BAD BOYS - SCORE

MUZYKA: Mark Mancina
ROK PRODUKCJI: 1995 / 2007
WYTWÓRNIA: La-La Land Records
CZAS TRWANIA: 70:25 min.


01. PROLOGUE - THE CAR JACKING
02. BAD BOYS - MAIN TITLE / HEIST (with Nick Glennie-Smith)
03. FUNKY BROTHERS TO PD
04. AIR CONDITIONING INSPECTION (with Nick Glennie-Smith)
05. JOJO, WHAT YOU KNOW?
06. DEAD GUY
07. HE'S THE PERSON I'D CALL (with Nick Glennie-Smith)
08. KILLING MAX
09. THE BOYS FIND MAX
10. INTO LOIS' APARTMENT
11. ESCAPE FROM JULIE'S
12. YOU'RE GOING TO LEAVE ME ALONE?
13. DON'T HONEY ME BABY!
14. MY BOLOGNA HAS A FIRST NAME? (with Nick Glennie-Smith)
15. JULIE'S GOT A GUN
16. ESCAPE FROM CLUB HELL / ETHER CHASE
      (with Nick Glennie-Smith)
17. WE DON'T WANT TO LOSE YOU
18. I MEAN LIKE FUNNY
19. INTERROGATION
20. STAKE OUT
21. TAILING LAB TECH / BLOWN COVER
22. BUSTED (with Nick Glennie-Smith)
23. FOOTCHASE
24. POUCHET CALLING (with Nick Glennie-Smith)
25. HANGER SHOOTOUT (with Nick Glennie-Smith)
26. COBRA CHASE / POUCHET'S DEATH
27. BAD BOYS: MAIN TITLE (EDITED FILM VERSION - BONUS TRACK)



"Bad Boys" - choć filmów o tym tytule znajdziemy w wyszukiwarce przynajmniej kilka, to jednak te dwa słowa kojarzą się głównie z jednym. Mowa rzecz jasna o debiucie kinowym Michaela Baya. Świetnym, luzackim filmie akcji, który zmienił, tudzież wprowadził na nowe tory (nie tylko amerykańskie) kino gatunku, a przy tym stanowił przepustkę do gwiazdorstwa dla Willa Smitha i, w mniejszym stopniu, Martina Lawrence'a. Pozycja kultowa bez dwóch zdań, a dla wielu także najlepsze, co wyszło spod ręki przyszłego Transforeżysera. No i przy okazji jedna z tych pozycji, która mimo świetnej i równie przebojowej ilustracji, przez lata reprezentowana była jedynie piosenkową składanką. Na szczęście to udana pozycja - po szczegóły zapraszam jednak do osobnej, wiszącej już od jakiegoś czasu na stronie recenzji.

Natomiast score to już zupełnie inna para mokasynów. Jak pisałem na wstępie, przez lata był on towarem deficytowym - choć, o ironio!, wszystko wskazuje na to, iż dalej będzie. Wydany w 2007 r. album La-La Land miał bowiem limit jedynie trzech tysięcy egzemplarzy i już dawno został wyprzedany, więc dziś można już tylko szukać szczęścia na internetowych aukcjach. Wcześniej z kolei po sieci krążył bootleg marki Concorde (23 utwory i 66 minut, choć wraz z upływem czasu dołączały doń kolejne edycje - mniej lub bardziej pełne). I choć ten drugi z oczywistych względów stanowi dla wielu lepszy punkt zaczepienia i jest im emocjonalnie bliższy, to jednak dla każdego szanującego się melomana i kolekcjonera znacznie bardziej łakomy kąsek stanowi wydanie Lali. I to nim się zajmę.

Krystalicznie czysty dźwięk, odpowiedni artwork (czyli książeczka i te sprawy), jak i właściwie cała muzyka powstała do filmu - to bez wątpienia atuty, które przemawiają za tym, iż warto było jednak czekać te 12 lat, by móc po ludzku nabyć obiekt dawnych, młodzieńczych westchnień (lub też nagłych uniesień wieku średniego). Jeśli chodzi o technikalia, to płytka od La-La Land jest jedynym słusznym wyborem, co do którego nie ma chyba sensu nikogo przekonywać. Odrobinę gorzej ma się sprawa z zawartością, choć nie ukrywam, że nawet w (niespełna) 20 lat później score Manciny wciąż się broni, brzmiąc nad wyraz świeżo i pomysłowo - czego nie da się powiedzieć o wielu dzisiejszych partyturach.

Całość oczywiście akcją stoi - a ta, począwszy od w/w tematu przewodniego, który rzecz jasna nie raz przewija się w różnych aranżacjach przez całą płytę, aż po wybuchowy finał w postaci długaśnego "Hanger Shootout" i jego partnera "Cobra Chase / Pouchet's Death", nie zwalnia ani na moment, oferując słuchaczowi sporą dawkę muzycznej adrenaliny, jak i kilka nowych dźwięków do auta/biegania, na siłkę i/lub rower. Jednym z nich z pewnością będzie początkowe "Main Title / Heist", które scenie włamania do policyjnego komisariatu dodaje mniej więcej tyle samo powera i klimatu, co "Hummell Gets the Rockets" scenie przejęcia wojskowej bazy w późniejszej o prawie dwa lata "Twierdzy" - stylistycznie i emocjonalnie to zresztą bardzo podobne do siebie ścieżki, choć ta pierwsza nie doczekała się aż takiego kultu poprzedzonego ogromną popularnością, co wiąże się jednak z nieco mniejszą estetyką i siłą oddziaływania na słuchacza. Innymi ważnymi punktami płyty są na tym polu także rewelacyjne oprawy do scen filmowych pogoni, a więc "Escape from Club Hell / Ether Chase" i "Footchase" (oraz w mniejszym stopniu "Escape from Julie's"), które chyba najfajniej ze wszystkich tu obecnych ścieżek wykorzystują temat przewodni, odpowiednio dopasowując go pod pędzącą na złamanie karku akcję. Czysty fun i tyle!

Niestety, cała reszta krążka, mimo sporej dawki niczym nieskrępowanego luzu, jaki bije od niemal każdej nuty, wydaje się być jedynie lichym dodatkiem do muzyki akcji - niezbyt angażującym i niezbyt wyszukanym wypełniaczem, który w uszy co prawda nie kłuje, ale też i nie pozostaje w nich po odsłuchu. Nie pomaga w tym zresztą montaż płyty, która serwuje nam kolejne tematy jakby żywcem wyjęte z obrazu, a więc często w formie kilkunastosekundowych przerywników, które razem tworzą jedynie sympatyczny zbiór dzwonków na komórkę, ale nic ponadto. Trochę szkoda, gdyż niektóre z nich są wyraźnie fajniejsze od reszty (np. "Funky Brothers to PD") i aż się czasem prosi o lepszą eksponację, ale z drugiej strony taka też ich natura, a i trudno zrobić coś z niczego. Niemniej gros tych ścieżek to niepotrzebne rozdrabnianie się, które wcale nie ułatwia obcowania z CD. Reszta niedobitków, choć z długością problemów nie ma, stanowi już raczej zwykły underscore ("Dead Guy", część "Killing Max"), mancinowski mickey-mousing opisujący konkretne żarty ("I Mean Like Funny") i/lub niewielką porcję okazjonalnej liryki ("The Boys Find Max"), która ani nie wadzi, ani nie ujmuje - po prostu jest.

Pomijając jednak fakt, iż płytę spokojnie i bez żalu można by okroić z tych 10-20 minut lichego i niewiele oferującego materiału, to cały album, ergo partytura Manciny, wciąż stanowi świetny i, co ważniejsze, jakże lotny przykład emocjonującej i zgrabnej muzyki akcji, nadal pozostającej jedną z ciekawszych i przyjemniejszych pozycji, nie tylko w dorobku danego kompozytora. Ot, lajtowa, cool muzyczka z prądem, którą spokojnie można polecić - choć może nie każdemu się ona spodoba...

P.S. Na kolekcjonerskim wydaniu DVD z filmem można znaleźć pełny, wyizolowany score.

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI

Podziel się