja uzyskam to w taki sposób, jaki uznam, że będzie najlepszy”. Należy dodać, że Lucas jako autora zdjęć chciał Geoffreya Unswortha („2001: Odyseja kosmiczna”), lecz ten podjął już prace nad filmem „O jeden most za daleko” (1977). Producent Gary Kurtz otwarcie przyznał, że to właśnie Gilbert Taylor spowalniał całą produkcję, więc próbowano zastąpić go Harrym Waxmanem, jednakże członkowie pionu operatorskiego stanowczo sprzeciwili się pracy pod nim. Ostatecznie Lucas i Kurtz stwierdzili, że zwolnienie Taylora spowolniłoby pracę nad filmem jeszcze bardziej. Jak to więc możliwe, że reżyser zdjęć utrudnia pracę nad filmem? Otóż Taylor był w sekretnej zmowie z zarządcami Foxa, którzy chcieli by film posiadał zupełnie inny klimat, niż wizja George’a Lucasa!

Reżysera frustrowały także pozostałe elementy produkcji, takie jak kostiumy czy dekoracje nieodzwierciedlające jego wizji. Dosłownie każdego dnia Lucas musiał godzić się na pewne kompromisy spowodowane niskim budżetem. Przykładem tego jest najbardziej rozczarowująca dla aktorów i reżysera scena w kantynie. To, co było niezwykle barwnie i ciekawie opisane w scenariuszu, na planie wyglądało po prostu żałośnie. Pojawiły się tam chociażby postaci człowieka-żaby, kobiety-myszy, czy gigantycznego świerszcza siedzącego przy barze! Na dodatek statyści nie chcieli za bardzo grać w kostiumach obcych. Lucas jednak uspokajał aktorów, że postara się wszystko naprawić, o czym świadczy scenka konfrontacji Hana Solo z Greedo (zagranym przez Paula Blake’a, który dostał rolę dzięki znajomości z Anthonym Danielsem). Nakręcony w Elstree materiał nie przypadł Lucasowi do gustu, gdyż kostium Rodianina nie wykazywał żadnych emocji ani nawet najmniejszej mimiki. Sekwencję postanowiono naprawić dokręcając nowe fragmenty w Kalifornii. Wróćmy jednak do głównego okresu zdjęciowego w halach Elstree.

Kolejnym problemem nękającym reżysera podczas głównego okresu zdjęciowego w halach Elstree były wygłupy młodych aktorów. Często szydzili oni z Lucasa, co było spowodowane jego sposobem pracy. Ów styl przejawiał się tym, że nie mówił za dużo. Nie prosił aktorów by zagrali scenę w określony sposób. „Był zadowolony gdy wcale nie musiał rozmawiać z aktorami”. Zazwyczaj zwracał się do nich słowami w stylu: „Zagrajcie jeszcze raz tylko szybciej i intensywniej”. Był on bardzo niecierpliwy, gdyż uważał, iż aktorzy mają wszystko wystarczająco dobrze opisane w scenariuszu. Rzekomo, gdy stracił głos aktorzy chcieli dać mu tabliczki, na których widnieć miały właśnie te dwa słowa.

Mark Hamill i Carrie Fisher ciągle czaili się na planie by robić psikusy i rozwiać nudę. Zespajało to razem całą ekipę oprócz George’a Lucasa, który w takich momentach rzekomo wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem. Nie potrafił zrozumieć, że zależało im na rozweseleniu nawet jego i sprawieniu, by chociaż przez chwilę zapomniał o nękających go problemach produkcyjnych. Co ciekawe, wygłupiali się oni tylko wtedy, gdy na planie nie było Aleca Guinnessa. Gdy legendarny aktor zjawiał się na planie, zachowywali się o wiele bardziej profesjonalnie. O napiętej atmosferze między aktorami a reżyserem niech świadczy pewna kolacja, na jaką Lucas zaprosił aktorów tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Według Marka Hamilla, nikt nie potrafił rozpocząć rozmowy – „zjedliśmy w milczeniu i w milczeniu się rozstaliśmy”.

Filmując zbliżenia aktorów w kokpitach musiano dać aktorom punkt odniesienia, by wiedzieli gdzie patrzeć. W tym celu często ktoś z ekipy stał trzymając karton z narysowanym kółkiem, bądź zataczał ręką koło w powietrzu. By uzyskać efekt trzęsienia kokpitu, technicy zwyczajnie potrząsali dekoracją, by wprawić ją w wibracje. Jako ciekawostkę dodam, że gdy Harrison Ford pierwszy raz wszedł do kokpitu Sokoła, z miejsca zapytał Lucasa i scenografa „jak się tym lata?”. W odpowiedzi usłyszał, że „musi pstrykać przełącznikami, by wyglądało na skomplikowaną czynność”.

W „Gwiezdnych wojnach” Carrie Fisher nosiła tylko jeden kostium (nie licząc sceny wręczenia medali). Pierwszego dnia zdjęć aktorka zniknęła gdzieś na 20 minut. Gdy wróciła wydusiła z siebie: „obkleili mnie taśmą!”. Lucas stwierdził, że ludzie w kosmosie nie noszą bielizny, więc kazał jej okryć piersi przyklejając do nich taśmę klejącą. Aktorka żartowała, że pod koniec dnia urządzi konkurs, w którym zwycięzca będzie ją odklejał.

Fisher obawiała się także, jak będzie wyglądać w swej „precelkowej” fryzurze, gdyż w scenariuszu Leia była niezwykle pięknie opisana. Owo słynne uczesanie inspirowane było pracami cenionego fotografia Edwarda S. Curtisa przedstawiającymi rdzennych Amerykanów oraz kobiety-rebeliantki meksykańskiego partyzanta – Pancho Villi.

W scenie w bloku więziennym Harrison Ford ponoć wcale nie uczył się dialogów, ponieważ scena miała wyglądać na dość spontaniczną. Zniszczenie komunikatora także było jego pomysłem.

Sekwencja w zgniatarce śmierci jest wariacją podobnej sceny napisanej do poprzedniego filmu George’a Lucasa – „THX 1138”. W oryginale, tytułowy bohater miał wylądować w kontenerze na odpadki i trafić na pewnego mackowatego potwora. Krążą plotki jakoby scenę usunięto, gdyż potwór nie wyglądał realistycznie, lecz również możliwe, iż wcale jej nie zrealizowano. W „Gwiezdnych wojnach”, podobną scenę nakręcono w zbudowanej w studio dekoracji trzech ścian pomieszczenia. Dwie ruchome (wg Bena Burtta prawdopodobnie pchane ręcznie), poruszały się na szynach znajdujących się na podłodze, po czym zostały zakryte przez widoczną w filmie wodę i śmieci (powstałe głównie ze styropianu). Moment w którym Han strzela w wodę był najprostszym rozwiązaniem fabularnym, jakie przyszło Lucasowi do głowy – twórca nie wiedział co zrobić, by potwór puścił Luke’a. Kukłą dianogi operowało spod lustra wody dwóch nurków.

Podczas jednego z dubli Mark Hamill tak długo wstrzymywał oddech, że doznał pewnego urazu. Jako że różne źródła podają różne wersje, możliwe iż aktorowi zaczęła lecieć krew z nosa, pękła żyłka na twarzy lub zaczerwieniło się mu białko w oku. Tak czy siak, wskutek owego urazu filmowano aktora tylko z jednej strony. Jako ciekawostkę dodam, że podczas realizacji tej sceny Hamill dla żartu nucił piosenkę o kupie dianogi. A po nakręceniu kostium Chewbaki zaczął bardzo brzydko pachnieć…

Sceny w kontroli głównej broni Gwiazdy Śmierci kręcone były w montażowni telewizyjnej. Sprzęt ukazany na filmie to jedno z takich urządzeń – Grass Valley Group 1600-7K. Reszty efektu dopełnić miało oświetlenie oraz kostiumy aktorów.

Prawdopodobnie najbardziej niebezpieczniejszy wyczyn kaskaderski w filmie został wykonany przez odtwórców głównych ról – Marka Hamilla i Carrie Fisher. Mowa tu o scenie, w której Luke i Leia skaczą na linkach przez szyb Gwiazdy Śmierci. Planowano nakręcić to z kaskaderami, lecz gdy przyszło do realizacji okazało się, że ekipa nie może pozwolić sobie na więcej niż jeden dubel. Peter Diamond zamontował wszystkie uprzęże i pozostałe zabezpieczenia, lecz gdy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik Mark Hamill zaczął panikować. Koordynator uspokoił go, iż nie pozwoliłby mu tego wykonać gdyby istniało jakieś niebezpieczeństwo. Owego wyczynu obawiała się również Carrie Fisher – cały czas miała przeczucie, że lina się przekręci, przez co zamiast trafić w wejście, uderzy prosto w ścianę. Żartowano, że jeśli tego nie zrobi to zostanie błyskawicznie zastąpiona przez Jodie Foster.

Spadający szturmowiec z kolei musiał zwyczajnie skoczyć w określone miejsce, by bezpiecznie wylądować na materacach. Dodam, że gag z pocałunkiem „na szczęście” został w filmie tylko dlatego, że Lucasa przekonała do tego żona – reżyser chciał ten moment usunąć, gdyż wywoływał on śmiech na pokazach testowych.

Choreografia pojedynku na miecze świetlne pomiędzy Obi-Wanem Kenobim, a Darthem Vaderem również należała do zadań Petera Diamonda. George Lucas chciał, aby pojedynek był delikatnie inspirowany japońskimi walkami samurajów, jednakże zamiast jednoręcznego władania bronią chciał, by ruchy były dwuręczne. Czasami jednak odstępowano od tej reguły, aż do Nowej Trylogii, gdzie Jedi byli młodzi i doskonale wyszkoleni, przez co mogli walczyć używając nawet dwóch mieczy. Pierwsze klingi mieczy do „Gwiezdnych wojen” zostały wykonane z drewna i oklejone odblaskowym materiałem imitującym jaskrawe ostrze lasera. Dodatkowo aktorzy musieli udawać, iż są bardzo ciężkie, co było kolejnym argumentem aby używać obu rąk.

W czerwcu ekipa powróciła do studia Shepperton by nakręcić sceny rozgrywające się w hangarze bazy Rebeliantów. Według scenariusza, przestrzeń miała być wypełniona po brzegi maszynami. Oczywiście tak jak w większości przypadków, nie dysponowano wymaganą ilością pieniędzy, by wybudować odpowiednią liczbę statków. Posiadano zaledwie dwie maszyny w skali 1:1 – X-skrzydłowca oraz prawie ukończonego Y-skrzydłowca. Jak więc wypełniono resztę hangaru? Dosłownie do każdego ujęcia przesuwano oba statki, dzięki czemu widz ma wrażenie, iż maszyn jest o wiele więcej. Ponadto dysponowano tańszymi i o wiele mniej szczegółowymi replikami z tektury, które umieszczano daleko w tle. Kolejnym trickiem, mającym powiększyć niezbyt dużą halę zdjęciową, było przyciemnione oświetlenie, co w połączeniu z pomalowaną na czarno ścianą w oddali jeszcze bardziej poszerzyło lokację. Dla dopełnienia owej iluzji, namalowano na niej odpowiednie jasne punkty, które wyglądają jak ciągnące się w oddali rzędy świateł.

Należy dodać, że wszelkie zbliżenia pilotów przygotowujących się do bitwy sfilmowano pod koniec pewnego dnia zdjęciowego gdy zostało trochę wolnego czasu. Całość nakręcono w mniej więcej godzinę.

Filmowanie „Gwiezdnych Wojen” przeciągnęło się dwa tygodnie poza wyznaczony termin. Mark Hamill wspomina, że w tak poważnej sytuacji prowadzono debaty nad takimi błahostkami, jak chociażby brak spodni w ubiorze Chewbaki (wykonano nawet projekt, na którym Wookie nosił szorty). Gdy zbliżano się do filmowania ostatnich scen, Lucas poinformował o owym opóźnieniu Alana Ladda Jr., który był jego jedynym wsparciem ze strony rozwścieczonego studia. Odpowiedział reżyserowi, że musi dokończyć film w tydzień, nim zebrana zostanie rada zarządu Foxa. Co ciekawe, dla studia bardziej opłacalne było zatrudnienie dodatkowych członków ekipy, niż przedłużenie okresu zdjęciowego o kolejny tydzień. Finałowe sceny filmowane były w niemalże zabójczym tempie. George Lucas dosłownie biegał od jednej hali do drugiej.

By zdążyć na czas, ekipa podzieliła się na trzy części. Pierwszą z nich reżyserował oczywiście George Lucas, drugą producent Gary Kurtz, a trzecią Robert Watts, który był kierownikiem produkcji. Kurtz wyreżyserował chociażby ujęcia paniki na Gwieździe Śmierci oraz pilotów Imperium biegnących do swych maszyn i prawdopodobnie śmierć operatora wieżyczki podczas finałowej bitwy.

Do zadań Wattsa z kolei należała na przykład reżyseria ujęć, w których R2-D2 wysuwa z korpusu swoją trzecią nogę i rusza z miejsca. Właśnie dzięki owemu podziałowi w ogóle skończono zdjęcia do „Gwiezdnych wojen”.

Dokładnie ostatnią sfilmowaną sceną było wysadzenie drzwi na pokładzie statku Tantive IV przez imperialnych szturmowców. Nim jednak zaczęto ją kręcić, okazało się, że wybudowana dekoracja korytarza jest po prostu zbyt mała, gdyż zabrakło potrzebnych do jej budowy paneli i elementów. Postanowiono zatem wykorzystać rozebrane fragmenty dotychczasowych dekoracji i tym sposobem w jednej z sal użyto posadzki z Sokoła Millenium, a za dach pomieszczenia, w którym Vader dusi Kapitana Antillesa, posłużył… stół z bazy rebeliantów!

Lucas, niezadowolony ze słabego wykonania niektórych elementów, zdecydował że trzeba wyciągnąć od Foxa kolejne pieniądze. Producent Gary Kurtz skontaktował się więc z Alanem Laddem Jr. prosząc o dodatkowe 50 tysięcy dolarów, które umożliwiłyby rozbudowanie dekoracji o dwa zupełnie nowe korytarze. To właśnie wtedy poinformowano Lucasa, by dokończono film w tydzień. Pierwszy, biały korytarz wykorzystać miano do jakże ważnej sceny otwierającej. W drugim, szarym, filmowano sceny, w których Leia ukrywa się przed patrolem szturmowców. Jako ciekawostkę dodam, iż biały korytarz był hołdem Lucasa dla olśniewającej bieli pomieszczeń w „Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka.

Gdy już skończono konstrukcję nowych korytarzy, scenę abordażu nakręcono w zaledwie dwóch dublach, filmując z sześciu kamer o różnych ustawieniach. W postprodukcji montaż urozmaicił ową scenę z krótkiej eksplozji do dłuższej i bardziej złożonej sceny – widz nie jest świadomy, że niektóre wydarzenia ogląda po raz drugi. Główny okres zdjęciowy zakończono 16 lipca 1976 roku.

Należy dodać, że w scenariuszu, podczas jednej ze scen rozgrywającej na Łamaczu Blokady, po eksplozji i ujęciu droidów wchodzących przez drzwi padała kwestia C3-PO: „Pomocy! Topię się! Przez ciebie!”. Mimo, że tak sfilmowano niniejszą scenkę, to w ostatecznej wersji filmu znalazła się w sekwencji ataku myśliwców TIE na Sokoła Millenium. Dodatkowo, lwia część zbliżeń R2-D2 ze sceny na pokładzie Sokoła Millenium została sfilmowana w dekoracjach Gwiazdy Śmierci. Oglądając film uważnie można dostrzec czerwone tło interkomu za droidem.

 

 


 


POSTPRODUKCJA
Część I – montaż

Początkowo film miał wejść na ekrany kin w okresie świąt Bożego Narodzenia 1976 roku, lecz przez mozolne i trudne zdjęcia (skończone zaledwie 6 miesięcy przed owym terminem) musiano od razu przejść do montażu, bez zachowania nawet najkrótszej przerwy. Mimo nerwów związanych ze zbliżającą się premierą, Lucasa dobiła dopiero pierwsza wersja montażowa „Gwiezdnych wojen”. Była to kompletna katastrofa w każdym tego słowa znaczeniu. Reżyser próbował weekendami naprawiać film edytując go na własną rękę, lecz montażysta nie robił tego co chciał Lucas. Twórca nie miał więc innego wyjścia, jak po prostu go zwolnić. Owym montażystą był Brytyjczyk, John Jympson. Jego „dzieło” miało około 35% zupełnie innego materiału, niż w znanym nam filmie. Wersja ta trwała dwie i pół godziny. Została ochrzczona przez fanów „Lost cut” i cechowała się znacznie dłuższymi ujęciami i alternatywnymi kątami kamery w scenach akcji oraz nosiła nieskrócony jeszcze tytuł „The Star Wars”.

Niemające montażysty „Gwiezdne wojny” powodowały kolejne opóźnienia. Po powrocie do Stanów, Lucas zatrudnił swoją żonę Marcię, by popracowała nad finałową bitwą, gdyż inaczej prace ILM utkną w martwym punkcie (kobieta pracowała w przerobionej na montażownię stodole w Parkhouse w San Alermo). Reżyser zrozumiał wtedy, że by „złożyć film do kupy” musi zacząć od samego początku. Dzięki znajomościom z Martinem Scorsese, Brianem De Palmą i Stevenem Spielbergiem, Lucas zatrudnił Paula Hirscha. Nim rozpoczęto montowanie „nowego filmu”, musieli oni jednak odtworzyć pierwotne rolki celuloidu, tnąc dzieło Jympsona oraz przywracając na miejsce pozostawione odpadki montażowe. Było to tak uciążliwe i mozolne zadanie, że zatrudniono jeszcze trzeciego montażystę – Richarda Chew.

Pierwszym zadaniem owego trio było przywrócenie filmowi tempa i energii. Montaż polegał na sklejaniu danej sceny na podstawie materiału z jednej rolki przez Richarda Chew, który zachowywał pewne pustki, które Paul Hirsch uzupełniał materiałami z kolejnych rolek. W owej wersji, ujęcia przycinane były dosłownie do ostatniej klatki materiału – następna byłaby już rozbłyskiem na taśmie spowodowanym wyłączaną kamerą. Przykładem przydatności przycinania materiału do ostatniej klatki filmu jest ujęcie, w którym jeden z Ludzi Pustyni macha kijem nad głową Luke’a w wąwozie na Tatooine. W rzeczywistości tylko raz podniósł on broń do góry, lecz nałożono ten sam fragment jeszcze kilka razy, przez co w filmie wygląda jakby machał wielokrotnie.

George Lucas podawał montażystom wyraźne szczegóły, jaki efekt mają uzyskać (między innymi wyjątkowo zależało mu, by „Gwiezdne wojny” były filmem akcji z szybkim montażem). Non-stop konsultował każdą decyzję ze swoją żoną, lecz spowodowało to, że w pewnym momencie kobieta miała już dosyć filmu męża, więc zajęła się montowaniem „New York, New York” (1977) Martina Scorsese (pierwotny montażysta zmarł). Niedługo potem Lucas zdecydował, że woli pracować tylko z jednym montażystą, więc przez ostatnie 5 miesięcy film montował tylko i wyłącznie Paul Hirsch. Jako ciekawostkę dodam, że podczas prac nad „Gwiezdnymi wojnami”, żona Hirscha była w zaawansowanej ciąży, a po porodzie (zakończonym cesarskim cięciem) George Lucas wraz z żoną użyczyli im na jakiś czas własną sypialnię. Ponadto do owego domu w San Alermo Lucasowie przeprowadzili się tylko po to, by George mógł w spokoju pracować na swoimi „Wojnami”. Wróćmy jednak do meritum.

Montaż został wykorzystany także dla upłynnienia akcji w momencie ruszania R2-D2 z miejsca. Było to spowodowane potrzebą obrócenia głowy, bądź wysunięcia trzeciej nogi robota i ruszenia z miejsca. Korzystano z takiego zabiegu w filmie kilkukrotnie, przez co mamy widoczne w filmie delikatne przeskoki. Z tej samej zasady korzystano przy ujęciach otwierających się drzwi na pokładzie Gwiazdy Śmierci i ujęciach z efektami wysuwających się mieczy świetlnych.

Kolejnym pomysłowym wykorzystaniem montażu jest scena na pokładzie Łamacza Blokady, w której droidy wchodzą do kapsuły ratunkowej. Anthony Daniels grający C-3PO nie mógł trafić w drzwi, więc zwyczajnie „przeskoczono” do momentu, w którym aktor włożył głowę do otworu. Potem mógł już bez problemu ruszyć przed siebie.

Finałowa bitwa o Yavin pierwotnie miała wyglądać zupełnie inaczej – Luke miał odbyć dwie tury w korytarzu Gwiazdy Śmierci. Marcia Lucas przemontowała ją zupełnie inaczej niż w scenariuszowym pierwowzorze, gdyż scenie brakowało napięcia. Powiedziała ona George’owi, że „jeśli publiczność nie ucieszy się z powrotu Hana Solo w ostatniej chwili (…) film się nie uda”. Dodatkowo, sporą część zbliżeń w kokpitach odwrócono lustrzanie by pasowały do osi akcji przemontowanych scen – widać to chociażby na mikrofonach rebeliantów, które często zmieniają pozycje.

 

 


 


POSTPRODUKCJA
Część II – kryzys i dokrętki

„Gwiezdne wojny” nie miały nawet najmniejszych szans, by trafić do kin na Gwiazdkę. Ustalono więc nową datę premiery na lato 1977 roku, co spowodowało, że zaczęto poważnie wątpić, czy film kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Mimo fatalnego montażu, sytuacja w wytwórni efektów specjalnych Industrial Light & Magic była jeszcze gorsza. Firma wydała połowę swego budżetu na budowę specjalnych kamer, sprzętu i całego zaplecza modelarskiego. Na dodatek żadnego ze skończonych ujęć Lucas nie zaakceptował. Gdy o dramatycznej sytuacji dowiedziała się rada Twentieth Century Fox, członkowie stwierdzili, że mają dosyć George’a Lucasa i jego filmu. Sytuację okiełznał Alan Ladd Jr., który powiedział im, że to najlepszy film jaki kiedykolwiek widział. Zarządcy stwierdzili, że się myli i jest kompletnym idiotą. Beznadziejny montaż, żałosna sytuacja w ILM i rosnący nacisk ze strony studia spowodował, że po jednej z wizyt w wytwórni efektów specjalnych, George Lucas zasłabł i wylądował w szpitalu z podejrzeniem ataku serca (inne źródło twierdzi, iż owe zdarzenie miało miejsce tuż po rozpoczęciu zdjęć w Londynie, a jeszcze inne, że gdy Lucas ujrzał pierwszą wersję montażową autorstwa Johna Jympsona).

Jak wyraźnie widać, problemów podczas realizacji „Gwiezdnych wojen” było tak dużo, że projekt wielokrotnie otarł się o upadek. Studio musiało nawet wyłożyć dodatkowe fundusze na realizację, przez co napięty budżet filmu wzrósł z ośmiu do jedenastu, lub jak podają inne źródła – trzynastu milionów dolarów! Właściciele Foxa nie raz powtarzali, że mają dość Lucasa i jego filmu.

 

Studio Twentieth Century Fox zażądało, aby w okresie Bożego Narodzenia 1976 roku pojawił się pierwszy zwiastun „Gwiezdnych wojen”. Nie miano jednak wtedy prawie żadnych gotowych ujęć z efektami specjalnymi, więc stwierdzono, że musi być pod tym względem ograniczony. Zwiastun ten miał jedynie przedstawić zróżnicowanie postaci i zarysować rozmach opowieści. Znalazło się w nim zaledwie kilka ujęć z efektami specjalnymi, w tym te z wczesną wersją mieczy świetlnych. Aby wydłużyć czas trwania zwiastuna i stworzyć miejsce dla głosu narratora, fragmenty przeplatały się ze stworzonym specjalnie na potrzeby owego teasera ujęciem zbliżającego się w stronę kamery napisu „Star Wars”, który ostatecznie eksploduje. Narratorem był Malachi Throne.

„Gwiezdne wojny” powoli nabierały kształtów. Efekty specjalnie tworzone przez ILM zaczęły spełniać oczekiwania Lucasa, a wszyscy z ekipy pracowali z całych sił by skończyć film. Wtedy też przyszedł czas na dokrętki, na które przeznaczono dwa tygodnie.

Najważniejsze z dokręconych poza głównym okresem zdjęciowym ujęć były nowe zbliżenia Greedo, sfilmowane w Kalifornii. Korzystano wtedy ze zmodyfikowanej przez Ricka Bakera maski, której mechanizmami sterowano zza kadru. Tym razem w rolę Greedo wcieliła się Maria De Aragon, (która dublowała wcześniej Anthony’ego Danielsa w roli C-3PO), gdyż niemożliwe było pojawienie się Blake’a na planie w USA (Harrisona Forda również). Kręcono to w styczniu 1977 roku w niewielkim studiu La Brea Avenue w Los Angeles. Niestety, mechanizm znajdujący się w ustach maski nawalił, przez co Maria musiała poruszać zaciśniętym w zębach kawałkiem kostiumu. Dodajmy, że pierwotną maskę stworzył Stuart Freeborn.

Podczas montażu zastąpiono zbliżenia Greedo nowymi, a w ujęciach przedstawiających zarówno jego, jak i Hana Solo, wykorzystano oryginalny materiał z pierwotnym odtwórcą roli. Do dialogów Greedo „przemycono” także więcej informacji, gdyż zdecydowano wcześniej usunąć kluczową scenę z Jabbą. Należy także dodać, że oprócz zbliżeń Greedo, sfilmowano też dodatkowych obcych, których pierwotnie było zaledwie siedmioro. Dzięki dokrętkom ich ilość wzrosła do ponad dwudziestu. Wcieliła się w nich garstka członków ILM, którzy po prostu wymieniali się kostiumami. Byli to: Doug Beswick, Jon Berg, Laine Liska i Phil Tippett. Całość nakręcono w dwa dni w skromnej dekoracji zaledwie jednej loży, którą ukazano pod różnymi kątami, dlatego też widz nie zdaje sobie sprawy, że w wielu tak różnych ujęciach ogląda tę samą ścianę i okno. Całość reżyserował oczywiście George Lucas, jednak największą frajdę sprawiało mu nakładanie śluzu na maski obcych. Autorem zdjęć był tym razem Carroll Ballard.

Prawie cały materiał wykorzystany w scenie schwytania R2-D2 przez Jawów pochodzi z dokrętek z kalifornijskiej Doliny Śmierci. Plenery Yavin IV z kolei nakręcono w marcu 1977 w Parku Narodowym Tikál w Gwatemali. W skład ekipy wchodzili między innymi: Lorne Peterson, John Dykstra i Richard Edlund. Widoczne na filmie ruiny są prawdziwymi piramidami Majów. Co ciekawe, producenci z Foxa rzekomo rozważali o niebo tańszą lokację… Anaheim w Disneylandzie.

Banthy, filmowe zwierzęta Ludzi Pustyni, zagrał azjatycki lub indyjski słoń w odpowiednio przygotowanym przez Leona Elixona kostiumie. Wybrano ów gatunek, a nie jego afrykańskiego kuzyna, ponieważ jest od nich mniejszy. Zwierzę próbowało ściągać niewygodny kostium, co powodowało na planie pewne opóźnienia. Zwierzę było trenowaną samicą noszącą imię Mardji. Pochodziła z jednego z kalifornijskich parków zoologicznych. Zmarła w 1995 roku mając 44 lata. W ujęciu gdy widać dwie Banthy, posłużono się efektami specjalnymi.

12 stycznia 1977 roku planowano dokręcić kilka ujęć ścigacza Luke’a z efektami specjalnymi. Niestety, dzień wcześniej doszło do tragicznego zdarzenia – Mark Hamill miał w Kalifornii poważny wypadek samochodowy, wskutek którego miał rozbity nos i lewą kość policzkową. Operacja aktora trwała ponoć siedem godzin. W ujęciach ścigacza wykorzystano więc dublera.

 

 


 


POSTPRODUKCJA
Część III – dźwięk

Kolejnym etapem było dodanie dźwięku i postsynchronów. W 1975 roku Lucas zatrudnił Bena Burtta – projektanta dźwięku, który spędził rok tworząc bibliotekę dźwięków do filmu. Pracował on w założonym przez Lucasa Sprocket Systems, które dysponowało chociażby maszynami: TEAC A-7300, 2300, 2340 7 1/2 IPS, z których powstałe dźwięki miksował na konsoli Tascam (model 5). Udźwiękowienie filmu okazało się tak uciążliwe, że Burtt pracował często po 12 godzin na dobę – głównie nocami.

Pierwszym dziełem stworzonym do „Gwiezdnych wojen” była oprawa mieczy świetlnych. „Statyczny” odgłos powstał z nagrania projektorów filmowych taśmy 35mm, które, gdy nie odtwarzały taśmy filmowej, wydawały z siebie stałe bzyczenie. Z kolei na odgłos mieczy w ruchu Burtt wpadł przypadkiem, gdy przechodził obok telewizora z uszkodzonym mikrofonem. Powstałe wtedy spięcie świetnie nadawało się na odgłos mieczy podczas wszelkich ruchów w powietrzu. W przypadku uderzeń natomiast wykorzystano połączenie przepięć w starych lampach oraz charakterystyczny dźwięk metalu pocieranego o kawałek suchego lodu.

Burtt często pracował nad surowym materiałem z niedokończonymi efektami specjalnymi. Za przykład niech posłużą wystrzały z blasterów, których tempo i kolejność reprezentowały ręcznie malowane strzałki. Owe odgłosy powstały poprzez uderzanie kluczem w naprężoną linę podtrzymującą wieżę radiową. Co ciekawe, na dźwięk ten Burtt wpadł również zupełnie przypadkiem podczas wakacyjnej wędrówki w górach Pensylvanii, gdy jego plecak zawadził o taką linę. Gdy Burtt wrócił do Kalifornii, okazało się że żadna z tamtejszych wież nie wydaje podobnego dźwięku. Dźwiękowiec znalazł w końcu właściwą na pustyni Mohave i tam nagrał dźwięk blasterów uderzając w podobny kabel różnymi metalowymi przedmiotami.

Burtt odkrył wtedy także kolejny dźwięk – silny podmuch wiatru, jaki uderzył w konstrukcję owej wieży, po zmiksowaniu posłużył za odgłos silników Y-skrzydłowców.

Dźwięki wydawane przez myśliwce Imperium są natomiast połączeniem ryku słoni (jaki Burtt znalazł w archiwum Foxa) i pisku opon samochodowych na mokrej powierzchni.

Odgłos zepsutego wentylatora posłużył za dźwięk generatora Gwiazdy Śmierci.

W przypadku silników krążowników Imperium wykorzystano również zepsuty wentylator, lub jak twierdzi inne źródło – zepsuty klimatyzator (a to zasadnicza różnica :).

Gniecione skorupki orzechów włoskich posłużyły za dźwięk miażdżonego karku kapitana Antillesa.

Niektóre z odgłosów silników Sokoła Millenium zostały z kolei nagrane na dorocznym pikniku lotniczym EAA (Experimental Aircraft Association) w Oshkosh. W podziękowaniu, muzeum EAA otrzymało od Lucasfilmu jeden z modeli Sokoła.

Dźwięk ścigacza Luke’a powstał poprzez nagranie odgłosów autostrady w Los Angeles mikrofonem umieszczonym w rurze od odkurzacza.

Niektóre postsynchrony Marka Hamilla stanowiły poważny problem, gdyż na przykład w scenie w centrali aktor wypowiadał się niezwykle szybko.

Dźwięk superlasera Gwiazdy Śmierci powstał z połączenia ponad ośmiu różnych dźwięków. Jednym z nich był charakterystyczny brzdęk zasuwki służącej do przeładowywania broni palnej. Odgłos ten, po obróbce i połączeniu ze startującą rakietą, wykorzystano w momencie wystrzału superbroni. Ponadto, dźwiękowiec wykorzystał buczenie transformatora Tesli, które nagrał w Griffith Park Observatory.

Co do pozostałych dźwięków, George Lucas przedstawił Burttowi koncepcję „dźwięków organicznych” – chciał, by wszelkie odgłosy nie były sztuczne, stworzone w syntezatorach, lecz posiadały bardziej naturalne brzmienie. Reżyser zaproponował chociażby, aby odgłosy Chewbaki były połączeniem nagrań psów czy nawet niedźwiedzi. W efekcie, dubbingując kwestie Petera Mayhewa, Burtt wykorzystał nagrania lwów, wielbłądów, tygrysów, morsów i borsuków z prywatnej kolekcji. Następnie dźwiękowiec zaczął je łączyć na różne sposoby, tworząc z wyciętych fragmentów katalogi zachowań: na przykład agresywnych, przyjaznych itp. Stworzenie wszystkich nagrań Chewbaki zajęło Burttowi zaledwie dwa tygodnie.

Burtt stworzył także język Jawów z połączenia afrykańskiego Swahili i Zulu, które przyspieszył po nagraniu. We współpracy z lingwistą i poliglotą Larrym Wardem wymyślił też Huttese, którym mówi Greedo. Bazuje on na puszczonym od tyłu Quechua oraz na słowach zapożyczonych z blisko 15 systemów mowy. Larry Ward także sam użyczył głosu postaci Greedo.

Zmiksowane ryki mułów wykorzystano jako odgłosy Ludzi Pustyni. Z kolei tworząc innych obcych (chociażby do sceny w kantynie) Burtt wydawał z siebie najróżniejsze dźwięki, które poddał odpowiedniej obróbce. Jak sam przyznał: „nie odważyłbym się tego zrobić przy świadkach”. Ponadto, dopiero w 2009 roku, dźwiękowiec zdradził, że oprawa szpiega śledzącego naszych bohaterów w Mos Eisley to przetworzony (a dokładniej mówiąc: imitowany) głos Johna Wayne’a. Była to stworzona do pewnego filmu ścieżka ADR-ów (postsynchronów) z udziałem Wayne’a i Kirka Douglasa, jaką dźwiękowiec znalazł w archiwum Goldman Studios.

Najtrudniejszym problemem okazały się odgłosy wydawane przez robota R2-D2. Dźwiękowiec pracował nad tym przez ok. 18 miesięcy! Scenariusz zawierał informacje co do wydawanych przez niego dźwięków, więc Burtt postanowił wykorzystać dźwięki małego syntezatora elektronicznego ARP 2600. Wynik okazał się fatalny, więc postanowiono stworzyć nowe dźwięki stosując kombinacje głosu Burtta imitującego niemowlaki i przepuszczając je przez owy syntezator. Dzięki temu, odgłosy robota były w połowie organiczne, a w połowie sztuczne, przez co zyskały realistyczny charakter zachowań. Z ARP 2600 Burtt skorzystał również tworząc niektóre z piszczących odgłosów do gry na pokładzie Sokoła Millenium.

Słynny oddech Dartha Vadera uzyskano umieszczając malutki mikrofon w pobliżu regulatora od sprzętu do nurkowania. Burtt oddychał przez maskę na różne sposoby, aby uzyskać odpowiednie wersje owego oddechu. Jedną z nich była bardziej „konająca” wersja, którą wykorzystano dopiero w „Powrocie Jedi” w scenie zdjęcia maski Vadera. Zmieniono również głos grającego Sitha aktora. George Lucas nigdy nie zamierzał wykorzystać brytyjskiego głosu Davida Prowse’a, lecz znalezienie odpowiedniego było sporym wyzwaniem. Co ciekawe, przez ciężki, bristolski akcent, David Prowse nazywany był przez ekipę Darthem Farmerem. W postprodukcji zastąpiono go groźniejszym, należącym do Jamesa Earla Jonesa, którego Lucas zatrudnił w 1976 roku. Ze wszystkimi kwestiami Jones uporał się w zaledwie dwie i pół godziny jednego dnia, kiedy to w marcu 1977 roku nagrał wszystkie postsynchrony w kalifornijskim Samuel Goldwyn Studio. George Lucas pierwotnie myślał nad wykorzystaniem głosu Orsona Wellesa, lecz ostatecznie stwierdził, że byłby on zbyt rozpoznawalny. Za użyczenie swego głosu Jones otrzymał 7000 dolarów wynagrodzenia. Aktor stwierdził jednak, że wykonał bardzo mało pracy, więc nalegał, by nie wymieniać go w napisach końcowych. Tak też się stało.

David Prowse nie był jedyną zdubbingowaną osobą. Przytrafiło się to także Malcolmowi Tierneyowi, który grał imperialnego oficera w bloku więziennym, oraz dwóm postaciom w kantynie: barmanowi i przestępcy, który ma „wyroki śmierci w dwunastu układach”.

Dodajmy, że pozostałe dźwięki obcych z kantyny, Burtt stworzył nagrywając chociażby psy, nietoperze, a także różne afrykańskie języki. Co najciekawsze, dźwięk tła, czyli odgłosy dalszego planu, Burtt stworzył nagrywając grupkę montażystów w zamkniętym pomieszczeniu, zmuszając ich do oddychania helem. Wymieszanie damskich i męskich głosów dało jakże ciekawy efekt.

Chciano również zmienić głos C-3PO, gdyż prawdziwa mowa Anthony’ego Danielsa brzmiała dość sztucznie jak na robota. Lucas nieraz wspominał, że powinien on brzmieć jak sprzedawca używanych samochodów albo lokaj. Przesłuchano w tym celu około trzydziestu aktorów, wśród których znalazł się chociażby słynny Stan Freberg, Mel Blanc czy David Ankrum. Ostatecznie jednak stwierdzono, iż głos Danielsa jest całkiem dobry dla postaci, gdyż doskonale zgadza się z wykonywanymi przez robota ruchami, więc postanowiono ponownie nagrać jego kwestie w studio. Ponadto droidy nie oddychają, więc kwestie musiały zostać podzielone na mniejsze części, gdyż z oczywistych powodów Anthony Daniels nie mógł wymawiać długich kwestii na zaledwie jednym wdechu. Dodam, że odgłos ruchów C-3PO powstał z nagrań elektronicznych silniczków pochodzących z Cadillaca Eldorado z 1969 roku.

Należy także wyjaśnić kilka nieścisłości związanych z postacią Wedge’a Antillesa. Otóż kandydatura grającego go w ostatecznej wersji filmu Denisa Lawsona została pierwotnie odrzucona, a rolę otrzymał Colin Higgins (a nie Jack Klaff, jak podaje większość źródeł). Higgins zagrał Wedge’a w scenie omawiania ataku na Gwiazdę Śmierci, jednakże nie mógł on zapamiętać długiej kwestii, więc twórcy zdecydowali się ją skrócić do obecnej w filmie: „That’s impossible, even for a computer”. Ów incydent spowodował, że zwolniono Higginsa, a rolę Wedge’a przejął Denis Lawson. Dodatkowo, na kartach wydawanych po premierze „Wojen”, zdjęcie Marka Hamilla i Colina Higginsa w scenie odprawy podpisane zostało „Luke i Wedge”, co przez wiele lat budziło zamęt wśród fanów serii.

Denis Lawson wcielił się w Wedge’a także w pozostałych dwóch częściach Trylogii, jednakże w oryginalnych „Gwiezdnych wojnach” jego głos został zdubbingowany przez Davida Ankruma. Ankrum w zaledwie kilka godzin odegrał w studiu wszystkie postsynchrony za Lawsona, po czym udostępnił mikrofon czekającemu na swoją kolej Markowi Hamillowi. Głos Wedge’a został zdubbingowany tylko w tej części Sagi – w „Imperium kontratakuje” i w „Powrocie Jedi” Lawson sam udzielił głosu tej postaci, gdyż popracował nad akcentem. W rzeczywistości obaj nigdy się nie spotkali – nawet podczas prac nad filmem. David Ankrum nagrał także wyżej opisaną kwestię „fałszywego Wedge’a” podczas odprawy. Jako ciekawostkę dodam, że Ankrum dorastał w towarzystwie speca od efektów specjalnych, Dennisa Murena. Wraz ze swym bratem pomagali młodemu Murenowi w jego pierwszych eksperymentach wizualnych na 16 lat przed premierą przełomowego filmu George’a Lucasa.

Komendy, które słyszymy w hangarze Rebeliantów, Ben Burtt nagrał z pomocą dwóch kolegów w pobliskim kościele. Kamienna budowla zapewniła doskonałe echo wypowiadanym przez megafon kwestiom. Dialogi, jakie słyszymy przez mikrofony, powstały natomiast poprzez puszczenie nagranych postsynchronów przez zestaw krótkofalówek. Owe proste rozwiązanie zapewniło odpowiednią barwę głosu, trzaski i pozostałe niezbędne efekty.

W lutym 1977 roku, gdy już większość filmu została zmontowana i ukończono część udźwiękowienia, George Lucas zorganizował w swoim domu pokaz nieukończonej wersji „Gwiezdnych wojen” dla władz studia oraz swoich przyjaciół-reżyserów. Byli tam między innymi: Lucas i jego żona Marcia, Brian De Palma, Steven Spielberg, Hal Barwood, Jay Cocks, Matthew Robbins, Gloria Katz i Willard Huyck. Miało wtedy miejsce niezwykłe zdarzenie. Po owym seansie jedynie Steven Spielberg i Jay Cocks uwierzyli, że film odniesie sukces, a brak zadowolenia pozostałych argumentowali brakiem efektów specjalnych. Inni, a w szczególności Brian De Palma, wyśmiali film i wróżyli mu kompletną klapę. Żona Lucasa próbowała podnieść męża na duchu, więc skarciła De Palmę za kopanie leżącego. Powiedziała mu, że Lucas bardzo liczy się z jego zdaniem i poprosiła by z nim porozmawiał. Właśnie dzięki Marcii, Brian De Palma pomógł Lucasowi przeredagować napisy otwierające „Gwiezdne wojny” (we współpracy z Jayem Cocksem).

W przeciwieństwie do najbliższych przyjaciół, Lucas doświadczył pozytywnej opinii ze strony zarządców Foxa, którzy do tej pory jedynie narzekali i gardzili projektem. Podczas seansu jeden z członków (Gareth Wigan) ze wzruszenia nawet rozpłakał się i powiedział swojej rodzinie, żeby zapamiętali ten dzień, jako najniezwyklejszy w jego życiu. Dlaczego? Ponieważ obejrzał „Gwiezdne wojny”! Co ciekawe, owa wersja filmu nie posiadała muzyki, ani nawet finałowej sceny ataku na Gwiazdę Śmierci, a mimo to wywarła aż takie wrażenie. Po seansie Alan Ladd Jr. zadzwonił do Stevena Spielberga, (o którym było głośno w branży po sukcesie „Szczęk”) i dzięki pozytywnej opinii reżysera, „Gwiezdne wojny” otrzymały możliwość, by w ogóle wejść na ekrany kin! Rzekomo w marcu 1977 roku zorganizowano kolejny pokaz filmu z większością efektów specjalnych. Szefostwo Foxa również wtedy było zadowolone.

 


 


POSTPRODUKCJA
Część IV – muzyka

By zilustrować film muzycznie, George Lucas pierwotnie pragnął wykorzystać utwory klasyczne, jak we wspomnianej już „Odysei kosmicznej”. Chciał tak prawdopodobnie dlatego, gdyż prawa autorskie do kompozycji dawno wygasły, co pozwoliłoby zaoszczędzić kolejne pieniądze. Lucas zatrudnił jednakże, rekomendowanego mu przez Stevena Spielberga, Johna Williamsa, który rok wcześniej otrzymał Oscara za „Szczęki”. Symfoniczna muzyka do filmu była kolejną ryzykowną decyzją, gdyż światem rządziło wówczas disco.

W styczniu 1977 roku, po napisaniu podstaw motywów muzycznych i przypisaniu ich poszczególnym bohaterom/wydarzeniom, John Williams obejrzał nieukończoną wersję „Gwiezdnych wojen”, rozpoczynając tym samym dopasowywanie swoich kompozycji do fabuły. Co ciekawe, podczas montażu stworzono ścieżkę dźwiękową filmu, w której wykorzystano muzykę z filmów: „Kings Row” (1941), „Przygody Robin Hooda” (1938), „Ben Hur” (1959), „Bitwa o Anglię” (1969), „Niezłomny Wiking” (1954) i „Narzeczona Frankensteina” (1935). W tej wersji wykorzystano także muzykę klasyczną autorstwa Gustava Holsta, Piotra Czajkowskiego, Antonína Dvořáka, Béli Bartóka i Edwarda Elgara. Oczywiście nigdy nie miano zamiaru wykorzystać jej w filmie – służyła tylko do określenia tempa i nastroju opowieści, aby kompozytor mógł opracować własną (montowanie scen „pod utwór” jest popularną techniką podczas produkcji filmowej). Po ukończeniu owej wersji, Lucas wraz z montażystą muzyki Kenem Wannbergiem dali Williamsowi 6 tygodni na stworzenie oprawy do „Gwiezdnych wojen”. Jak przyznał kompozytor, nigdy nie czytał on scenariusza, dzięki czemu zmontowany film działał na niego jak na widza, więc mógł idealnie dopasować warstwę muzyczną do wizualnej.

W marcu 1977 roku Williams podyrygował London Symphony Orchestra, nagrywając kultową już muzykę do „Gwiezdnych wojen”. Epickie arcydzieło Williamsa było jedną z niewielu rzeczy podczas produkcji, które przewyższyły oczekiwania Lucasa. Właśnie „Gwiezdne wojny” rozpoczęły stałą współpracę pomiędzy kompozytorem, a LSO, która to zaowocowała niezliczonymi wyróżnieniami w dziedzinie muzyki filmowej. Podczas nagrywania w skład orkiestry wchodziło: 10 altówek, 10 wiolonczel, 6 basów, 8 waltorni, 4 trąbki, 3 puzony, 2 tuby, 2 harfy, 3 perkusje, kocioł, pianino i celesta. Całość nagrywano osiem dni (5-16 marca z przerwami) w trzygodzinnych sesjach w Anvil Studios w Denham, które to posiada 23 mikrofony rozmieszczone po całej sali.

Pierwszego dnia nagraniowego (5 marca) nagrano „eksplodujący” utwór otwierający, co osiągnięto dopiero za piątym razem. Wtedy też zarejestrowano oprawę sceny, w której Luke i Leia przeskakują na linie między korytarzami Gwiazdy Śmierci. Najdziwniejszy utwór skomponowany do „Gwiezdnych wojen”, czyli oprawa słynnej sceny w kantynie, to zmiksowany utwór jazzowy. W nagraniu wykorzystano: 2 saksofony, trąbkę, klarnet, elektroniczny fortepian Fender Rhodes, stalowe bębny, perkusję i syntezator elektroniczny ARP – taki sam, jakiego używał Ben Burtt. Utwór ten nagrano w środę, 10 marca. „Gwiezdne wojny” zostały w całości ukończone 30 kwietnia 1977 roku.

 

 


 


KAMPANIA REKLAMOWA

Mimo, że wszyscy przewidywali filmowi gigantyczną klęskę, kampania reklamowa od dawna powoli się rozkręcała. Wyniki wywiadu przeprowadzonego przez 20th Century Fox były zatrważające. Okazało się, że filmem zainteresowani są jedynie mężczyźni poniżej 25. roku życia. Szefostwo Foxa postanowiło wówczas, by oprócz obcych i statków kosmicznych, publikować materiały z bardziej „ludzkimi” elementami, jak chociażby fotosy księżniczki Lei, które służyły także, by zachęcić zarówno damską, jak i męską część widowni. Co więcej, zdecydowano się promować film, nawiązując do struktur mitycznych, a mniej science fiction, co szczególnie daje się we znaki w głosie narratora w pierwszych spotach i zwiastunach.

Ogromne znaczenie w kampanii reklamowej miała także praca odpowiedzialnego za marketing Charlesa Lippincotta, który rozpoczął promowanie filmu na konwencie Westercon w 1976 roku oraz trzy tygodnie później wśród fanów science fiction na kolejnym konwencie – Comic-Con 1976, gdzie Howard Chaykin i Roy Thomas zaprezentowali pierwszy plakat „Gwiezdnych wojen” (autorstwa Chaykina). Podczas konwentu, plakaty te można było kupić za zaledwie 1,75 dolara – dziś warte są kilkaset razy tyle. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na nadruk na ich koszulkach. Owe trójkątne logo (autorstwa Ralpha McQuarrie’ego) było prawdopodobnie pierwszym znakiem reklamowym „Gwiezdnych wojen”. Trzecia, ostatnia prezentacja odbyła się w dniach 2-6 września 1976 na 34. światowym konwencie science fiction (znanym jako Midamericon czy Worldcon) gdzie pojawili się Gary Kurtz i Mark Hamill.

Lippincott doprowadził także do powstania komiksów „Gwiezdne wojny” we współpracy ze Stanem Lee i Marvel Comics. Przekonał również wydawnictwo Del Rey do wydania książkowej wersji filmu na podstawie scenariusza George’a Lucasa. Mimo, iż na okładce (namalowanej przez Ralpha McQuarrie’ego) widnieje nazwisko George’a Lucasa, to w rzeczywistości jej autorem (ghostwriterem) był Alan Dean Foster, który napisał później „Spotkanie na Mimban”, brane pod uwagę jako potencjalny scenariusz drugiej części kinowych „Wojen”. Wydana 12 listopada 1976 roku książka sprzedała się do stycznia następnego roku w pół miliona egzemplarzach. Nosiła tytuł „Star Wars: from the adventures of Luke Skywalker” i podobnie jak w przypadku komiksów Marvela (wydawanych od marca ’77), pozwała zapoznać się z przygodami Skywalkera i pozostałych bohaterów na pół roku przed premierą filmu. Należy także dodać, że Lippincott został dosłownie wyrzucony z Toy Fair 1977, gdy próbował rozstawić stoisko promujące „Gwiezdne wojny”.

Fox ustalił datę premiery „Gwiezdnych wojen” na środę, 25 maja 1977 – tuż przed Memorial Day (amerykańskie święto poświęcone pamięci poległych). Jednym z argumentów, przemawiających za pokazaniem dzieła Lucasa później, była wcześniejsza premiera filmu „Druga strona północy” (również wytwórni Fox), po którym, znając książkowy bestseller autorstwa Sidney Sheldon, spodziewano się bardzo wysokiego wyniku kasowego. „Gwiezdnym wojnom” zagroziły jednak inne letnie premiery, jak chociażby słynny „Mistrz kierownicy ucieka” z Burtem Reynoldsem i Sally Field w rolach głównych, mający swą premierę 19 maja.

Na „Gwiezdne wojny” zgodzili się właściciele mniej niż czterdziestu kin. Prawdopodobnym tego powodem był brak zrozumienia fabuły oraz fakt występowania słowa „wojna” w tytule. Nie istniał również w tamtych czasach trend na wielkie produkcje kinowe przepełnione efektami specjalnymi. Dla przykładu, wyżej wspomniany „Mistrz kierownicy ucieka”, w dniu premiery wszedł na ekrany ponad 300 kin w USA, a „Druga strona północy” do ponad 500. Próbując wcisnąć kiniarzom „Gwiezdne wojny”, zarządcy 20th Century Fox postawili nawet warunek, że kina, które nie zgodzą się na „Star Wars” nie otrzymają kopii „Drugiej strony północy”. Dodatkowo, aby przekonać właścicieli, stworzono piękną książkę opisującą film, która została rozesłana do kin. Nawet i to nie pomogło.

 

 


 


PREMIERA

W dniu premiery George Lucas, studio Foxa, cała obsada i ekipa obawiała się niewyobrażalnej klęski artystycznej i przede wszystkim finansowej. Reżyser uciekł nawet na zasłużony urlop na Hawaje. Zgodnie z prognozami, 25 maja 1977 roku przeszedł do historii kina…

Zwieńczeniem pokazu premierowego były głośnie owacje na stojąco w wypełnionej po brzegi sali kinowej. Joe Johnson wspomina, że po wyjściu z kina dzieci prosiły o autografy nawet jego, mimo, że był tylko modelarzem. W jedną noc Mark Hamill, Carrie Fisher i Harrison Ford stali się gwiazdami światowego formatu. Mimo, że „Gwiezdne wojny” trafiły na ekrany zaledwie 37 kin, w 36 z nich pobiły wszelkie rekordy oglądalności. W dniu premiery film zarobił 254 tysiące dolarów. W pierwszy weekend – 1.554 miliona dolarów, co było gigantyczną sumą, biorąc pod uwagę tak małą ilość kopii (w dniach 26-27 maja ilość kin wzrosła do 43). Rzekomo nawet poranne seanse w dni robocze były pozajmowane dosłownie do ostatniego miejsca, a w prasie nie było dnia bez wzmianki o „Gwiezdnych wojnach”.

Do przebywających na Hawajach Lucasów wkrótce dołączył Spielberg. To właśnie on poinformował George’a o gigantycznym sukcesie „Gwiezdnych wojen”, a podekscytowany Alan Ladd Jr. dzwonił do reżysera co wieczór, informując o codziennych zmianach w box offisie. „Gwiezdne wojny” zarobiły wówczas w USA zawrotną sumę 307,2 mln. dolarów. Lucas, dzięki korzystnej dla niego umowie, stał się milionerem – do jego kieszeni trafiło ponad 50 milionów dolarów. Wraz z Marcią byli oszołomieni – reżyser zastanawiał się na co wyda zarobione miliony, a Marcia – że wreszcie ustabilizują się finansowo (zysk z „Amerykańskiego graffiti” Lucas wpakował w „Gwiezdne wojny”). Rozmarzony twórca zaczął rozmyślać wówczas nad przebudową biura w Parkhouse, co z całą pewnością zaowocowało kilka lat później budową Rancza Skywalkera, gdzie twórca umieścił wszystkie swoje firmy. Podczas pobytu na Hawajach, Lucas przedstawił także Spielbergowi pomysł filmu o przygodach pewnego archeologa, który wymyślił jeszcze przed „Wojnami”. Kilka lat później projekt stał się wyreżyserowanymi przez Spielberga „Poszukiwaczami zaginionej Arki” z Harrisonem Fordem w roli głównej.

W trzy tygodnie po wpuszczeniu na ekrany, „Gwiezdne wojny” pobiły dotychczasowego rekordzistę, czyli „Szczęki” Stevena Spielberga w kategorii „wyniku wszech czasów w tygodniu otwarcia”. 21 lipca 1977 roku „Gwiezdne wojny” ponownie zawitały do kin w 757 kopiach (łącznie z Kanadą do ponad 1100 kin), dzięki czemu tylko w USA film zarobił w (kolejny) pierwszy weekend kolejne 6,8 miliona dolarów. Zysk rósł w niewiarygodnym tempie, przez co „Gwiezdne wojny” kolejny raz pobiły Spielbergowskie „Szczęki” – tym razem w kategorii „największy dochód w USA”. „Star Wars” był drugim filmem w historii, który zarobił 100 milionów dolarów w Stanach – utrzymał tę pozycję aż do premiery „E.T.” w 1982 roku.

Największy zysk, jaki studio Foxa osiągnęło w jednym roku wynosił 37 milionów dolarów. Dzięki premierze „Gwiezdnych wojen”, studio osiągnęło sumę prawie dwukrotnie większą – 79 milionów wpływów, co uratowało wytwórnię przed bankructwem. Dodatkowo, „Druga strona północy”, uważana przez nich za finansowy hit roku, poniosła spektakularną klęskę.

Świat oszalał na punkcie „Gwiezdnych wojen”. Najbardziej potwierdza to gigantyczna popularność zabawek i gadżetów z logiem Star Wars. Wszystko zaczęło się od firmy Kenner Toys, która zainteresowana była stworzeniem linii kolorowych zabawek kosmicznych. Umowę na gadżety podpisała tuż przed premierą filmu, przez co zabawki pojawiły się prawie rok później.

Gdy „Gwiezdne wojny” okazały się ogromnym hitem, firma nie nadążała z produkcją, przez co rozpoczęto kompanię „puste pudełko” – sprzedawano pudełka, w których znajdował się kupon uprawniający do odbioru zabawki, gdy ta zostanie wyprodukowana! Gadżety sprzedawane przed świętami Bożego Narodzenia można było odebrać niekiedy dopiero w marcu przyszłego roku. Niedługo potem zabawki podwoiły rekordowy zysk filmu, a z George’a Lucasa uczyniły milionera. Właśnie dzięki owym zyskom, reżyser miał możliwość objęcia funkcji producenta przy kolejnych swoich filmach, gdyż chciał dowolnie zmieniać scenariusz i oszczędzić sobie problemów ze studiem, jakie miały miejsce przy analizowanym filmie. To właśnie Saga „Star Wars” rozpoczęła wciąż trwający trend na wysyp gadżetów związanych z wielkimi przebojami kinowymi.

24 czerwca 1977 roku w Grauman’s Chinese Theather odbyć się miała premiera „Ceny strachu”, przez co postanowiono zakończyć wszelkie pokazy „Gwiezdnych wojen” w owym prestiżowym kinie. Okazało się jednak, że „Cena strachu” nie spełnia oczekiwań producentów co do sprzedawanych biletów, więc postanowiono przywrócić do kina „Gwiezdne wojny”. Trzeciego sierpnia film wrócił na ekrany wraz z wieńczącą to wydarzenie ceremonią odciśnięcia stóp przez fikcyjne postaci C-3PO, R2-D2 i Dartha Vadera w symbolicznych gwiazdach w Hollywood Walk of Fame. Obecnie owe gwiazdy znajdują się w sąsiedztwie odcisków Harrisona Forda, Eddie’ego Murphy’ego i Stevena Spielberga. „Gwiezdne wojny” były pierwszym filmem, który wrócił na ekrany tego kina w jego 50-letniej historii i były w nim grane przez prawie rok, aż do czerwca 1978 roku.

Trzeciego kwietnia 1978 roku, podczas 50. gali wręczenia Oscarów, „Gwiezdne wojny” zdobyły aż 7 nagród Akademii z imponujących 10 nominacji. Nagrodę specjalną za efekty dźwiękowe (kreacja głosów obcych stworzeń i robotów) odebrał Ben Burtt, który statuetkę otrzymał z rąk Marka Hamilla, C-3PO i R2-D2. Kolejną kategorią, w której triumfowały „Gwiezdne wojny” były oczywiście efekty specjalne. Statuetki otrzymali: John Stears, Grant McCune, Robert Blalack oraz John Dykstra i Richard Edlund. Za scenografię: John Barry, Norman Reynolds, Leslie Dilley i Roger Christian. John Mollo za kostiumy oraz John Williams za muzykę (kompozytor miał w tym roku także drugą nominację za muzykę do „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”). W kolejnych kategoriach: Richard Chew, Marcia Lucas i Paul Hirsch za montaż oraz Bob Minkler, Derek Ball, Don MacDougall i Ray West za dźwięk. Nacieszyć się zaledwie nominacjami musieli: Alec Guinness za rolę Kenobiego w kategorii aktora drugoplanowego, Gary Kurtz za najlepszy film oraz George Lucas z dwiema nominacjami: za najlepszy scenariusz oryginalny i najlepszą reżyserię. To jednak nie koniec historii…

W 1977 roku „Gwiezdne wojny” trafiły na ekrany kin w trzech wersjach montażowych i w trzech dźwiękowych. Pierwszą stworzoną była dwukanałowa, optyczna wersja Dolby Stereo dla taśm 35mm. Drugą był sześciościeżkowy, magnetyczny mix stereo dla edycji 70mm. Jako ostatnia powstała wersja jednokanałowa dla optycznego wydania mono 35mm. Co ciekawe, w zależności od nośnika występowały znaczne różnice dźwięków, co prawdopodobnie było spowodowane tym, iż wersję mono opracowano później niż stereo (miksując w Goldwyn Studios, Ben Burtt chciał przy tym ulepszyć film). Jedną z występujących różnic były postsynchrony w scenie w uliczce w Mos Eisley, kiedy to szturmowcy szukają naszych bohaterów. W bardziej popularnej wersji stereo, szturmowiec wypowiada kwestię „This one’s locked”, podczas gdy w wersji mono zamiast „locked” było słowo „secured”.

Inna różnica występowała podczas bitwy o Yavin – Luke Skywalker w wersji mono wypowiadał „Blast it Wedge”, podczas gdy w wersji stereo (jak i w scenariuszu) było „Blast it Biggs”. Kolejne różnice dotyczyły umieszczenia w wersji mono dodatkowych kwestii, gdy C-3PO omawia budowę reaktora oraz kwestii „zamknąć grodzie” podczas pościgu za Hanem Solo. Kolejną, największą różnicą, jest głos cioci Beru, który różni się w obu wersjach. Jej oryginalne postsynchrony zostały nagrane przez Dereka Balla, który osobiście pojechał w tym celu do domu aktorki. W wersji mono jednakże głos postaci należy do zupełnie innej aktorki!

Należy także wyjaśnić, iż wbrew wielu opiniom, „Gwiezdne wojny” nie były wcale pierwszym w historii filmem z dźwiękiem stereo. Do 1977 roku powstało ich już kilka, jak chociażby: „Tommy” (1975), „Nashville” (1975), „Ucieczka Logana” (1976), czy nawet nasz „Potop” (1974, pierwszy polski film udźwiękowiony stereofonicznie). Film George’a Lucasa był natomiast filmem, który rozpowszechnił dźwięk stereo dzięki swojej ogromnej popularności. Ponadto wspomnijmy, iż muzyczna fanfara Foxa przeznaczona pierwotnie była wyłącznie do filmów kręconych w standardzie Cinemascope. Specjalnie do „Gwiezdnych wojen” stworzono jej wersję stereofoniczną, miksując oryginalne nagranie utworu pochodzące z filmu „Rzeka bez powrotu” (1954).

W 1978 roku zrealizowano telewizyjny film „The Star Wars: Holiday Special”, a dwa lata później wyreżyserowaną przez Irvina Kershenera kontynuację filmu Lucasa o pełnym tytule: „Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje”. Jako, że oryginalne „Gwiezdne wojny” nie posiadały podtytułu i numeru, by sprostować kontinuum fabularne, w 1981 roku, z okazji powrotu pierwszych „Wojen” do kin, dodano do filmu podtytuł „Część IV: Nowa nadzieja”. Wskutek dodania owych dwóch linii napisów, musiano ścisnąć dwa pierwsze akapity, które skrócono po jednym wierszu tekstu. Film z dodanym tytułem zawitał na ekrany 10 kwietnia tego samego roku. Owa wersja zarobiła prawie piętnaście i pół miliona dolarów. W 1983 roku do kin wszedł wyreżyserowany przez Richarda Marquanda „Powrót Jedi” – ostatnia, szósta część Trylogii Lucasa.

Nad Wisłę „Gwiezdne wojny” zawitały 30 marca 1979 roku dzięki ZRF – Zespołowi Rozpowszechniania Filmów. Stworzony na potrzeby dystrybucji w PRL-u plakat, autorstwa Jakuba Erola, posiadał jednak poważny błąd. Imię Aleca Guinnessa zostało omyłkowo napisane przez „o” – Aleo. Co ciekawe, twórca podobny błąd popełnił również przy plakacie do „Imperium kontratakuje” w nazwisku reżysera. Mniejsza o to. Podobnie jak na całym świecie, na polski rynek również trafiły (o dziwo) gadżety związane z filmem. Oprócz fotosów, pojawiły się również zabawki. Były to niestety produkowane nad Wisłą podróbki (jak np. „cuchnący smołą Darth Vader”), które często niezbyt przypominały filmowe pierwowzory.

W 1996 roku dwie scenki z efektami specjalnymi z „Gwiezdnych wojen” trafiły do kina IMAX. Mowa tu o wyreżyserowanym przez Bena Burtta „Special Effects: Anything Can Happen” – czterdziestominutowym filmie wytwórni Nova, w którym znalazły się dwie zrekonstruowane scenki z „Nowej nadziei” – otwierający pościg za Łamaczem Blokady oraz skok Sokoła Millenium w nadprzestrzeń.

Pomysłodawcą owego projektu było ILM, które chciało zadebiutować na wielkoformatowym ekranie. W tym celu sfilmowano oryginalne modele statków i obrazy matte painting kamerą motion control, w której zamontowano układ z taśmą 65mm. Następnie zeskanowano negatyw specjalnie skonstruowanym skanerem (gdyż taśma IMAX to 70mm) i połączono całość cyfrowo. Pozostałe elementy (takie jak gwiazdy czy lasery i wybuchy) również zostały stworzone w pamięci komputerów. Rendering pojedynczej klatki filmu na tak ogromny ekran trwał kilka dni, podczas gdy dla zwykłej taśmy filmowej 35mm zajmuje kilka godzin. Jako, że wytwórnia Nova objęła dokumentację prac nad wznowioną wersją Trylogii Lucasa, w filmie pojawiła się masa ujęć z planu owej edycji oraz z procesu rekonstrukcji efektów specjalnych (wszystko to nakręcone zostało w wielkoformatowym standardzie IMAX).

Na powrót „Gwiezdnych wojen” do kin przyszło czekać aż do 1997 roku, kiedy to Oryginalna Trylogia wróciła na ekrany jako „Edycja specjalna” – odrestaurowana, ulepszona wersja filmów. „Gwiezdne wojny” prześcignęły wtedy „E.T.” i triumfalnie wróciły na pozycję najbardziej dochodowego filmu w USA, lecz utrzymały tę pozycję zaledwie przez kilka miesięcy, kiedy to pod koniec 1997 roku miała miejsce premiera rekordowego „Titanica” Jamesa Camerona.

Special Edition zwiastowała zbliżającą się wielkimi krokami Nową Trylogię. Zapoczątkowało ją zrealizowane w 1999 roku „Mroczne Widmo”, które wyreżyserował sam George Lucas. Objął on stołek reżyserski również przy kolejnych dwóch częściach Sagi: „Ataku klonów” z 2002 roku oraz „Zemście Sithów” z 2005.

Pogłoski o kolejnych częściach „Gwiezdnych wojen” powracają regularnie od lat, lecz równie szybko są obalane. Prawdą jest natomiast, że wszystkie sześć części wróci wkrótce na ekrany kin w wersji 3D.

Na dzień dzisiejszy, „Gwiezdne wojny: Część IV – Nowa nadzieja” może poszczycić się 26. miejscem w światowym box offisie z wynikiem ponad 797 milionów dolarów oraz czwartym w amerykańskim, z prawie 461 milionami na koncie.

LUCASFILM-01
LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01

LUCASFILM-01












Poprzedni tekst

Gwiezdne Wojny - Efekty Specjalne

Następny tekst

Star Wars - Ewolucja scenariusza



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE