Dziękujemy pani Marii Oskrobie za darmowe wejściówki na koncert

Dux, Shandor i Alieen przed Filharmonią Narodową
Weekend 23-25 czerwca 2006 roku już dawno zaplanowałem sobie jako wolny. Powodem był koncert muzyki filmowej w Warszawie zorganizowany z okazji stulecia urodzin Zino Davidoffa. Sponsorem została oczywiście firma Davidoff Cafe, a przy podziękowaniach wspomniano również o portalu Soundtracks.pl - co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem (w tym miejscu pozdrowienia dla chłopaków :). Koncert odbył się w niedzielę o godzinie 18:00 w Filharmonii Narodowej, a muzykę wykonywała Filharmonia Narodów (jedna z najlepszych europejskich orkiestr symfonicznych, zaproszona do Polski przez firmę Tchibo), pod batutą Justusa Frantza (więcej informacji we wcześniejszej zapowiedzi koncertu - TUTAJ). Do centrum stolicy pospieszyliśmy zatem małą, średnio-zorganizowaną grupką KMF-ową (ja, Dux i Pati oraz spotkany na miejscu Shandor), ale na koncercie był również obecny nasz stały współpracownik Mefisto, którego jednak nie udało nam się spotkać... Cyknęliśmy sobie fotkę przy wejściu do Filharmonii, co by do relacji jakieś zdjęcie było, po czym udaliśmy się na salę, i wygodnie zasiadając w fotelach, czekaliśmy na trzeci gong sygnalizujący rozpoczęcie koncertu. Jeszcze zanim na scenę wyszła oczekiwana orkiestra, zgromadzonych słowem wstępnym powitała chyba średnio zorientowana w temacie filmowym i okołofilmowym Prowadząca, która wszystko czytała z gustownej, przygotowanej kartki, a liczba jej potknięć była podczas całej imprezy dość spora - no ale wybaczamy ;).

Gdy wreszcie dostałem w swoje ręce program koncertu (rozdawany dopiero w tym dniu, przed rozpoczęciem), spoglądając na pierwszą część byłem mocno zaniepokojony. Może i tytuły poszczególnych filmów wyglądały całkiem obiecująco (choć nie tak, jakbym chciał), ale skutecznie niepokoiło mnie nazwisko Mozarta przy niemal każdym z nich. Jak się wkrótce okazało - wspomniane zaniepokojenie nie było nieuzasadnione... Podczas trwania pierwszej części miałem chwilami wrażenie, że albo jakimś cudem trafiłem na inny koncert niż planowałem, albo organizatorom pomylił się program. Bo jak inaczej nazwać granie fragmentów muzyki klasycznej, które jedynie zostały na siłę (bez ogródek można to tak nazwać) "podpięte" pod dane filmy? 7 utworów, z czego 5 razy Wolfgang Amadeusz Mozart, raz Ludwik van Beethoven i raz duet David Arnold & John Barry. O ile jeszcze muzykę Mozarta z "Amadeusza" można śmiało uznać za muzykę filmową, tak reszta (poza Jamesem Bondem, ale o tym za chwilę) to chyba jakaś pomyłka. Uwertura do opery "Wesele Figara" z "Uciekającej Panny Młodej", rondo z koncertu Es-dur na róg i orkiestrę z "JFK", fragmenty VI Symfonii F-dur "Pastoralnej" op. 68 z disneyowskiej "Fantazji", divertimento na smyczki z "Mission: Impossible" i koncert fortepianowy C-dur (Andante) z "Miłość Elwiry Madigan" - czy te nazwy coś mówią kinomanom i miłośnikom muzyki filmowej? Czy to jest pełnowartościowa muzyka filmowa? Niech Czytelnicy ocenią sami... Bo kto w ogóle kojarzy te utwory (w głównej mierze Mozarta) z wymienionymi filmami? No może pomijając wspomnianego już "Amadeusza" Milosa Formana... I stąd moje wielkie rozczarowanie i niedowierzanie zarówno własnym uszom, jak i programowi Gali. Od razu należy się Wam drodzy Czytelnicy słowo wyjaśnienia - nie zrozumcie mnie źle, ja lubię muzykę klasyczną. Szanuję ją i doceniam, ale gdybym chciał się wybrać na koncert muzyki klasycznej (znanych i cenionych kompozytorów), to raczej nie trafiłbym na imprezę o nazwie Gala Muzyki Filmowej. Tak na dobrą sprawę to tylko jeden utwór w pierwszej części koncertu był prawdziwą muzyką filmową - motyw przewodni z serii o przygodach Jamesa Bonda, konkretnie aranżacja Davida Arnolda z "Jutro Nie Umiera Nigdy" (moim skromnym zdaniem szybsza, lepsza wersja oryginału). Ale i tutaj nie obyło się bez zgrzytów. Po pierwsze - zdecydowanie za krótko! Nie ukrywam, że bondowski motyw przewodni uwielbiam w każdej możliwej aranżacji i mógłbym go słuchać na okrągło, i zupełnie nie podobał mi się fakt, że zagrano zaledwie króciutki fragmencik, zdecydowanie najkrótszy kawałek na całej Gali. Po drugie - w zapowiedzi (i w programie) był też motyw Johna Barry'ego z "Goldfingera", a chyba zupełnie o nim zapomniano! Bo jedynym wyjaśnieniem mogłoby być to, że został wpleciony i połączony z tematem Arnolda, ale jakoś to do mnie nie przemawia. Chciałem usłyszeć osobny utwór - niestety tak się nie stało. Dość potężnie zagrany James Bond rozbudził chyba nieco senną publiczność (wreszcie jakiś kawałek z "powerem") i był przedostatnim utworem w pierwszej części. Na koniec nastąpiło przegrupowanie członków orkiestry i spod sceny tajemniczo wyjechał fortepian. Ostatni fragment muzyki w tej części miał zagrać sam Justus Frantz ("Miłość Elwiry Madigan"), ale jeśli mam być szczery - nie było to nic szczególnego. Cóż - widać i słychać, że dyrygent jest jednak od innych rzeczy ;). Wracając jeszcze do tego "nieszczęsnego" Mozarta, tak mi coś przyszło na myśl... Nie można było dać do programu rewelacyjnego "Requiem", które pojawiło się nie tylko w "Amadeuszu", ale i w prologu drugiej części "X-Men"? Wspaniały kawałek, choć raczej ciężko byłoby go wykonać Filharmonii Narodów, ponieważ nie posiada ona chóru... A właśnie chór jest chyba głównym atutem "Requiem". Ok, czas na kilkunastominutową przerwę... Poczęstunek organizatorów w postaci kawy i mój osobisty zawód tym, co usłyszałem w pierwszej części koncertu. Na szczęście wiedziałem, co zaserwuje orkiestra w części drugiej i miałem wielką nadzieję, że wreszcie coś będzie się działo, i że jednak nie będę żałował swojego przyjazdu do Warszawy...
Prowadząca zapowiada dyrygenta Justusa Frantza
Druga część na szczęście była już tym, co w pełni oddawało nazwę "Gala Muzyki Filmowej". I myślę, że właśnie na to czekała zdecydowana większość publiczności. Wreszcie pełnowartościowa muzyka stworzona do filmów, a pochodząca z takich tytułów jak "Ojciec Chrzestny", "Gwiezdne Wojny", "Pluton", "Mission: Impossible", "Evita", a na deser niesamowity bis, o którym będzie dalej. Zacznijmy od początku - czyli od pierwszego motywu, który został zagrany po przerwie. Temat przewodni z serii "The Godfather" to już niemal klasyka. Słynny motyw Nino Roty orkiestra zagrała bez zarzutu, można było śmiało rozkoszować się piękną melodią, choć mam jedno "ale", a skierowane do jednego z członków orkiestry - mowa konkretnie o akordeoniście, który bezlitośnie i niemiłosiernie przeciągał jedną z nut tej jakże znanej melodii. Nie wiem, czy był to celowy zabieg wspomnianego akordeonisty i celowe zmodyfikowanie tego jednego dźwięku, ale przyznam, że strasznie mi to nie pasowało - tym bardziej, że smyczkowa część orkiestry ów motyw grała bez najmniejszego potknięcia. Jednak pomijając ten mały szkopuł - było bardzo ładnie. Po motywie przewodnim zabrzmiał jeszcze inny utwór słyszalny w filmie, "Cavalleria Rusticana (Intermezzo)" (autorstwa Pietro Mascagni), i choć zagrany równie dobrze, to nie wzbudził już takich emocji - zaznajomieni z filmem z pewnością słabo kojarzą ten kawałek. Po "Ojcu Chrzestnym" przyszedł hit tego wieczoru - dwa utwory z "Gwiezdnych Wojen". Na pierwszy ogień poszedł piękny, liryczny, bezbłędnie zagrany motyw księżniczki Lei, a po nim prawdziwie mocne uderzenie, na które czekałem (i z pewnością nie tylko ja), czyli jeden z najsłynniejszych tematów przewodnich w historii kina, rozpoznawalny bez problemu przez każdego miłośnika muzyki filmowej - John Williams i temat, który otwiera każdą część Gwiezdnej Sagi. Wykonanie Filharmonii Narodów było wręcz perfekcyjne - utwór został zagrany głośno, czysto i dosadnie, chyba każda nuta zgadzała się z williamowskim oryginałem, temat jakby żywcem wyjęty z obrazu w każdym możliwym fragmencie. Po prostu doskonała robota orkiestry, która została nagrodzona największymi brawami i owacjami do tego momentu koncertu, i - nie ma co ukrywać - należało się, bo wszyscy czekali właśnie na coś takiego! Jak się później miało okazać - to nie był koniec "Gwiezdnych Wojen", ale o tym będzie dalej. Po tym pokazie potęgi orkiestry przyszedł czas na wyciszenie i zaserwowanie słuchaczom czegoś spokojniejszego, o wydźwięku niesamowicie dramatycznym. "Adagio For Strings" Samuela Barbera - przyznam, że zawsze chciałem usłyszeć to na żywo. Utwór ten znany jest chyba najbardziej z filmu "Pluton" Olivera Stone'a, choć pojawił się również w kilku innych produkcjach: "Amelia", "Człowiek Słoń" i jeszcze jeden tytuł, który wymieniła Prowadząca, a którego niestety nie pamiętam, ale zapomniała też o innym. "Adagio na smyczki" pojawiło się również w "Szkarłatnej Literze", i choć w innej aranżacji (chóralnej), to jednak jest to wciąż ten sam utwór. Wracając do wykonania orkiestry - znów bez zarzutu. Absolutna cisza na sali w połączeniu z przepiękną, dramatyczną i pełną smutku melodią pozwalała w pełni odczuć geniusz tego utworu (osobiście uważam "Adagio For String" za małe arcydzieło muzyki). I podczas słuchania brakowało mi tylko strzałów i odgłosów wojny w tle, które słyszalne są na ścieżce dźwiękowej z "Platoon" ;). Po tej spokojniejszej przerwie orkiestra słusznie postanowiła - według programu - zaatakować znów czymś głośnym i pełnym tzw. "poweru". Lalo Schifrin i "Mission: Impossible" - i choć nigdy specjalnie nie przepadałem za tym motywem, to jednak fajnie było go usłyszeć na żywo - w dynamicznej, głośnej aranżacji - Filharmonia Narodowa znów się zatrzęsła :). Na koniec planowanego występu w Filharmonii zabrzmiała jeszcze instrumentalna wersja "Don't Cry For Me Argentina" z "Evity" (Andrew Lloyd Webber) - zagrana oczywiście bardzo dobrze, i choć z pewnością sporej liczbie osób brakowało w tym utworze głosu Madonny - i tak słuchało się go bardzo przyjemnie. I to był koniec drugiej części i zarazem całości koncertu. Oczywiście planowany koniec, bo jak wiadomo, na takich imprezach bez bisu obejść się nie może. A raczej mało kto przypuszczał, że w tym przypadku bis będzie najlepszą częścią koncertu i największą atrakcją wieczoru - zresztą nie mogło być inaczej, skoro orkiestra została zmuszona owacjami na stojąco do zagrania czegoś specjalnego...

I tak - po uspokojeniu się widowni i chwili ciszy - zabrzmiało coś, co po prostu mnie osobiście lekko wcisnęło w fotel - "Imperial March" Johna Williamsa! Podobnie jak motyw przewodni z "Gwiezdnych Wojen", ten drugi najbardziej znany temat z całej Sagi został znów zagrany bez najmniejszego potknięcia, jakby grany prosto z williamsowskich nut, a jako, że znam "Marsz Imperialny" niemal na pamięć w każdym calu - tak tutaj usłyszałem dokładnie to, co znajduje się na oficjalnym wydaniu ścieżki dźwiękowej! Potęga, prawdziwa potęga i uczta dla uszu (powiem szczerze, że moim małym marzeniem z cyklu tych "muzycznych" zawsze była chęć posłuchania tego na żywo!), która została nagrodzona zdecydowanie największymi brawami ze wszystkich zagranych utworów. Zresztą po cichu liczyłem, że właśnie ten temat pojawi się podczas końcowego bisu, zatem była to podwójna niespodzianka :). Po "Imperial March" Filharmonia Narodów zmuszona została przez widzów (którzy nie przestawali klaskać na stojąco) do zagrania czegoś jeszcze - zatem odegrała dwa kolejne ładne kawałki. Jeden szybki, skoczny i rytmiczny, który okazał się stety-niestety znowu klasyką - utwór Czajowskiego "Trepak" (Russian Dance) z "Dziadka do Orzechów", który jednak osobiście skojarzyłem z filmem "Kevin Sam w Domu" i kompozycją Johna Williamsa (scena, w której rodzinka w wariackim tempie pakuje się do podróży :) - ale za rażącą pomyłkę (w sensie błędnegp rozpoznania przeze mnie utworu) tego nie uważam, bo kompozycja z "Home Alone" (konkretnie "Holiday Flight") jest bliźniaczo podobna do tego, co stworzył Czajkowski (słychać, że Williams bardzo się na nim wzorował), i choć różnice orkiestralnego wykonania w porównaniu ze ścieżką i filmem były słyszalne, to po prostu byłem pewien, że Filharmonia Narodów pozwoliła sobie na pewną wariację... No i drugi utwór - spokojniejszy i liryczny - i choć nie udało mi się go rozpoznać, to jestem niemal pewien, że już go nie raz słyszałem i że być pochodzi z jakiejś bardzo znanej produkcji... No chyba, że to znów jakaś klasyka była :/. W każdym razie jeśli ktoś z Czytelników niniejszej relacji był obecny na Gali i wie, co to za kawałek - proszę o info i z góry dziękuję :).
Filharmonia Narodów
Podsumowując: jak ostatecznie wypadła Gala Muzyki Filmowej? Jak wspomniałem już na początku - pierwsza część była dla mnie (i zapewne dla wielu, wielu innych) sporym rozczarowaniem, a nawet zniesmaczeniem. Może było to tylko preludium do właściwej, drugiej części? Nie wiem, ale zabieg jest to co najmniej dziwny. I pewnie dlatego program ogłoszono dopiero w dniu koncertu - podejrzewam, że sporo osób po prostu by zrezygnowało po przejrzeniu listy utworów. Gdyby pierwsza część była taka, jak druga - całość uznałbym za imprezę znakomitą i za koncert niezwykle udany. A tak pozostał spory niedosyt, na szczęście jednak rozczarowanie po pierwszej połowie zrekompensowała połowa druga i najlepsze z całości bisy. Osoby, które przyszły/przyjechały na Galę chciały właśnie takiej muzyki - stricte filmowej, skomponowanej specjalnie na potrzeby filmów, tematów znanych i lubianych, potężnych, skocznych i niezwykle łatwo wpadających w ucho. Obecni na koncercie mogli porównać brawa, jakie pojawiały się po utworach Mozarta, a ogrom oklasków, jaki pojawił się np. po temacie z "Gwiezdnych Wojen" (zresztą nie ma wątpliwości, że to był wieczór "Star Wars" :). Tak więc ostatecznie koncert wypadł całkiem udanie, ale mogło być lepiej, znacznie lepiej. Panowie organizatorzy - przy następnej tego typu imprezie życzę zdecydowanie lepszego doboru filmów i utworów, bardziej z głową i pomysłem. Nie wciskajcie na siłę muzyki klasycznej do całego programu, podpinając ją pod rzekomo muzykę filmową - bo nijak to się ma do wydźwięku koncertu. Całość powinna składać się z tego, co zaserwowaliście w drugiej części. I założę się o wszystko, że nie jestem osamotniony w tym twierdzeniu.

Werdykt już absolutnie ostateczny - było nieźle, końcówka zostawiła po koncercie dobre wrażenie, a z sali koncertowej wyszedłem zdecydowanie bardziej zadowolony niż 3,5 roku temu, gdy opuszczałem Filharmonię Śląską. Tamten koncert mimo, iż zdecydowanie bardziej (a właściwie w całości) trzymał się tematu muzyki filmowej, to jednak Krzesimir Dębski na koniec mocno przesadził z "komedią" i pozostało nieprzyjemne wrażenie. Podczas Gali w Warszawie na szczęście było zupełnie na odwrót - choć początek słaby, tak rozwinięcie i końcówka już wysokich lotów. Mimo wszystko warto było pojechać i posłuchać, a ze swojej strony zachęcam do uczestniczenia w koncertach muzyki filmowej - za wiele ich w Polsce nie ma, chociaż i tak pod tym względem ostatnio jest coraz lepiej. Osobiście uwielbiam patrzeć na orkiestrę w akcji - współgranie ze sobą poszczególnych instrumentów zawsze robi na mnie wrażenie, podobnie jak zsynchronizowane ze sobą sekcje (szczególnie smyczkowe) czy niesamowita precyzja członków orkiestry. No i czystość dźwięku, niczym nie zagłuszana, oraz wyrazistość nawet bez dodatkowego nagłośnienia. W połączeniu ze znanymi i lubianymi motywami filmowymi tworzy to prawdziwą magię.

CZĘŚĆ I
  • AMADEUS  Uwertura do opery Don Giovanni (Wolfgang Amadeusz Mozart)
  • UCIEKAJĄCA PANNA MŁODA  Uwertura do opery "Wesele Figara" (Wolfgang Amadeusz Mozart)
  • JFK  Rondo z koncertu Es-dur na róg i orkiestrę (Wolfgang Amadeusz Mozart)
  • FANTAZJA  Fragmenty VI Symfonii F-dur "Pastoralnej" op. 68 (Ludwik van Beethoven)
  • MISSION: IMPOSSIBLE  Divertimento na smyczki (Wolfgang Amadeusz Mozart)
  • JAMES BOND  Jutro nie umiera nigdy (David Arnold)
  • JAMES BOND  Goldfinger (John Barry)
  • MIŁOŚĆ ELWIRY MADIGAN  Koncert fortepianowy C-dur (Andante) (Wolfgang Amadeusz Mozart)

    CZĘŚĆ II
  • OJCIEC CHRZESTNY  Motyw przewodni (Nino Rota)
  • OJCIEC CHRZESTNY  Cavalleria rusticana (Intermezzo) (Pietro Mascagni)
  • GWIEZDNE WOJNY  Motyw księżniczki Lei (John Williams)
  • GWIEZDNE WOJNY  Motyw przewodni (John Williams)
  • PLUTON  Adagio na smyczki (Samuel Barber)
  • MISSION: IMPOSSIBLE  Motyw przewodni (Lalo Schifrin)
  • EVITA  Don't cry for me Argentina (Andrew Lloyd Webber)

  • Dux | Nie ukrywam, że Gala Muzyki Filmowej była dla mnie pierwszym spotkaniem z Filharmonią Narodową i wykonaniem muzyki orkiestralnej na żywo. Lubię muzykę klasyczną, lubię też muzykę filmową (bardzo), zatem na koncert czekałem z wielką niecierpliwością. Miałem wszak pierwszy raz w życiu usłyszeć motywy filmowe grane na żywo przez orkiestrę. Nastawiłem się oczywiście na muzykę stricte filmową, czyli znane motywy przewodnie, kompozycje powstałe specjalnie dla zilustrowania pamiętnych scen. Gdy zatem zerknąłem w program, w którego pierwszej części widniały takie "powszechnie znane i kojarzone z danym filmem utwory" jak uwertura do opery "Wesele Figara" z "Uciekającej panny młodej", divertimento na smyczki z "Mission: Impossible" (ze sceny balu) czy rondo z koncertu Es-dur na róg i orkiestrę z "JFK", zacząłem się zastanawiać nad stanem mojej wiedzy filmowej, bo ani przed, ani po wysłuchaniu na koncercie wyżej wspomnianych utworów, zupełnie nie mogłem skojarzyć ich z żadnymi konkretnymi scenami. W ogóle jakim zaczarowanym cudem na poważnym koncercie w Filharmonii, znalazł się tytuł "Uciekająca panna młoda"?! Dobrze, że w repertuarze nie zdecydowano się umieścić takich klasyków jak "American Pie" albo "Moje wielkie greckie wesele", bo do tego było już chyba niedaleko. Owszem, wszystkie utwory poważne zagrane przez Orkiestrę w części pierwszej, to muzyka piękna, wzruszająca i po prostu klasyczna, ale... Ale organizatorzy dorobili trochę ideologię do sytuacji. Żeby tylko upchnąć jak najwięcej Mozarta czy Beethovena, wyszukali filmy i sceny, które nie są zbyt dobrze zakorzenione w świadomości widzów, za to zilustrowane muzyką klasyczną. Jakbym szedł na koncert muzyki klasycznej, nastawiałbym się na takową i wszystko byłoby OK. Ale nastawiłem się na muzykę filmową, znaną, doskonale kojarzoną. To trochę tak, jakbym szedł do kina na rozrywkowy, lekki film przygodowy, a okazałoby się, że zamiast "X-Men 3" puszczono mi "Listę Schindlera". Obydwa to znakomite filmy, ale od obydwu oczekujemy innego rodzaju emocji, innych doznań. Tak więc reasumując, pierwsza część koncertu nieco mnie znudziła, rozczarowała i po prostu zawiodła moje oczekiwania. Zupełnie inaczej było w części drugiej, gdzie wreszcie orkiestra zaczęła grać prawdziwie filmowe muzyczne kawałki, na czele z "Ojcem chrzestnym" - piękne wykonanie, choć akordeon (o czym pisał już Alieen) przeciągał. Niesamowitym doświadczeniem było za to wysłuchanie na żywo "Adagio For Strings" - to doprawdy piękny utwór, jeden z tych, który wyraźnie zaznaczył swoją obecność w filmach, szczególnie w "Plutonie", gdzie był swoistym motywem przewodnim. Największym jednak dla mnie przeżyciem był dopiero motyw przewodni ze "Star Wars" - zagrany tak, jakby Orkiestrą dyrygował sam John Williams. Genialna rzecz! Każdy dźwięk, tempo, głośność - wszystko w 100% brzmiało tak samo jak w filmie. A już "Imperial March" z "Imperium kontratakuje" zagrany jako bis, wprawił mnie niemal w filmową ekstazę - kurcze, to naprawdę wspaniałe uczucie móc słuchać na żywo kawałków, które zna się i uwielbia od wielu lat. W pamięci pozostało mi również sympatyczne wykonanie motywu strasznie podobnego do jednego utworu z "Home Alone" - również jako bis. Ogólnie zatem 1:1, czyli koncertem jestem w połowie zawiedziony i nieco znudzony, a w połowie usatysfakcjonowany i zachwycony. No dobra, jestem bardziej zachwycony niż zawiedziony, a jakby pierwsza część została pomyślana tak samo jak druga, to byłbym wniebowzięty i cały zadowolony ;).

    Shandor | Trudno o mocniejszy początek - uwertura do "Don Giovanniego" mieni się nastrojami, zaś widzom "Amadeusza" momentalnie stają przed oczami pełne przepychu dekoracje z filmu Milosa Formana, gdzieś z tyłu głowy rozbrzmiewa chichot Toma Hulce w tytułowej roli... Potem napięcie jakby nieco opadło. Można było mieć zastrzeżenia do dramaturgii - po krótkim, lecz porywająco wykonanym motywie "bondowskim" nastąpiła przerwa, podczas której na scenie instalowano fortepian, za którym zasiadł dyrygent Justus Frantz, aby ze swoją orkiestrą odegrać "Koncert fortepianowy C-dur" Mozarta. Zarówno dość blade wykonanie utworu, jak i długa przerwa między utworami rozbiły nieco nastrój. Drugą część koncertu stanowił prawdziwy koncert życzeń - były utwory znane i lubiane (królowały "Gwiezdne wojny" i "Ojciec chrzestny"). Żal wprawdzie, że wykonawcy nie wpletli do programu kilku mniej oczywistych motywów filmowych, jednakże wyraźna radość z gry, jak również bardzo dobre aranżacje sprawiły, iż słuchało się tego przednio.

    Mefisto | Druga część koncertu, i przede wszystkim bisy, przyćmiły pierwszą część sprawiając, że całość wypadła znośnie i ogólnie nie żałuję swojej obecności na koncercie. Wprawdzie okazał się to wieczór przede wszystkim "Star Wars", ale wykonany perfecto pod tym względem. Niestety drobne, acz dokuczliwe wpadki organizatorów, beznadziejny program i przede wszystkim brak rozróżnienia pomiędzy muzyką filmową, a tą w filmach jedynie użytych sprawiły, że niesmak pozostał. Tym bardziej przy tak ogromnej maszynie promocyjnej i wabikach, które wyraźnie mówiły, że będziemy mogli usłyszeć muzykę m.in. z "Indiana Jones", "Jaws" i innych filmów. Było nieźle, chwilami naprawdę dobrze, ale muzyka filmowa jest tak bogata, tak rozległa, że ograniczanie jej tylko do Williamsa i paru najbardziej znanych motywów przewodnich oraz mieszanie tego z Mozartem to błąd. Błąd tym większy, że nie ma takich koncertów za wiele na polskim podwórku. Błąd tym większy, że nie obrazuje prawdziwych możliwości tych utalentowanych ludzi, którzy swobodnie mogliby pokazać swój kunszt na wielu innych znanych i mniej znanych, ale zawsze znakomitych fragmentach partytur...
  • Przeczytaj pełną relację autorstwa Mefisto na stronie www.muzykafilmowa.pl

    e-mail
    Autor relacji: Adam Łudzeń - ALIEEN

  • POWRÓT DO WYBORU
    STRONA GŁÓWNA "MUZYKI"