LETHAL WEAPON 4

MUZYKA: Michael Kamen, Eric Clapton, David Sanborn
ROK PRODUKCJI: 1998
WYTWÓRNIA: Nieznana (bootleg)
CZAS TRWANIA: 56:57 min.


01. WARM WELCOME
02. RIGGS PAST
03. BOAT PANIC
04. FLYING BARREL / SHOOTOUT ON THE SHIP
05. TRAIN / SALED LIKE SLAVES
06. ROGER FINDS THE HONGS
07. LORNA AND RIGGS
08. WALK ON THE BEACH
09. CHINESE IN THE KITCHEN / I'M FREEING SLAVES
10. POCKET MONEY
11. RIGGS HINT
12. POLICE STATION
13. LEE BUTTERS
14. RIGGS AND MURTAUGHT PROMOTED
15. WANT SOME CHINESE FOOD
16. LEO AND BUTTERS
17. RESTAURANT / CHINATOWN CHASE
18. ROOFTOP FIGHT
19. WE ARE NOT TOO OLD FOR THIS SHIT
20. FIGHT IN ROGER'S HOUSE
21. BOURNING ON ROGER'S HOUSE
22. HIGHWAY CHASE
23. REUNION
24. UNCLE BENNIE AT THE DENTIST
25. HONGS AND BENNIE'S DEATH
26. "THEY FOUND MY WATCH"
27. WAREHOUSE SHOOTOUT
28. ROGER SAVES RIGGS
29. FROGGY
30. BABIES / END CREDITS (zaw. "Why Can't We Be Friends"
      w wyk. War oraz "Pilgrim" w wyk. Erica Claptona)



I raz jeszcze niemal cała obsada znana z poprzednich części zebrała się razem przy wspólnym filmie. Raz jeszcze trzech muzyków spotkało się także, aby nagrać do czwartej odsłony serii nową partyturę. A ja raz jeszcze zasiadłem do recenzji, do której nigdy nie myślałem, że zasiądę. Otóż muzyka z czwartej i zarazem ostatniej części "Zabójczej broni" nie została nigdy oficjalnie wydana. To, co tu opisuję, to bootleg, do tego tzw. DVD-rip, czyli najgorsza opcja z możliwych. Spotkałem się z nim po raz pierwszy, po latach polowań na jakikolwiek wręcz ślad muzyki z tego filmu. Czy było warto? Czy nie zawiodłem się na muzyce, jaką tu znalazłem? Jak ta muzyka ma się do poprzednich, genialnych dokonań Kamena i spółki? I w końcu czy jest to pozycja warta polecenia? Odpowiedzi na te pytania, a także kilka luźnych przemyśleń względem tej pozycji, postaram się zawrzeć w recenzji.

Najpierw jednak małe wyjaśnienie, czym konkretnie jest DVD-rip. W najprostszych słowach jest to muzyka, którą ktoś "wziął" prosto z filmu, najczęściej właśnie z wydania DVD (choć zdarzają się także ripy wydań laserdisców czy, o zgrozo, video!), po czym przerobił to na format audio, bądź mp3 i posłał w świat. Nie do końca to legalne niestety, ale też i niezbyt praktyczne. Często bowiem (i w większości przypadków jest to nieuniknione) razem z muzyką "wkradają się" do takiego "wydania" odgłosy efektów filmowych, dialogi i tego typu "śmieci". Oczywiście są programy, które niwelują ich ilość i głośność, niemniej jednak nie da się ich ostatecznie usunąć, dlatego nawet na tych najdokładniejszych ripach (np. "Alien 3") słychać czasem w tle różne dziwne rzeczy. "Lethal Weapon 4" jest przykładem najbardziej chamskiego ripu, gdyż autor nie pokusił się dosłownie o nic. Muzyka została tu po prostu skopiowana wraz ze wszystkimi przyległościami - czasem tylko są one nieznacznie przyciszone, ale nic ponadto. Często więc na pierwszy plan wchodzą odgłosy wystrzałów (a tych w filmie niemało), uderzeń, samochodowych stłuczek i pisków opon, oraz oczywiście dialogi, które chwilami są tak wyraźne, że brakuje już tylko obrazu do szczęścia. Osobiście nie lubię takich przypadków i podobnych dzieł staram się unikać jak ognia. Czwarta część przygód Riggsa i ferajny (jak reklamowały ten film ongiś plakaty) jest jednak tym przypadkiem skrajnym, czyli albo tak, albo wcale. Ma to oczywiście i plusy (w końcu usłyszałem tę muzykę niemal na czysto) i minusy (koszmarna chwilami jakość dźwięku uniemożliwia pełne jej docenienie), jednak naprawdę trudno byłoby mi w tej chwili odpowiedzieć czy było warto. Za bardzo lubię tę serię filmową pod względem obrazu i muzyki oraz wrażeń, jakie dostarczają, że nie mogę udzielić takiej odpowiedzi będąc przy tym obiektywnym w jakimkolwiek stopniu. Mogę jedynie doradzić, że jeśli ktoś "nie czai czaczy" i nie rozumie, co jest śmiesznego w tym, że "ten pan jest czarny", to powinien sobie odpuścić. Pozostali mogą czytać dalej. Mam tylko nadzieję, że będą mieli co czytać, bowiem opisanie takiego wydania z dość małą wbrew pozorom ilością muzyki, która do takiego opisania się nadaje, jest rzeczą dość karkołomną. Ale oczywiście on jest czarny, a ja szalony, więc i tak to zrobimy.

Płyta wita nas bardzo gorąco - przynajmniej tak sugeruje tytuł - jednak "Warm Welcome" to prawie w całości ściana deszczu. Ponieważ początek filmu ma miejsce w deszczową noc, toteż właśnie odgłos ulewy, a w późniejszej części tego krótkiego utworu także odgłos kropel spadających na samochód, jest tu na pierwszym planie. Ponadto całkiem nieźle wybija się tu saksofon Sanborna, jednak ani on, ani pozostałe instrumenty nie proponują nam nic innego, jak tylko powrót melodii znanej z poprzednich odsłon serii. Trzeba jednak przyznać, że zarówno "Warm Welcome" jak i "Riggs Past" prezentują całkiem niezły klimacik (oba opisują prolog filmu, więc w tym drugim także pada ;), a jako, że są dość krótkie, toteż słucha się ich całkiem przyjemnie. Znacznie gorzej robi się wraz z "Boat Panic". Niestety to jeden z gorszych jakościowo fragmentów płyty. O ile muzyka akcji prezentuje się tu w niezłym, Kamenowskim stylu, o tyle ciągłe odgłosy wystrzałów i, przede wszystkim, szum łodzi skutecznie odstraszają... Bardzo chciałbym powiedzieć, że to jedyny taki rodzynek tutaj, ale tym razem trafiliśmy na istny keks i to właśnie dobrych jakościowo ścieżek trzeba tu wyszukiwać z lupą. Na szczęście pierwsza taka jest tuż pod ręką. "Flying Barrel / Shootout On The Ship" to całkiem nieźle wyodrębniony track, zważywszy na to, że kontynuuje on początkową strzelaninę na łodzi. Jednak generalnie oprócz kilku wystrzałów mamy tu po raz pierwszy muzykę z prawdziwego zdarzenia. I wrażenia jak najbardziej pozytywne. Bardzo podoba mi się humorystyczna melodia z początku odnosząca się do baryłki z pierwszej części tytułu, a i dalszy, już poważny rozwój wydarzeń, zobrazowany jest perfecto - ciekawa linia melodyczna, rosnące napięcie, orkiestra pełną parą. Pojawiają się też nowe, w stosunku do poprzednich części, rozwiązania nutowe oraz da się usłyszeć początek orientalnego klimatu, jakim bez wątpienia naznaczony jest cały film. Potem muzyka snuje się leniwie (powraca saksofon) w krótkich "Train / Saled Like Slaves" i "Roger Finds The Hongs". Ponieważ w tej części filmu akcja spowalnia, toteż i efektów w tle jest mniej i tak nie irytują. Zresztą Kamen napisał całą gamę przyjemnych dla ucha wypełniaczy dla tej filmowej serii, więc niemal cały czas jesteśmy raczeni dźwiękami saksofonu, skrzypiec czy dęciaków - nie robi to jakiegoś większego wrażenia, ale nie jest też denerwujące. Taki stan rzeczy ma miejsce aż do utworu 17. Oczywiście w międzyczasie rozwija nam się wątek chiński, m.in. w sympatycznym "Chinese In The Kitchen / I'm Freeing Slaves" oraz mamy sporo melodii humorystycznych, które charakteryzują te filmy. Jeden raz melodia przybiera na chwilę dramatyczny bieg w "Walk On The Beach", po to tylko, żeby po chwili Kamen w swój specyficzny sposób zrobił nas w konia, nawiązując przy okazji do znanych z życia codziennego ikon muzycznych. Wszystkie te utwory mają zawarte w sobie wyciszone dialogi, ale generalnie trwają na tyle krótko, że i to nie przeszkadza bardzo, bo szybko przeskakuje się od jednego numerka do drugiego. Warto zauważyć, że przez cały ten czas Kamen opiera się na sekcji dętej, smyczkach i pojedynczych instrumentach z orkiestry oraz oczywiście saksofonie. Znika nam zupełnie Claptonowska gitara, która swoją obecność zaznacza głośno dopiero w kawałku "Riggs And Murtaugh Promoted", gdzie też wygrywana jest kolejna charakterystyczna melodyjka spod znaku "Lethal Weapon". Do tego czasu jej melancholijną nutę można było złapać we fragmencie "Riggs Past", a tak, jeśli była gdzieś obecna, to na bardzo dalekim tle, dosłownie na chwilę.

Tymczasem wraz z numerkiem 17, a więc "Restaurant / Chinatown Chase", zmienia się zupełnie klimat i tempo całości. Ostro wchodzi zarówno Clapton ze swoją gitarą, jak i dźwięki orientalne. Sama ścieżka należy natomiast do najlepszych na płycie. Świetny i całkiem świeży motyw pogoni rozpisany na wspomnianą gitarę, sekcję dętą (po drugiej minucie wchodzi naprawdę fajny temacik) oraz różnego typu dzwoneczki i cymbałki. Także jeśli idzie o wszelkie SFX-y, to jest ich stosunkowo niewiele i nie są tak nachalne. Czasem jednak muzyka mimo wszystko traci poprzez nagłe wyciszenia lub czyjeś krzyki. Niemniej jednak temat pozostawia pozytywne wrażenia i stanowi granicę pomiędzy action score, które od tego momentu niepodzielnie rządzi, a tematami, jakie słyszeliśmy dotychczas. Pokazuje to już kolejna ścieżka, jaką jest "Rooftop Fight" - świetne kotły, brak jakichkolwiek wariackich wyskoków saksofonu, klarnety stopniują napięcie, a na koniec wchodzi konkretna wschodnia nuta. Szkoda, że utworek taki krótki. Potem na minutę robi się refleksyjnie wraz z "We Are Not Too Old For This Shit", a już po chwili kolejne trzy tematy akcji: "Fight in Roger's House", "Burning Of Roger's House" i "Highway Chase". Są one już znacznie dłuższe od dotychczasowych, a więc mają szansę się rozwinąć. Wprawdzie pierwsze dwa są w takim samym stopniu dramatyczne, co dynamiczne i żaden nie dorównuje wielkością "Hollywood Blvd Chase" z pierwszej części, lub też "Armour Piercing Bullets" z trzeciej, to jednak wciąż są to nieźle rozegrane ścieżki. Niestety w dużym stopniu sporą ich część znowu przysłaniają filmowe odgłosy. Szczególnie "Burning Of Roger's House" jest trudne w odsłuchu, gdyż odgłos trawiącego wszystko ognia staje na drodze. W związku z tym najlepszy jakościowo jest motyw "Highway Chase". I tu nasze trio nie zawodzi - nie słychać wprawdzie żadnych niespodzianek, a raczej powtórkę z rozrywki zmieszaną z fragmentami chińskiego motywu, jednak są to świetne orkiestralne brzmienia trzymające w napięciu od początku do końca. Ciekawostką może być to, że każda z tych ścieżek najlepsza robi się dopiero pod koniec.

Potem następuje seria dramatycznych i posępnych w swej wymowie fragmentów z zagubioną pomiędzy nimi pomyłką, jaką jest "Uncle Bennie At The Dentist", który raz, że burzy ton tej części płyty, to jeszcze nie wnosi nic nowego do części humorystycznej. Bardzo ciekawą nutę dostajemy natomiast w utworze "Reunion", której jeszcze lepsze rozwinięcie przynosi "Hongs And Bennie's Death". Tu także mało jest saksofonu i gitary, a ponura melodia wygrywana jest głównie na trąbach i bębnach. Do tego dochodzą w paru miejscach pojedyncze wschodnie instrumenty, np. flety. Duże brawa też za nastrój tych fragmentów - elementów otoczenia prawie tu nie słychać, a jeśli już się pojawiają, to zdecydowanie na plus, bo pomagają budować klimat. Dzięki temu widać/slychać, że największą zmianę w stosunku do poprzednich odsłon filmu zastosowano do czarnych charakterów. Tu porównać ten zabieg mogę do części drugiej, gdzie także położono spory nacisk na dramaturgię partytury i jej kulturowe odniesienia (tam była to Afryka, tutaj Azja). O dziwo, taki zabieg sprawdza się. Te ścieżki potrafią wciągnąć i zaciekawić nawet bardziej niż action score. Poza tym doskonale pokazują, że kompozytorzy nie poszli na łatwiznę sięgając tylko po sprawdzone melodie, ale właśnie stworzyli coś nowego, równie dobrego i nie boją się z tym eksperymentować. Szkoda tylko, że te eksperymenty ograniczają się tylko do paru fragmentów płyty. Po smutnym "'They Found My Watch'" powraca bowiem motyw z wspomnianego wcześniej "Armour Piercing Bullets". Na szczęście pojawia się na krótko i w szczytnym celu. Potem za pomocą kotłów i bębnów oraz elementów wschodnich Kamen świetnie obrazuje końcową potyczkę w strugach deszczu. Niestety deszcz znowu wchodzi na pierwszy plan, więc na dobrą sprawę dopiero od 2:10 min. możemy rozkoszować się podkładem rodem z "Hero" (co ciekawe i tu i tu mamy tego samego aktora - Jeta Li). Kolejna, naprawdę jasna strona tej ścieżki. Także "Roger Saves Riggs" jest utworem na wskroś ciekawym i słucha się rewelacyjnie jego pierwszej części. Ponieważ w tym czasie na ekranie Riggs przebywał pod wodą, toteż Kamen przytłumił tu dźwięk, a w tło włączył majaczący niczym syrena saksofon i bicie serca, co robi naprawdę piorunujące wrażenie. Dodatkowo fragment ten zaczyna się właśnie od uderzenia pioruna gdzieś w filmowym tle, co jeszcze podwyższa adrenalinę. No i zwieńczenie także zasługuje na oklaski - piękna melodia na smyczki, która wybija się nagle, zwiastując szczęśliwe zakończenie plus okrzyki Murthaugh w tle. Czy może być coś bardziej klimatycznego? Na koniec dostajemy jeszcze dwie ścieżki. Smutno-liryczna "Froggy", podczas której w tle słychać śpiew ptaków (chwilami skutecznie jednak zabity wyciszającą się muzyką, co by nie było słychać dialogów) i w której Kamen zastosował nastrój, jakiego jeszcze w "Zabójczej broni" nie było - bardzo romantyczna melodia, przywodząca na myśl raczej "Mr. Holland's Opus" lub "Circle of Friends". Drugą jest prawdziwy zbiór melodii pod wspólnym tytułem "Babies / End Credits". Jego pierwsza część - "Babies" - całkiem sympatycznie nawiązuje do poprzedniego utworu, a wrzask dzieciaków w tle może się nawet niektórym podobać. Potem dostajemy przyjemne fanfary wieńczące zarówno cały film, jak i całą serię, oraz dwie piosenki z napisów końcowych: rytmiczne "Why Can't We Be Friends" zespołu War oraz słynny "Pilgrim" Claptona. Z oczywistych powodów te dwie piosenki mają najlepszą jakość na płycie. A obu słucha się po prostu z niekłamaną przyjemnością.

No i przyszedł czas podsumowań. Pozycja ta w kontekście filmu wypada naprawdę bardzo dobrze. Także na tle poprzednich trzech części broni się, stanowiąc prawdziwie zabójczą mieszankę świetnej kontynuacji oraz powiewu świeżości. Kamen nie boi się wprowadzać nowych rozwiązań i eksperymentowania z nimi, i nie rezygnuje jednocześnie z dotychczasowych rozwiązań. I choć chwilami czuć brak elektrycznej gitary lub saksofonu - tak wyeksponowanych przecież na poprzednich ścieżkach - to jednak zostaje nam to bardzo ładnie wynagrodzone. Nie mogę jednak, choćbym nie wiem jak bardzo chciał, wystawić oceny wyższej niż 3 gwiazdki. Wina leży oczywiście po stronie jakości, która skutecznie odstrasza i dla osób postronnych stanowić będzie ścianę nie do przebicia. Mogę jedynie ubolewać nad tym, że ta pozycja nie doczekała się jeszcze wydania oficjalnego (patrz: P.S.). A mija przecież 8 lat... 8 lat! Ale nie! Nie jestem jeszcze na to za stary!! I jeszcze jedno. Pisząc recenzję zwykle słucham konkretnej ścieżki przez cały czas, co trwa niekiedy i kilka dni. Powoduje to, iż taką pozycję można przez to znienawidzić i odstawić na dłuuuugi czas albo polubić i "przybliżyć" się do niej jeszcze bardziej. Przy okazji opisu serii "Lethal Weapon" nastąpiła ta druga reakcja, co moim zdaniem tylko potwierdza jakość tych ścieżek.

P.S. Istnieje też płyta oficjalna, choć jest to niesamowita pomyłka, gdyż zamiast partytury by trio Kamen-Sanborn-Clapton dostajemy przekrój przez piosenki z poprzednich części (oraz z piosenką Claptona "Pilgrim"), a do tego są to covery. Nie tłumaczy tego nawet tytuł płyty: "Music Inspired By Lethal Weapon Motion Pictures". Okładki nie zamieszczam, ponieważ po internecie krąży tylko jej koszmarna jakość. Natomiast okładka powyżej to oczywiście twór domowej roboty...

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI