Kiedyś świat był prostszy. Artyści, czy też dostarczyciele rozrywki, znali swoje miejsce w szeregu. Aktorzy wiedzieli co do nich należy: grali, czy to w kinie, czy teatrze; wokaliści, grupy muzyczne, instrumentaliści, zespoły wokalno-instrumentalne (czasy PRL-u), grajkowie, cymbaliści również robili swoje - umilali czas odbiorców swoją muzyką. Ale przyszedł taki moment, że coś się pomieszało. A raczej komuś się pomieszało. Koniec ubiegłego wieku poczynił prawdopodobnie nieodwracalne zmiany w mózgach wyżej wspominanych, bo nagle spora ich część stała się niczym artyści z epoki oświecenia - wszechstronność stała się standardem. Debiutujący aktor nagrywa płytę, zaraz przypomina mu się, że można też swoim nazwiskiem firmować kolekcję ciuchów, a przy okazji wynaleźć jakiś zmyślny zapach. Żeby tylko. Niektórzy biorą się za pisanie wspomnień, powieści, książek dla dzieci. Oczywiście nie muszę nikomu uświadamiać, jaki jest cel takich działań. Cel jest jeden jedyny - finansowo-reklamowy. I jak to bywa z takimi tendencjami, nic nie wskazuje na to, żeby miało się coś zmienić. Wręcz przeciwnie, nasila się to w zastraszającym tempie. Tu już nie ma miejsca na sztukę, przyzwoitość i oddanie swojej profesji. Tu chodzi o nazwisko i nabicie kabzy. Tu zaczynają funkcjonować takie wyrażenia, jak biznes i rynek. I żeby choć przekładało się to na możliwą do zaakceptowania jakość rzemiosła... Prym w tego rodzaju działaniach wiedzie szeroko pojęta grupa indywiduów muzycznych, próbujących usprawiedliwiać swoją decyzję grania (choć bardziej pasuje tu słowo "występowania") w filmach "sprawdzaniem się". Liderami w takich samobójczych aktach ekspresji artystycznej są wszelkiej maści hiphopowcy/ raperzy. Kilku wypada wymienić: Ice Cube, Ice-T, Eminem, 50 Cent, Ja Rule, Snoop Dogg, Kurupt, Xzibit. Na dużym ekranie swych sił próbowały również Mariah Carey, Whitney Houston, Britney Spears i Madonna. Z panów dostrzec można Justina Timberlake'a, Michaela Jacksona, Roba Zombie, Elvisa Presleya, Franka Sinatrę, Jona Bon Jovi, Davida Bowie, Micka Jaggera, czy też Stinga. Owszem, w zalewie tandety zdarzają się wyjątki i ciekawe role, niemniej profil strony KMF obliguje mnie do zajęcia się w pierwszej kolejności jednostkami niejako wywodzącymi się z obszaru X muzy, a jak będą chęci i ewentualni czytelnicy, to i na muzykantów przyjdzie czas.
W każdym razie działalność na polu aktorskim kilku przedstawicielom tej profesji nie wystarczyła i odskocznią dla nich stała się aktywność muzyczna. Niestety nie zawsze ilość przechodzi w jakość i tworzenie na dwóch frontach nie zawsze przynosi sukcesy. Finałem tego jest znikoma ilość aktorów, którzy radzą sobie przyzwoicie na rynku muzycznym. Bo czy kojarzycie kogoś, kto znany byłby z tych dwóch zajęć? Jedna Jennifer Lopez wiosny nie czyni... Poniżej chciałbym przedstawić kilka dość interesujących przypadków podejmowania prób (nierzadko desperackich) zawojowania list przebojów.

Na dobre rozpoczęło się to w połowie lat 80. XX wieku, dekadzie, w której wszystko stanęło do góry nogami, a kicz osiągał zupełnie nową jakość. Idealnie w ten czas wpasował się ze swoją debiutancką płytą Don Johnson - bożyszcze niewiast, człowiek w białych mokasynach i prekursor mody na sportowe marynary. Jego album "Heartbeat" z 1987 roku był ekstraktem z popu tamtych lat, czyli plastikową produkcją, romantycznym zawodzeniem i miłosnym grafomaństwem. Płyta byłem sporym sukcesem z tytułowym hitem na listach przebojów. Idąc za ciosem, Don nagrał jeszcze jedną płytę, sparował się z Barbrą Streisand i... zakończył karierę muzyczną (jak i filmową). Trochę dłużej o swym talencie wokalnym próbował przekonać ludzkość Eddie Murphy. Po ogromnym sukcesie "Gliniarza z Beverly Hills" z 1984 roku, ciężko pracował w studio nad longplayem "How Could It Be", z którego wykroił się popularny singiel "Party All The Time" (całkiem niedawno przerobiony przez jakąś bliżej nieokreśloną formację dyskotekową). Dalej już była równia pochyła - dwie kolejne płyty, nie wiadomo która gorsza. Nie pomógł nawet Michael Jackson na singlu "Whatzupwitu". Kolejnym, który próbował zdyskontować niespodziewany sukces był sam Bruce Willis, który niemal na poczekaniu wymyślił swoje alter ego - niejakiego Bruna i nagrał płytę "The Return Of Bruno", gatunkowo przypisaną bluesowi w jego lżejszej odmianie. Bruce starał się jak mógł, grał na harmonijce i, być może - jak sam twierdził - zrobił to dla zabawy, niemniej słuchaczom tej zabawy nie zapewnił. Drugie podejście nastąpiło dwa lata później albumem "If It Don't Kill You, It Just Makes You Stronger". Kolejnego już nie było... Ci trzej panowie to jednak wybitne jednostki wokalistyki przy przystojniaku Davidzie Hasselhoffie zwanym ostatnio "The Hoff". "Ceniony" za role Michaela Knighta i Mitcha Buchannona, będące kanonem wśród telewizyjnych osobliwości, aktor rozpoczął podbój estrad i półek sklepowych z winylami prawdziwie twardzielskim albumem "Night Rocker" z 1984. Z prawie-afro na głowie, czarną skórą, uwodzicielskim głosem i owłosioną klatą niestety nie oczarował mieszkańców swej ojczyzny, natomiast grono, a raczej rzesze wielbicieli znalazł w Europie Zachodniej, ściślej ujmując w krajach niemieckojęzycznych. Tu mógł doskonalić swe umiejętności i nagrywać kolejne płyty. W 1987 roku pojawiła się "Lovin' Feelings", lecz dopiero przebojowa "Looking For Freedom" u schyłku dekady w pełni oddała bezmiar talentu Davida, będąc jego opus magnum. "Poszukiwacz wolności" nie byłby sobą, gdyby spoczął na laurach; natchniony wciąż nagrywał, ale mimo sukcesów na listach przebojów (w dalszym ciągu tylko w Austrii, Szwajcarii i Niemczech poznali się na nim koneserzy) jakością nie dorównał już swoim wcześniejszym dokonaniom. Kariera muzyczna "The Hoffa" wciąż trwa. Rejestruje melodie regularnie (choćby niedawny duet z Heleną Vondrackovą!), zarówno kolędy, jak i klasyki amerykańskiej muzyki popularnej - album "Sings America", a wśród nich cover "La Isla Bonita" (sic!). Najwyraźniej witalności mu nie brakuje, podobnie jak oddanych niemieckich fanów.

Na nieco mniejsze grono wielbicieli może liczyć... Steven Seagal. Tak, właśnie Seagal. Człowiek o jednym, jedynym wyrazie twarzy do tej pory pochwalić się może dwiema płytami, "Songs From The Crystal Cave" i "Mojo Priest". Oscyluje to wokół szeroko pojętego bluesa. Steven nie dość, że śpiewa, to również sam sobie akompaniuje na gitarze, a czasem nawet zabębni. Multiinstrumentalista, multitalent. Na pierwszej płycie wokalnie wspomógł go sam Stevie Wonder. Co ciekawe, słuchanie tych utworów jest zdecydowanie mniej męczące, niż oglądanie najnowszych produkcji filmowych Stevena i w objęciach Morfeusza można znaleźć się dopiero po piętnastu minutach a nie pięciu, jak w przypadku jego filmów. Żeby nie było tak monopłciowo, wypadałoby dla równowagi wspomnieć o kobietach, bo jak pokazują słupki sprzedaży, radzą one sobie znacznie lepiej od tych twardzieli dużego i małego ekranu. Ikoną zjawiska, które próbuję odrobinę przybliżyć, jest gorąca niczym lawa, zwinna niczym puma i sprytna niczym żbik Jennifer Lopez, kojarzona również z odjechanego pseudo artystycznego J. Lo (czytaj: dżej-lo). Jakby nie patrzeć, słuchać i oglądać, świetnie sobie dała radę w obu profesjach, przynajmniej w obszarze wyników finansowych. Po kilku latach rosnącej gaży za filmy, wydała płytę popowo-dance'ową "On The 6", która odniosła spory sukces na całym świecie (przeboje "If You Had My Love" i "Waiting For Tonight"). Gigantycznym wynikiem 12 milionów na całym świecie zakończyła się sprzedaż drugiego krążka "J. Lo", a kolejne utrzymały wysoki poziom. Jej gwiazda przygasła dopiero z ostatnią płytą (hiszpańskojęzyczną). Cała zasługa w świetnej autopromocji, dobrej produkcji i szczęściu, bo z artyzmem to niewiele ma wspólnego i jakościowo jest porównywalne do zdolności aktorskich Lopezówny. Wypada wspomnieć również o innych dziedzinach, w których zarabia krocie: kolekcja ubrań, bielizny, perfum, butów, reality-show i kucharzenie w restauracji Madres. Aż dziw bierze, że głowy nie ma od tego tak dużej jak... Zresztą nieważne. Podobnie radzi sobie panna Lindsay Lohan, która po serii sukcesów w kinie młodzieżowym, zapragnęła czegoś więcej i zasmakowała w alkoholu, który najwyraźniej zbyt szybko wyeliminował szare komórki, bo niesforna Lindsay postanowiła zostać wokalistką, niekoniecznie z prawdziwego zdarzenia, ale wokalistką. Nastał rok 2004, w którym premierę miał album "Speak". I wystarczyło spojrzeć na okładkę, by się zorientować, jaka będzie jego zawartość. Wiem że pozory mylą, ale nie zawsze i nie w tym przypadku. Kolejny album przyniósł kosmetyczne zmiany, bo i po co zmieniać coś, co się dobrze sprzedaje. Jak potoczą się dalsze losy "wiewióry"? Mam nadzieje, że źle albo bardzo źle i dla dobra społeczności Ziemian przestanie śpiewać. Z młodych gwiazdeczek tylko z kronikarskiego obowiązku wspomnę o Hilary Duff, która dość konsekwentnie podąża ścieżką muzyczną oscylującą wokół słodko-pierdzącego popu (w Stanach Zjednoczonych sprzedającego się jak świeże bułeczki), wygładzonego, wypucowanego i ohydnie słodziutkiego (albumy "Metamorphosis", "Hilary Duff", "Ignition"). Zęby bolą! Została jeszcze sympatyczna Jennifer Love Hewitt, która cierpi z miłości, jest radosna dzięki miłości, płacze z miłości i nawet kocha z miłości (!). Taka kochliwa jest z niej dziewczyna.

Świetne podejście do, jak się okazuje niezwykle trudnej, profesji śpiewu zaprezentował aktor Joe Pesci. Wykorzystał swoją oscarową postać z filmu "My Cousin Vinny", Vincenta LaGuardię Gambiniego i nagrał prze-fuckin'-zabawną płytę, pełną bezpretensjonalnej muzyki, ze spora ilością "fucków" w różnych konfiguracjach słownych, nawiązującą nie tylko do wspominanej komedii, ale i innych pozycji (głównie gangsterskich - obrazuje to choćby teledysk do "Wise Guy") z dorobku aktora. Na "Vincent LaGuardia Gambini Sings Just For You" Joe Pesci nie sili się na sztuczki wokalne, bo takowych nie zna, nie próbuje zamęczać o miłosnych rozterkach, tylko czasem coś wydeklamuje, zarapuje, z pomocą chórków zaśpiewa, czym nie może nie zaskarbić sobie sympatii słuchaczy. Poza "Wise Guy" całkiem sporym hitem był utwór "Yo Cousin Vinny" dostępny w trzech wersjach językowych: angielskiej, włoskiej i hiszpańskiej, a na deser można zaznajomić się z coverem "What A Wonderful World". Zupełnie inną drogę dającą upust fascynacjom muzycznym obrał Woody Allen, który od około 30 lat gra na klarnecie w swojej nowojorskiej kapeli "The Woody Allen New Orleans Jazz Band". "Chłopaki" wydali jak na razie dwie płyty, "The Bunk Project" i "Wild Man Blues". Ta ostatnia to soundtrack do dokumentalnego filmu przybliżającego zespół, jak i tournee, które odbył po Europie w 1996 roku. Sam Allen twierdzi, że jest kiepskim grajkiem, ale koncerty, które band gra w każdy poniedziałek na Manhattanie w hotelu Carlyle (to jest właśnie jeden z powodów, dla których Allen nie pojawia się na ceremoniach wręczania Oscarów) zawsze odbywają się przy komplecie publiczności. Skoro mowa o zespołach, warto zapoznać się z twórczością dwóch panów, którzy niewątpliwie są gwiazdami filmowymi, a muzykę wyraźnie traktują jako hobby. Nie wydają albumów pod własnym nazwiskiem i nie wykorzystali swego nazwiska do promocji marketingowej. Zaczął już w 1991 roku Keanu Reeves grając na basie w formacji Dogstar - ostro, rockowo-grunge'owo, z przytupem. Wraz z dwoma kumplami pogrywali w mniejszych i większych spelunach, by po zarejestrowaniu dwóch albumów, "Our Little Visionary" i "Happy Ending" z powodu braku czasu u Reevesa rozejść się w pokoju po dekadzie rzępolenia. Obecnie od czasu do czasu pojawiają się na koncertach okazjonalnie, a zdarza się im także zagrać w filmach jak choćby w "Emilie Parker" z Naomi Watts. Sama twórczość to nic rewolucyjnego, niemniej na jednym z serwisów zwróciła moją uwagę ciekawa notka odnośnie nazwy kapeli. Otóż pierwotnie band miał nazywać się Small Fecal Matter, a później Big Fucking Shit. Nie ma co - humory dopisywały.

Na słowa uznania zasługuje drugi aktor - Jared Leto, który wraz z bratem Shannonem założył w 1998 roku 30 Second To Mars. Wziął na siebie rolę wokalisty, gitarzysty i autora niemal wszystkich kompozycji. Grupa przywaliła z grubej rury już w przypadku debiutu fonograficznego, decydując się na concept-album, który oscylujący w granicach rocka alternatywnego, przy wszystkich swoich wadach, mógł się podobać. Jednak prawdziwym sukcesem był drugi krążek z 2005 roku, "A Beautiful Lie", który zyskał ponad milion nabywców. Świetny wokal, intrygująca forma i ciekawa kampania promocyjna, w której teledyski odgrywają znaczącą rolę i nie są tylko obrazkami z grającym zespołem, lecz umiejętnie nawiązują do twórczości filmowej ("The Kill" czerpie z "The Shining"). Jak do tej pory to najrówniej rozwijająca się kariera aktora/ muzyka. Całkiem możliwe, że w przyszłości to właśnie muzyka będzie grała w sercu Leto, nie film. Jak mówi stara indiańska prawda: nie tylko faceci grają rocka. Przeszczepiając tę myśl na nasz grunt, warto zwrócić uwagę na trzy panie mające ugruntowaną pozycję w Hollywood. Niepokorna, niegrzeczna i nieposkromiona Juliette Lewis w 2003 roku utworzyła zespół Juliette And The Licks, który mimo krótkiego stażu może pochwalić się dwoma albumami, "You're Speaking My Language" oraz "Four On The Floor", a także jedną EP-ką. Podobnie jak w przypadku kolegi Keanu, dźwięki proponowane przez kapelę nie wnoszą nowej jakości, niemniej słychać, że granie sprawia im ogromną radość i daje upust całej energii, której nie brakuje liderce. Prawdziwym wulkanem okazały się ich występy na żywo (regularna trasa koncertowa + występy na letnich festiwalach) - erupcja tak zwanego pałera i czad. Juliette jest w swoim żywiole, pewnie dlatego też coraz rzadziej pojawia się w filmach. Zaskakujące, że nie poznali się jeszcze na talencie wokalnym panny Lewis Amerykanie, którzy jak na razie zachłyśnięci są ciemnoskórymi panami z łańcuchami na szyjach, w odpicowanych brykach i z nagimi kobiecinami u boku. Ich strata.

Druga z pań najwyraźniej pozazdrościła swemu mężowi Willowi Smithowi, który najpierw parał się pop-rapem, by później przekwalifikować się na aktora. Jada Pinkett-Smith - bo o niej mowa - kilka lat temu skompletowała zespół Wicked Wisdom, by rozpocząć... nu-metalową ofensywę. Trudno uwierzyć, że ta drobna, niepozorna istotka stanęła na czele bandy mięśniaków-twardzieli wygrzewających ostre riffy i łupiących szaleńczo na bębnach. I odnosi się wrażenie, że jednak nie ma takiej wokalnej siły przebicia - zwyczajnie za słaby głos. Jednak to nie przeszkodziło w nagraniu płyty (bo właściwie dlaczego miałoby przeszkadzać), która była promowana na słynnym Ozzfest. Ostatnią z trójki jest Emmanuelle Seigner, piękniejsza połowa Romana Polańskiego, która dołączyła do francuskiego Ultra Orange (informacje o sponsoringu jednej z sieci telefonii komórkowej to mit) i dzięki tej sposobności lokalny zespół małżeński grający od 10 lat nie miał innego wyjścia, jak tylko poradzić sobie z brzemieniem sławy. Nagrana płyta to penetrator różnych odcieni i barw rocka (prawda że dziwacznie ładnie to brzmi?), od delikatnych zaśpiewów prawie poetyckich, po brudny grunge. Ciekawe, co na to Roman. I po wycieczce po Europie powracamy do Ameryki, gdzie od kilku ładnych lat ceniony Billy Bob Thornton regularnie nagrywa bluesowo-rockowe kawałki. Poza wydawaniem dźwięków z jamy gębowej do mikrofonu, zajmuje się na swoich (czterech już) płytach graniem na gitarze elektrycznej (nie stroniąc od akustycznej). Największym zainteresowaniem cieszył się jego debiut, a to za sprawą piosenki "Angelina" poświęconej/dedykowanej ówczesnej żonie, również aktorce, Angelinie Jolie (pojawiła się w teledysku do tego utworu). Jak widać z miłości można robić różne dziwne rzeczy. Prawdopodobnie tym samym uczuciem kierował się Kevin Costner nagrywając w 1991 roku, wraz z zespołem Roving Boy, album "The Simple Truth". Wnioskując po zawartości gatunkowej krążka, Costner pała ogromną miłością do Ameryki, jej dziedzictwa, kultury i historii ze szczególnym uwzględnieniem czasów tzw. Dzikiego Zachodu, bowiem muzyka to czystej wody country. Dodać wypada: country na tyle zgrabne inaczej, że wydane jedynie w Japonii zgodnie z dyrektywą samego głównodowodzącego kapelą. Chyba nie muszę dodawać, czego można spodziewać się po wokalizie Kevina Costnera.

Na szczęście żadnych wątpliwości co do kunsztu muzycznego nie można mieć w przypadku panów Dana Aykroyda i Johna Belushiego, czyli założycieli i wokalistów legendarnego (absolutnie legendarnego) zespołu Blues Brothers. Młodzi komicy dwaj, szalejący w Saturday Night Live postanowili zawojować świat i w 1978 roku skompletowali instrumentalistów i nagrali "Briefcase Full Of Blues". Żywiołowość i entuzjazm ujęły publiczność do tego stopnia, że płyta stała się gigantycznym sukcesem, czego efektem stała się rzecz niespotykana: w 1980 roku John Landis nakręcił brawurową komedię muzyczną z całym składem Blues Brothers, która również była wielkim wydarzeniem. Echo tego zaskakującego pasma zwycięstw na polu muzyczno-filmowym to kolejne płyty z cyklu "live" i "best of", a także niestety śmierć Johna Belushiego, która zdezorganizowała działalność grupy. Choć wciąż koncertowała, to często z różnymi wokalistami. Sytuacja wróciła do normy na przełomie lat 80. i 90. gdy wrócił Dan Aykroyd. Od tego czasu Blues Brothers, choć nieregularnie, koncertuje, a Aykroyd dobiera sobie kompana do śpiewania w postaci brata Johna - Jima Belushiego (jedna płyta koncertowa "Blues Brothers & Friends: Live From House Of Blues" i jedna nie pod szyldem Blues Brothers lecz Belushi/Aykroyd - "Have Love Will Travel") jako Zee Bluesa lub Johna Goodmana. Mimo upływu lat legenda nie gaśnie, a w głowach Landisa i Aykroyda kiełkuje pomysł na drugi film, który... powstaje i, jak można się było spodziewać, w żadnym aspekcie (no może poza spektakularnością kraks) nie dorównuje oryginałowi. Nie przeszkadza to jednak w sprzedaży kolejnych "grejtest hitsów" braci Blues, którzy do dziś odgrywają niezłe "sztuki" na koncertach, porywając publikę dynamizmem i bezpretensjonalnością oraz radością grania. Podobny schemat kariery (na szczęście bez dramatycznych wydarzeń) spotkał jednego z barwniejszych komików ostatnich lat, Jacka Blacka, który w 1994 roku założył wraz z kolegą Kyle'em Gassem szalony duet nawiedzonych rockmanów, Tenacious D. Kapela szybko zyskała rozgłos dzięki zgrabnie ujętemu w pastisz, jak i hołd jednocześnie, rockowemu muzykowaniu przechodzącemu w krwisty, patetyczno-rycerski, melodyjny metal. Wulgarne, pełne niezliczonej ilości odmian słowa "fuck", absurdalne i rozkosznie śmieszne teksty wraz z nieźle "wyciągającym" wokale, pełnym niespożytej energii Blackiem dały duetowi sporą ilość oddanych fanów. Wynikiem tego były dość regularne koncerty, a także produkcja serialu telewizyjnego (tylko 6 odcinków w latach 1997-2000). Ukoronowaniem pierwszego etapu było nagranie z udziałem Dave'a Grohla na bębnach (Nirvana, Foo Fighters), "wyrąbanego w kosmos" albumu "Tenacious D". Odzew kupujących był zaskakująco dobry, a w "krejzolskich" głowach zakiełkował pomysł filmu fabularnego, który ujrzał światło dzienne w 2006 roku pod tytułem "Tenacious D. In The Pick Of Destiny" i był nową jakością w gatunku musicalu. Dzieło porażające, wstrząsające, zaskakujące, nieokiełznane, oszałamiające. W każdym razie film, jak i muzyka z niego znów nieźle masowały przeponę. Ponownie też do swoich szybkich rączek pałeczki wziął Dave Grohl i zabębnił na albumie, a także zagrał bardzo czarny charakter w filmie. Swoją drogą, duet wystąpił w kapeli Grohla, Foo Fighters w klipie "Learn To Fly". Poza macierzystą formacją Jack Black udzielał się na soundtracku "School Of Rock".

Przypadki opisane powyżej to jedno, gdyż równolegle zaobserwować można drugie zjawisko opisywanego problemu, w którym gwiazdy niniejszej rozprawki nagrywają utwory specjalnie na potrzeby filmu, robiąc podkład do konkretnej sceny, bądź też promocyjnie - okazjonalnie. Tak było choćby ze wspomnianą Juliette Lewis, która wyśpiewała "Rid Of Me" i "Hardly Wait" PJ Harvey do dwóch scen w filmie "Strange Days", zapewne nabierając ochoty na więcej, czego wynikiem jest kapela Juliette And The Licks. Już w latach 70. i 80. zdarzały się podobne sytuacje, przede wszystkim w musicalach (wspomnieć należy choćby "Grease" i Johna Travoltę), wymykające się spod kontroli, bo jak można potraktować sytuację, w której Sylvester Stallone, z uszkodzonym od urodzenia narządem mowy, próbuje śpiewać? Jedynie z wielkim przymrużeniem oka, choć i to momentami nie wystarcza. Zajście miało miejsce podczas realizacji komedii "Rhinestone", w której Dolly Parton próbuje zrobić z taksówkarza gwiazdę country. Swoją drogą Sly już wcześniej śpiewał; nagrał utwór (serio) "Too Close To Paradise" do swojego filmu "Paradise Alley" z 1978 roku (pozazdrościł bratu Frankowi). Na potrzeby "The Cable Guy" Jim Carrey nagrał hipnotyczną, a raczej hipnotycznie śmieszną wersję "Somebody To Love" z repertuaru Jefferson Airplane, i choć sam film nie jest zbyt dobry, to właśnie dla tej sceny i tej piosenki warto go obejrzeć. Prawdziwą furorę w 1987 roku zrobił Patrick Swayze grając, to znaczy występując, to znaczy tańcząc, to znaczy... hmmm, w każdym razie dostając angaż do roli Johnny'ego Castle w "Dirty Dancing". Grunt pod sukces położył soundtrack, który do dziś jest najlepiej sprzedającym się albumem w kategorii "muzyka filmowa". A na nim, poza utworami z lat 50. i 60. i hiciorem "(I've Had) The Time Of My Life", klasyczna pościelówa z debiutującym "na wokalu" Swayze'em, "She's Like The Wind" (cóż za czarowny tytuł). Wolałbym, aby jednak wywijał szpagaty na parkiecie, niż uzewnętrzniał swoje uczucia, ale co ja mogłem poradzić. Przyjąłem sukces singla z pokorą jednocześnie dziękując Panu Bogu Wszechmogącemu za to, że nie dopuścił do sytuacji zwanej "pójściem za ciosem", co mogło zaowocować całym longplayem. W śpiewaniu zasmakowała, choć na krótko, Nicole Kidman. Najpierw był świetny występ (również wokalny) w musicalu "Moulin Rouge!", a pod koniec roku singiel świąteczny w duecie z Robbie'em Williamem, "Somethin' Stupid". Piosenka to cover przeboju Franka Sinatry i jego córki Nancy, rozkosznie słodki, melodyjny, delikatny, przesympatyczny, z clipem przywołującym radosne lata 60. Trzeba jednak zaznaczyć, że wielokrotne słuchanie tegoż może doprowadzić do przesłodzenia organizmu, próchnicy zębów i nierzadko wymiotów, natomiast przydatne jest w przypadku potrzeby uzupełnienia glukozy. Prawdziwą klasę i najprawdopodobniej najwyższą jakość pokazał duet aktorów, u których nie podejrzewało się talentu wokalnego. To Joaquin Phoenix i Reese Whiterspoon niespodziewanie fenomenalnie śpiewający piosenki Johnny'ego Cartera i June Carter na potrzeby "Walk The Line". Reżyser obrazu, James Mangold postawił na swoim i duet gwiazdorski nie miał wyjścia. To był strzał w dziesiątkę, cały soundtrack jest niezwykle naturalny, po prostu kapitalnie zaśpiewany i choć jest to kopia (covery), to momentami ciężko jest zauważyć różnicę w nagraniach oryginalnego małżeństwa. Wielkie brawa za odwagę, szacunek za talent i ukłony za taki hołd.

Koniec końców nieodzownym staje się przysłowiowe "rzucenie okiem" na nasze podwórko, nasz mały shoł-biznesik, w którym i polskie aktorskie talenty wierzą w siebie, decydując się na nagrywanie urokliwych melodii. Niestety muszę pominąć zjawisko "piosenki aktorskiej", bo to jednak jest zadanie na inny czas, a przy okazji wiedza na ten temat jest w moim przypadku znikoma. Zaczynamy. Szlaki przetarł etatowy twardziel polskiego kina, Bogusław Linda mierząc się z Leonardem Cohenem i nagrywając cover jego utworu "I'm Your Man", który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu "Sara" z 1997 roku. Nie było źle, bo i knajpiany klimacik się pojawił i chrypka pana Bogusława się sprawdziła, ale to mimo wszystko było za mało by uznać za objawienie. Drugie podejście to płyta nagrana wspólnie z zespołem Świetliki, "Las Putas Melancolicas" w 2005 roku i niespodziewany przebój "Filandia". Estetyka chyba najlepiej pasująca do emploi aktora sprawdziła się wybornie. Wespół z wokalistą Maciejem Świetlickim, Linda stworzył świetnie uzupełniający się duet. Kolega po fachu, kawalarz-pajac Cezary Pazura, nie chcąc być gorszym, zdecydował się w 1999 roku od razu na cały album "Przystojny Jestem", który dzięki tytułowej piosence stał się sporym przebojem. Utrzymany w stylistyce komediowo-kabaretowej i atmosferze lat 60. nie próbuje być tym, czym nie jest; do przesłuchania na raz i to w lato. Wyskok jednorazowy. W tym doborowym towarzystwie znalazły się dwie niewiasty.

Alfabetycznie pierwszą jest Adrianna Biedrzyńska. Popularna w latach osiemdziesiątych, prawdopodobnie z powodu złej passy i braku propozycji aktorskich weszła do studia i nagrała w połowie pierwszej dekady XXI wieku koszmarnie złą, wtórną, banalną i ohydnie beznadziejną płytę, która niemiłosiernie lasuje mózgownicę. Już sama okładka może wprawić w osłupienie potencjalnego słuchacza. Prawdopodobnie (jakie tam prawdopodobne-pewnik!) sam zrobiłbym lepszą i to z własną facjatą na pierwszym planie. Ohyda. Kolejnej niewieście, tym razem jasnowłosej, udało się już kilkukrotnie namówić wytwórnię na wydanie swoich wokalnych frykasów. Rzecz godna podziwu, żeby tak obojętne i usypiające płyty ktoś akceptował do planu wydawniczego. Tytuły "Koa" czy "Kameleo" są tak nijakie, że nijak nie można niczego sensownego o nich napisać. Poza tym, że są. I już. Wielce możliwe, że do takich wydawnictw dołączy płyta Agnieszki Włodarczyk, która wygrała program przygotowany specjalnie dla aktorów pod tytułem "Jak Oni Śpiewają". Tak jest - pozostawię bez komentarza. Finiszując, krótko tylko o dwóch panach. Legenda kabaretu Bohdan Smoleń, tworzący niegdyś przeuroczy duet z Ryśkiem Rynkowskim, uległ w połowie lat 90. ubiegłego stulecia czarowi muzyki biesiadnej w wersji disco, czyli po ludzku mówiąc disco polo i nagrał w jej duchu, przesłaniu i aranżu bodajże trzy płyty (m.in. "Widziały Gały Co Brały"). Skądże, płyty nie przeszły bez echa, wręcz przeciwnie - kilka numerów stało się gigantycznymi hitami, żeby wspomnieć choćby wyrafinowane "Ani Be, Ani Me, Ani Kukuryku". Na deser Marek Kondrat. Nie śpiewał dużo, rzekłbym mało, a nawet bardzo mało, ale jak już to zrobił to stało się klasyką. "Mydełko Fa" - bo o nim mowa - w zamierzeniu twórców było parodią piosenek bazarowo-straganowo-chodnikowych. Jednak nie wszyscy to zrozumieli, przez to stało się hymnem tego chwalebnego nurtu polskiej piosenki. Widać pan Marek zbyt delikatnie i subtelnie to wykonał, oczarowując jednocześnie swym głosem...
Chyba skwitować należałoby to wszystko jakąś lotną puentą. Z tą lotną to może być kłopot, niemniej postaram się. Żyjemy w czasach gdzie nagranie płyty czy zrobienie filmu nie jest problemem. Doszło do sytuacji, w której więcej ludzi tworzy muzykę niż jej słucha, podobnie jest z książkami. Od przybytku głowa nie boli, ale to już jest plaga. Liczę na to, że w pewnym momencie nastąpi przesyt, opamiętanie i na scenie pozostaną tylko jednostki wybitnie uzdolnione, i może trochę mniej uzdolnione, ale zabawne. Liczę też, że nie będę musiał słuchać drugiej płyty Adrianny Biedrzyńskiej.

P.S. Niestety nie byłem w stanie umieścić wszystkich śpiewających aktorów, sądzę jednak, że wybór jest dość reprezentatywny dla problemu.

P.P.S. Z ostatniej chwili: kolejni szaleńcy próbujący podbić rynek muzyczny to polski zespół filmowy Forest Brothers. Nie dość, że są beznadziejni aktorsko, to ze śpiewaniem idzie im fatalnie. Na dodatek są tak bezczelni, że nawet nie chciało im się napisać piosenki i w przypadku pierwszego singla skorzystali z cudzego pomysłu bezczelnie coverując legendarny hit zespołu "Boys" pt.: "Jesteś Szalona". Cieniasy.

e-mail Autor tekstu: Tomasz Urbański - TOMASHEC
POWRÓT DO WYBORU
STRONA GŁÓWNA "MUZYKI"