RUSH

MUZYKA: Eric Clapton
ROK PRODUKCJI: 1991
WYTWÓRNIA: Reprise Records
CZAS TRWANIA: 41:21 min.


01. NEW RECRUIT
02. TRACKS AND LINES
03. REALIZATION
04. KRISTEN AND JIM
05. PRELUDIN FUGUE
06. COLD TURKEY
07. WILL GAINES
08. HELP ME UP
09. DON'T KNOW WHICH WAY TO GO (Buddy Guy)
10. TEARS IN HEAVEN



Zapewne niewiele osób kojarzy jeszcze taki film, jak "Rush" (według dystrybutorów polskich "W Matni") z 1991 roku. Prawdę mówiąc ja też go już dawno nie widziałem. Na szybko więc o co chodzi: dramat kryminalny, w którym Jason Patric do spółki z Jennifer Jason Leigh usiłują przeniknąć do mafii. Rzecz jasna udaje im się, ale coś za coś - śledząc jednego z większych dostawców popadają w uzależnienie od narkotyków. Dodatkowo zakochują się w sobie w międzyczasie... Jak więc widać nie jest to przeciętna produkcja, która poza niezłą intrygą posiada dobre aktorstwo, klimat i muzykę, która w dużej mierze go zbudowała. Muzyką tą zajął się Eric Clapton - na co dzień znany muzyk rockowy, którego chyba przedstawiać nie trzeba. Clapton stworzył świetną muzykę, która tyleż wciąga, co odpręża. Jest to jedna z tych pozycji, którą wręcz trzeba przesłuchać poza filmem, żeby samemu się przekonać. Dzieje się tak, gdyż to co napisał Clapton trudno uznać za zwykłą filmową partyturę - to raczej rockowa wizja filmowych wydarzeń, choć wyraźnie podparta na wcześniejszych przygodach kompozytora.

Całość od pierwszej nuty pachnie bowiem niczym innym, jak "Lethal Weapon", którą Michael Kamen stworzył do spółki z Davidem Sanbornem i Claptonem właśnie. I ten ostatni sporo zapożyczył z tamtych prac. A właściwie może nie tyle zapożyczył, co skopiował parę swoich własnych gitarowych tricków i podparł je kilkoma nowymi, dodając przy okazji piosenki, które odniosły spory sukces także osobno. I to właśnie od nich zaczniemy. "Tears In Heaven", "Help Me Up" i "Don't Know Which Way To Go", to właśnie te, które możemy tu usłyszeć. Dwie z nich są autorstwa Claptona - podobnie jak cała reszta partytury - i on też je wykonuje. Ta ostatnia śpiewana jest przez Buddy Guya, a napisali ją Willie Dixon i Al Perkins, i jest to na dobrą sprawę najgorsza pozycja tej płyty. Tzn. zła nie jest, ale jej czas (ponad 10 minut) sprawia, że jest nieco męcząca i chwilami ciągnie się i nudzi, jak przysłowiowe flaki z olejem. Znacznie lepsze jest "Help Me Up" wykonane w typowym claptonowskim klimacie - jest więc rockowo i tanecznie z pewną dozą hmm... nostalgii. No a "Tears In Heaven" polecać nie trzeba, bo to klasyka sama w sobie.

Tyle jeśli chodzi o piosenki, teraz reszta. Reszta, która swobodnie również mogła by być piosenkami, gdyby dodać do nich jakiś tekst. A ponieważ tego nie ma, to dostajemy 7 różnych ballad w zbliżonym do siebie klimacie - różnią się właściwie tylko dynamiką i nagromadzeniem emocji. I tu raz jeszcze powrócę do "Lethal Weapon", gdyż pierwsze nuty "New Recruit" to zwyczajna kalka tegoż. Trudno powiedzieć czy to źle czy dobrze, bo Clapton nie plagiatuje tu całości, a jedynie wykonuje tę samą partię gitarową, którą wykonywał i tam. Oczywiście potem nieznacznie ją rozwija i próbuje pójść w nieco innym kierunku, ale daleko z tym nie zachodzi. Dlatego też początek następnego utworu - "Tracks And Lines" - również zaczyna się podobnie. I tak w koło Macieju, gdyż każda następna melodia jest w jakimś stopniu gitarową wersją przygód Riggsa i Murtaugha, zmieniają się jedynie części z jakich je zaczerpnięto. Z jednej strony trudno mi winić o to Claptona, gdyż był akurat pomiędzy pracami nad (wtedy już) trylogią i taki też jest jego styl. Ale z drugiej strony mógł się chłop jakoś bardziej wysilić... Choć w żaden sposób nie przeszkadza to w odbiorze płyty, a i pasuje do filmu jakim jest "Rush", to jednak może to lekko irytować. Jednak czepiać się nie będę jakoś wielce, bo to, co Clapton stworzył wraz z Kamenem i Sanbornem na potrzeby "Zabójczej Broni" (a potem skopiował i rozwinął tutaj) jest zwyczajnie dobrym kawałkiem muzyki i bardzo miło jest to usłyszeć znowu, i to w wersji solo. I to naprawdę solo, bo gitara elektryczna pracuje sama niemal cały czas - czasem tylko dojdzie do niej perkusja czy fragment niewielkiej orkiestry.

Jak już mówiłem, Clapton stara się rozwijać to, co zapożyczył/skopiował/przepisał. I w paru miejscach należą mu się wielkie brawa za styl w jakim to zrobił. Chociaż przy większości ścieżek jabłko daleko nie spadło od jabłoni, to jednak w świetnych fragmentach "Preludin Fugue" i "Cold Turkey" jest to niemal zupełnie inny ogród z innymi drzewami. Chwalę właściwie tylko te dwa utwory, ponieważ one najbardziej zapadły mi w pamięć, dzięki nagłej zmianie dynamiki i oderwaniu tej całej pępowiny muzycznej. Wybuch perkusji w "Preludin Fugue" jest naprawdę niesamowity i na dobrą sprawę dzieli on płytę na dwie części. Klimat pozostaje ten sam, ale zmienia się właśnie dynamika i nastrój. Nie mówiąc już o tym, że to właśnie w tych utworach wyraźnie zaznacza się granica pomiędzy filmową ilustracją, a zwykłym rockiem. Wprawdzie zanim zabrzmią piosenki natrafimy na dość osobliwy track "Will Gaines" - najbardziej filmowa ścieżka na krążku, rodem trochę jak z "Ucieczki z Nowego Jorku" - ale nawet i on nie jest pozbawiony tego claptonowskiego stylu z koncertów.

Kończąc mogę jedynie swobodnie polecić tę ścieżkę większości osób. Rock to muzyka, którą chyba najłatwiej przyswoić. A Eric Clapton należy do jego czołowych przedstawicieli. Do tego większość utworów jest dość krótka i swobodna w swojej wymowie. I choć najwyższa ocena raczej odpada, bo płyta jest jak dla mnie zbyt krótka i zbyt jednorodna (nie wspominając już o tych drobnych minusach i zgrzytach), ale poza tym to solidna porcja muzyki... no właśnie, jakiej? Można się tu na chwilę zatrzymać i zastanowić, czy to jeszcze muzyka filmowa czy jedynie jej kopia i rodzaj impresji rockowej. Można, tylko po co? Lepiej otworzyć puszkę dobrego piwa, usadowić się w wygodnym fotelu i posłuchać... do czego zachęcam.

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI