CINEMA PARADISO

MUZYKA: Ennio Morricone
ROK PRODUKCJI: 1988
WYTWÓRNIA: DRG Records / Epic Records
CZAS TRWANIA: 37:52 min.


01. CINEMA PARADISO
02. MATURITY
03. WHILE THINKING ABOUT HER AGAIN
04. CHILDHOOD AND MANHOOD
05. CINEMA ON FIRE
06. LOVE THEME
07. AFTER THE DWSTRUCTION
08. FIRST YOUTH
09. LOVE THEM FOR NATA
10. VISIT TO THE CINEMA
11. FOUR INTERLUDES
12. RUNAWAY, SEARCH AND RETURN
13. PROJECTION FOR TWO
14. FROM AMERICAM SEX APPEAL TO THE FIRST FELLINI
15. TOTO AND ALFREDO
16. FOR ELENA



Muzyka tworzona do filmów rządzi się swoimi własnymi prawami; jest inna niż reszta tego, czego obecnie słuchamy, obowiązują w niej inne mody, inne standardy. Różni się także od muzyki klasycznej, choć opiera się na podobnym do niej założeniu: przekazaniu piękna, za pomocą świata dźwięków, zilustrowania obrazu, opisaniu wrażeń, poparcia uczuć. I tak, jak inne rodzaje muzyki może zainspirować, skłonić do refleksji lub wielkich emocji. Jej przewaga natomiast polega na połączeniu z obrazem, z celuloidową chwilą magii, która ją unieśmiertelnia. Osobiście zawsze najbardziej lubiłem dynamiczne ścieżki dźwiękowe, pełne 'powera', ostrego brzmienia i tempa - jednym słowem muzyczne 'akcyjniaki'. Ale są kompozycje, które pomimo spokojniejszej tonacji przekazują o wiele więcej. Jedną z nich jest oprawa muzyczna stworzona przez Ennio Morricone do włoskiego dzieła "Nuovo Cinema Paradiso".

Muzyka napisana przez Włocha jest z braku lepszego określenia cudowna. To przebłysk geniuszu, który wykracza poza ramy zwyczajowego zachwytu nad dobrą ścieżką filmową; to kilkadziesiąt minut magii zawartej na zawsze w ramach stworzonej przez Ennio partytury. Dostępnej dla każdego, tak jak i sam film. Opowiada on m.in. o dojrzewaniu i przyjaźni, ale przede wszystkim o miłości do kina, o uwielbieniu dla celuloidowej magii, która nieodmiennie fascynuje, wzrusza i przeraża od ponad wieku. A kompozycje Morricone wspaniale to podkreślają, co więcej, nadają tej opowieści wyrazu i czarodziejskiej, bajkowej wręcz nuty oraz powiewu świeżości. Dzięki temu dla każdego mogą się one kojarzyć z czym innym, a jednocześnie zawsze w jakimś stopniu prowadzą do tego samego. Nie ma w nich ani jednej fałszywej nuty, ani jednego zawahania, przystanku czy niepotrzebnego kombinowania. Wszystkie poszczególne motywy zdają się płynąć, jak spokojna, pełna tajemnic rzeka, która zaprasza i zachęca, a po wejściu do niej porywa delikatnym nurtem, by ukazać ukryte piękno. Dlatego też nie widzę jakiejkolwiek możliwości, aby to rozdzielać, porównywać, analizować, rozkładać na części składowe - takie działania zniszczyłyby jedynie urok tej kompozycji, jej czar i wymowność; jako całość, partytura ta ma dziesięciokrotnie większą siłę wyrazu, niż jako suma poszczególnych motywów.

Niemniej, dzieło włoskiego kompozytora nie jest jedną tylko melodią, powtarzaną w kółko w zmienionych aranżacjach. Oprócz pięknych, lirycznych motywów przewodnich zawartych m.in. w "Love Theme for Nata" czy "Childhood and Manhood", mamy również szybsze, bardziej dramatyczne "Cinema on Fire" i "Runaway, Search and Return", a także rozbrajająco optymistyczne "From American Sex Appeal to the First Fellini". I inne. Morricone stworzył muzyczny poemat o idealnych proporcjach i rytmie; spokój i harmonia rządzą całością, ale kiedy trzeba przyspiesza i zmienia środki wyrazu, albo przechodzi w sentymentalne tony. Tak, muzyka z "Nuovo Cinema Paradiso" zawiera w sobie duże pokłady sentymentalizmu, w końcu opisuje opowieść o rzeczy ponadczasowej - o kinie. Jednocześnie, sumując te wszystkie zmiany tonacji, kompozycja Włocha nigdy za bardzo nie odchodzi od wyznaczonej linii melodycznej, od tego czegoś, co sprawia, że tak działa na wyobraźnię. Słuchając tej ścieżki od początku do końca ma się wrażenie, że muzyka dojrzewa wraz z każdym kolejnym utworem, tak jak główny bohater zmienia się w trakcie filmu. Dzięki temu ten album staje się wyjątkową muzyczną podróżą, którą każdy musi przebyć sam.

Aż dziw bierze jak prosto to wszystko wydaje się być rozpisane. Ot, melodyczne, rytmiczne kawałki, czasem pozytywne i optymistyczne, czasem sentymentalne i liryczne, a czasem rwane i dramatyczne - wygrywane w znacznej większości na pianinie i skrzypcach, czasami z pomocą dzwonków, fletu i innych instrumentów. Sentyment za młodością, dojrzewanie, miłość, tęsknota, radość, smutek, nadzieja. To wszystko wyrażone zostało w muzyce Morricone. I kino, przede wszystkim kino - hołd dla niego bez tej muzyki nie miałby takiej siły wyrazu. Kto nie widział samego filmu straci wiele z wymowności tej partytury, bo nie będzie mógł sobie przywołać choćby momentu, w którym Alfredo puszcza film na ścianie budynku czy jedynej w swoim rodzaju sceny - tej, w której Salvatore ogląda posklejany przez Alfredo hołd dla ponadczasowości filmowych pocałunków. Magia wypływająca z tych i innych fragmentów została unieśmiertelniona przez muzykę Morricone, tak że można do niej wracać i na nowo ją przeżywać.

Dwa ostatnie kawałki na płycie - "Toto and Alfredo" i "For Elena" - wspaniale podsumowują całą kompozycję i zamykają całość muzyczną klamrą, tak jak opisywane przez nie końcowe sceny idealnie zamykają sam film. Powtarzają wcześniej znane motywy, ale symbolizują coś więcej, jako że, jak wspomniałem wcześniej, ta partytura dojrzewa z każdą kolejną minutą jej słuchania. Słuchając tych dwóch motywów odżywają we mnie emocje i wzruszenie, które zawsze czuję, kiedy to magiczne zakończenie tego magicznego filmu oglądam. I myślę, że to nie jest odosobniona opinia.

I nie mogę się powstrzymać od, możliwe, dosyć kontrowersyjnego porównania: muzyka do "Nuovo Cinema Paradiso" jest poezją dla uszu, tak jak zapachy były poezją dla nosa Jana Baptysty Grenouille'a z "Pachnidła" Suskinda. Tak samo można dzięki niej tworzyć własne kompozycje na podstawie tego, co się ma w sobie. Tak samo jak Jean Baptiste czuł swoim nosem, tak słuchacz czuje i przeżywa zmysłem słuchu - coś, czego nie można do końca zrozumieć i objąć umysłem, a jednak jego piękno spływa na każdego i każdy może mieć je tylko dla siebie. Zaryzykuję kolejne kontrowersyjne stwierdzenie - poprzez dzieło włoskiego mistrza czuje się królestwo muzyki, które każdy ma w sobie.

Padło tu wiele pięknych i patetycznych słów, kontrowersyjnych stwierdzeń i argumentów, lecz nic z tego, co zostało wyżej napisane nie zostało rzucone na wiatr. Nazwijcie mnie głupim, sentymentalnym romantykiem, ale to, co stworzył Ennio Morricone jest wielkie i bije przed nim pokłony za to, że potrafił przelać w tą kompozycję tyle uczucia i emocji; tyle radości i smutku; tyle witalności, inspiracji i chęci życia, a zarazem codzienności, którą każdy może schwytać i przerobić w swoim własnym świecie oraz pokory przed czymś czego nie da się ogarnąć umysłem. Muzyczny geniusz.

Wprawdzie muzyka ta jest nierozerwalnie złączona z obrazem i tak przede wszystkim powinno się ją kojarzyć i wspominać, bo razem stanowią kompletną całość, lecz przypuszczam, że słuchane bez znajomości celuloidowego wsparcia dzieło Morricone również będzie potrafiło przekazać zawartą w sobie magię oraz przekonać do siebie niejednego zatwardziałego realistę i cynika. Muzyka chwytająca za serducho, ot tak, po prostu, bez żadnych podtekstów i kruczków.

Istnieją jeszcze inne wersje tej ścieżki dźwiękowej, innych wytwórni i z dodatkowymi utworami. Poniżej kilka przykładowych okładek.


    

    

Ocena:
Autor recenzji: Dariusz Kuźma - BEOWULF
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI