1941

MUZYKA: John Williams
ROK PRODUKCJI: 1979 / 1990 / 1997
WYTWÓRNIA: Arista Records / Alhambra / Varese Sarabande
CZAS TRWANIA: 38:01 min.


1. THE MARCH FROM 1941
2. THE INVASION
3. THE SENTRIES
4. RIOT AT THE U.S.O.
5. TO HOLLYWOOD AND GLORY
6. SWING, SWING, SWING
7. THE BATTLE OF HOLLYWOOD
8. THE FERRIS WHEEL SEQUENCE
9. THE FINALE



Wszyscy znamy ten marsz - charakterystyczną melodię z werblami odgrywaną przez niemal całą klasyczną orkiestrę. Podejrzewam, że większość także ją lubi, bądź ma do niej sentymentalne podejście. I nie ma się czemu dziwić, bowiem Williams stworzył tu jeden ze swoich najznakomitszych i najłatwiej rozpoznawalnych tematów, który nie opuścił bodaj żadnej składanki z twórczością tego kompozytora i wymieniany jest w tym samym rzędzie, co motyw przewodni z trylogii o przygodach Indiany Jonesa czy ze "Szczęk". Przyjrzyjmy się zatem bliżej tej pozycji. Nawiasem mówiąc cała płyta nie jest długa - trwa niecałe 40 minut, które odpowiada 9 ścieżkom. Taki zabieg stwarza możliwość opisania każdego utworu oddzielnie, co też i uczynię...

1) Jako pierwszy na płycie jest słynny już marsz. Pełny jego tytuł brzmi "The March From 1941". Wszyscy znają jego specyfikę, więc nie ma się tu co rozpisywać. Ja powiem tylko, że na obecnym wydaniu idealnie oczyszczono wszelkie "śmieci" i teraz dźwięk jest niemal krystalicznie czysty, przez co z łatwością można usłyszeć, że te charakterystyczne tąpnięcia to tak naprawdę imitacja armatnich wystrzałów, co nie było tak dobrze słyszalne na poprzednich wydaniach (przynajmniej dla mnie). Sam utwór trwa natomiast 4 minuty i stanowi esencję płyty. Zresztą będzie on jeszcze wielokrotnie słyszalny podczas odsłuchu ścieżki dźwiękowej...

2) "The Invasion" to tytuł następnej ścieżki. Jest to najdłuższa pozycja na płycie, trwa nieco ponad 8 minut. Filmowo odpowiada ona oczywiście wszelkim działaniom Japończyków, a także wszelkim fajtłapowatym poczynaniom Amerykanów, prowadzących jednoznacznie do tytułowej inwazji. W tym utworze możemy usłyszeć niemal każdą sztuczkę, jaką zastosował Williams. Począwszy od wszelkiej modyfikacji i zabawy tematem przewodnim, poprzez tajemnicze werble dodające odrobinę pikanterii, a na nieco starwarsowej końcówce skończywszy (chodzi o absolutnie sam koniec tego utworu). Zaczyna się, jak już wspomniałem, od tajemniczych werbli, które brzmią typowo dla filmu wojennego. Potem nieco sielska melodia, miła dla ucha, która w dalszej fazie przeradza się nawet w zalążek motywu miłosnego. Po drodze mamy również orientalne nawiązania oraz nieco napięcia poprzez załamywanie melodii, jak w późniejszej trylogii "Indiana Jones" czy choćby przez wprowadzony nastrój zagrożenia, jak w "Jaws". Ogółem - niezła jazda po większości tematów z filmu.

3) "The Sentries" to z kolei już zabawna melodia. Ponownie mamy tu obecny wszechobecny nastrój zagrożenia i rychłej inwazji, jednak tutaj Williams już doskonale wpisuje się w konwencję filmu, przez co po prostu nie można brać tego zupełnie poważnie. Utwór podzielony jest na dwie zasadnicze części: tajemniczą i wesołą/przygodową i uwagę zwraca właśnie ta druga. Mnie osobiście bardzo tknęła melodia trwająca od ok. 2:30, która przywodzi na myśl późniejszego "E.T.". Naprawdę kapitalny kawałek się robi pod koniec. Całość trwa 3 i pół minuty, filmowo odpowiada właściwie kilku wydarzeniom, natomiast jako jedna z niewielu nie czerpie z tematu głównego.

4) "Riot At The U.S.O." - ten tytuł mówi sam za siebie. Zabawa konwencjami trwa. To właśnie w tym utworze pojawia się niesamowity motyw gonitwy - coś wspaniałego. Całość niestety bardzo krótka, bo tylko nieco ponad minutę. Zabawa natomiast przednia, tym bardziej jeśli ktoś pamięta film.

5) Na początku "To Hollywood And Glory" pojawia się ten lekki fragment z "The Sentries" (jestem pewien, że Williams korzystał z tego przy "E.T."), a potem mamy całą feerię melodii, opartych oczywiście o temat przewodni. Niemal każda melodia łączy się jakoś bądź kłóci (w pozytywny sposób) z inną. Powstaje przez to dość oryginalny fragment. Bardzo fajna robi się ponownie końcówka, gdzie raz jeszcze witają nas wystrzały armatnie.

6) Z kolei "Swing, Swing, Swing" to już zupełnie inna bajka. To jest właśnie ten motyw taneczny z zabawy w mieście, wokół której kręci się kilka filmowych wątków. Słychać tu jazz, swing, trochę mambo i pewnie jeszcze kilka innych rodzajów muzyki się znajdzie. Kolejny świetny, choć w tej formie jedyny taki na płycie, motyw. Cztery minuty czystej rozrywki i zabawy.

7) "The Battle Of Hollywood" to następny fragment adekwatny do tytułu. Otwierają go figlarne, acz pełne wyczekiwania nuty, potem dostajemy fragmencik romantyczny, no a potem zaczyna się... tytułowa bitwa, czyli punkt kulminacyjny filmu. Od razu zaznaczę, że motyw ten trwa ponad 5 i pół minuty, a więc czas odpowiedni to na zawiązanie i rozwinięcie wszystkiego. A powracają tu wszystkie znane do tej pory motywy (oprócz "Swing, Swing, Swing"). Na pierwszy plan wychodzi oczywiście marsz i jego liczne wariacje oraz "Riot At The U.S.O.". Do tego dochodzi jeszcze kilka innych melodii, charakterystycznych tylko dla tegoż utworu. Mamy tu więc sporo melodii iście wojskowych (poza werblami), mamy sporo sekcji dętej i ogółem dzieje się dużo. Dla mnie osobiście aż za dużo, bo choć całości nadal słucha się dobrze, to trochę za wiele tu chaosu w stosunku do reszty kompozycji. Oczywiście Williams panuje nad wszystkim, ale mimo tego pozostaje to najgorszy kawałek na płycie.

8) Przedostatnim fragmentem jest "The Ferris Wheel Sequence". Jest to kolejny króciutki motyw, wykorzystujący z początku melodię lunaparkową, która następnie przechodzi w muzyczne wybuchy i całoorkiestrowe popisy. Całość trwa półtorej minuty i pod sam koniec cichnie, przygotowując grunt pod finał.

9) I właśnie "The Finale" jest utworem końcowym. Jest to drugi najdłuższy fragment, podsumowujący całość. Trwa ponad 6 minut i mamy tu kolejno wszystkie melodie słyszalne w filmie, począwszy od tematu przewodniego, poprzez motyw japoński, a na lunaparkowej muzyczce skończywszy. Właściwie nie ma tu nic nowego - można to porównać do zabiegu zastosowanego w każdych "Gwiezdnych Wojnach" pod sam koniec + napisy końcowe. Mimo to słucha się dobrze.

Tak to wygląda. Mistrzowstwo świata w skali mikro, bo te kilka fragmentów naprawdę chwilami ociera się o geniusz. Ogółem oceniam całość na 4 bardzo mocne gwiazdki. Jest to pozycja obowiązkowa dla fanów Williamsa, filmu i muzyki filmowej. Pozostałych może nieco odstraszyć, ale może i też przyciągnąć. Z pewnością ciekawa i na dobrą sprawę jedyna taka pozycja w dorobku kompozytora. Warto się z nią zapoznać, choć na ekranie wypada mimo wszystko o wiele lepiej.

P.S. Istnieją aż 4 wydania tej pozycji. Oryginalny album wydany przez Arista Records ujrzał światło dzienne w 1979 roku (okładka nieznacznie różniąca się od tej powyżej); wznowienie Alhambra miało miejsce w 1990 roku (okładka poniżej, po lewej), a wydanie Varese Sarabande jest tym opisywanym. Oczywiście najłatwiej zdobyć wydanie Varese, które zastąpiło (w USA) wydanie Bay Cities nieznacznie różniące się tylko okładką (podobnie jak to z wytwórni Arista). Prócz tego istnieje także bootleg (czarno-biała okładka - na dole po prawej) z 1996 roku, zawierający 26 ścieżek i ponad 70 minut filmowej partytury - tym samym oznaczony jest jako "complete score". Natomiast kompletny zapis ścieżki z "1941" można spotkać na kolekcjonerskim wydaniu DVD oraz na laserdiscach z filmem.


    

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI