Są sceny, które zapadają w pamięć o tyle szczególnie, że ilustruje je sugestywna, niezwykła, chwytająca za serce muzyka. Często jest to muzyka instrumentalna - kto z nas nie pamięta nokautującego "Adagio for strings" w "Plutonie" , przemawiającego do wszystkich zmysłów "The battle" w wiadomej scenie "Gladiatora" czy niezapomnianego "lotu piórka" w "Forreście Gumpie"? Bywa jednak, że tym elementem, który staje się niepowtarzalną kreacją artystyczną jest piosenka. Czy to poprzez aranżację, charakterystyczną i oryginalną, czy poprzez szczególny związek tekstu tejże z symboliką sceny, czy dlatego, że pojawia się w najbardziej dramatycznym momencie, wyciskając łzy i szarpiąc za serce swoim autentyzmem, czy wreszcie dlatego, że jest idealnie wkomponowana w nastrój filmu, a czasem staje się wręcz jego przesłaniem. Poniżej moje indywidualne zestawienie piosenek, które zapadły mi w pamięć na długo, scen, które właśnie dzięki nim stały się idealnie wykończone.


MAGNOLIA - "WISE UP"

"Magnolia" to niemal magiczny film o przeznaczeniu, splątaniu ludzkich losów, grzechach przeszłości, za które trzeba zapłacić, o winie i wybaczeniu, nadziei i zwątpieniu. To także film o szczerości ludzkich uczuć, o dramatycznym poszukiwaniu szczęścia i akceptacji, walki o swoje prawa przy jednoczesnym pogodzeniu z losem. Oprócz tego, a może przede wszystkim - nawołuje do wejrzenia w głąb siebie, porzucenia tego, co chwilowe i ulotne, na rzecz prawdziwej miłości i prawdziwego oddania. Jedną z najpiękniejszych, spokojnych i refleksyjnych scen tego znakomitego filmu jest ta, w której wszyscy bohaterowie, rozsiani po całym mieście, zmagający się z własnymi kłopotami, a nierzadko i tragediami, zaczynają zgodnie śpiewać. Zupełnie niezależnie od siebie podejmują tę samą piosenkę - właśnie "Wise up". Jeden z bohaterów już odszedł do wieczności, drugi jest załamany i samotny, bohaterka nie wie jaką ma podjąć decyzję i jak radzić sobie ze sobą, inna zapada w sen po przedawkowaniu leków, za pomocą których targnęła się na własne życie. I wszyscy oni śpiewają, śpiewają smutną piosenkę o poddaniu, o zawodzie, o niemożliwości wypłynięcia na powierzchnię, o tym, jak kolejne próby kończą się porażką. Należą do zupełnie różnych światów, ale w tym momencie są jednością - nieszczęśliwymi ludźmi, którzy potrzebują dokładnie tego samego - siebie nawzajem, drugiego, kochającego człowieka obok. Nie jest istotne, jak daleko są od siebie, bo w istocie są podobni - wszyscy jesteśmy podobni w pragnieniu, by być szczęśliwi i spełnieni, by nam wybaczono, by nas kochano. Spokojny, refleksyjny rytm "Wise up" czyni z tej sceny symbol, którego nie sposób zlekceważyć. Staje się kulminacją pierwszej części filmu, wykończeniem postaci bohaterów, punktem wspólnym, do którego dążą wszystkie historie, jakie oglądamy, przecięciem dróg.


HAIR - "LET THE SUNSHINE IN"

Najprościej ująć to w ten sposób - bohater "Hair" zginął dla ideologii, której był przeciwny, w imię ideologii, którą kochał. Do tej pory film Formana jest uważany za jeden z najpiękniejszych i najbardziej wstrząsających manifestów antywojennych jakie powstały. I nie jest wcale najważniejsze, że dotyczy konkretnie wojny w Wietnamie, czy że dzieje się w środowisku dzieci kwiatów. Przesłanie "Hair" jest uniwersalne. Mamy grupę hippisów, która "asymiluje" młodego chłopaka w przededniu wyjazdu do Wietnamu. Chłopak jest bardzo przejęty swoją rolą "dobrego Amerykanina" i wyjazd na wojnę uważa za swój obywatelski obowiązek. Jest wręcz oburzony postawą nowych znajomych. Jednak z czasem coraz bardziej zaczyna rozumieć głoszone przez nich idee pacyfizmu, wolności, wierności samemu sobie, miłości i przyjaźni. Zwłaszcza, kiedy sam się zakochuje. Jednak spełnienie tej miłości wydaje się niemożliwe - musi się wszak stawić w swojej jednostce. Zupełnie niespodziewanie jeden z hippisów proponuje, że go zastąpi, oczywiście tylko na jakiś czas, żeby miał czas na spełnienie swoich marzeń. Los jest przewrotny i okrutny - zaciekłemu przeciwnikowi wojny i zabijania przyjdzie wyjechać do Wietnamu. Przyjdzie mu zginąć na wojnie, której nienawidził, w imię przyjaźni, którą uważał za jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Patrzymy na niego, jak maszeruje wraz z innymi żołnierzami, obcięty na łyso, tak jak nakazuje dyscyplina, wyprostowany, z uniesioną twarzą. Na tej twarzy malują się desperacja i zacięcie, ale i niesamowicie wyraziste pogodzenie z losem, godność człowieka, który jest twardy i nie podda się niczemu, który jest gotowy podjąć każde wyzwanie, zaciska zęby i idzie do przodu. I śpiewa. To właśnie "Let the sunshine in". Trudno opisać, jak wielkie wrażenie robi piosenka w kontekście tej sceny, równego rytmu maszerujących żołnierzy, rzędu podążających na śmierć. Piosenka nabiera siły, nabiera mocy, staje się hymnem rozpaczy, ale i wyrazem siły i sprzeciwu, hymnem na rzecz pokoju, jedności, który brzmi porażająco na tle ogromnej połaci cmentarza jednakowych grobów. Po co bezsensownie zabijać, let the sunshine in...


LA STANZA DEL FIGLIO - "BY THIS RIVER"

Spokojnie prowadzony i wyciszony film Nanni Moretti to historia o stracie i cierpieniu, o powolnym rozpadzie zrozpaczonej rodziny po śmierci syna. Trójka pozostałych, ojciec, matka i siostra, usiłuje radzić sobie, każde na swój sposób, z obezwładniającą rozpaczą, poczuciem winy i bólem. Piosenka "By this river" pojawia się w filmie dwukrotnie. Raz, kiedy ojciec idzie do sklepu muzycznego, by kupić płytę z ulubioną muzyką w prezencie dla nieżyjącego syna i odkrywa, że nawet nie wie, jaka to miałaby być płyta, i po raz drugi w końcowej scenie na plaży. Właśnie w ostatniej scenie niesamowicie klimatyczny i nastrojowy utwór Briana Eno nabiera szczególnego wyrazu. Obraz przepełniają czyste, niewinne barwy, spokój przejrzystego morza, samotność jasnej i pustej plaży. I na tej plaży rodzina, którą dotknęła najbardziej bolesna z możliwych strat, strata, której nie sposób zaakceptować. Każde z nich porusza się we własnym kierunku, we własnym świecie postrzegania. Jednak po raz pierwszy od śmierci chłopca są sobie bliscy, są razem, bo jednak udało im się razem dotrzeć w to piękne, spokojne miejsce. Chociaż odeszli od siebie bardzo daleko, jednak zaczynają się wołać, znowu zaczynają się dostrzegać. Rozumieją, że ich jedyną szansą jest wzajemne wsparcie. Los postawił ich w sytuacji, której przyczyn nie znają, nie wiedzą, czemu się w niej znaleźli. "By this river" to delikatny, nostalgiczny utwór, zapowiedź szansy i odkupienia, pogodzenia i wybaczenia. Tutaj jesteśmy, w tej chwili przyszło nam trwać, a świat będzie istniał dalej - niebo jest wieczne, i ocean także jest wieczny. Jedynym wyjściem jest wierzyć, że wszystko ma jakiś sens, i znowu spróbować porozumienia. Według mnie, jedna z najlepiej dobranych piosenek filmowych wszechczasów.


MULHOLLAND DRIVE - "LLORANDO"

Wszystko jest iluzją. Szczęście, które staje się udziałem głównej bohaterki, Betty - Diane, także nią jest. Tylko we śnie jest podziwiana i kochana, ma prawdziwy talent aktorski, zdobywa to czego pragnie. Film Lyncha to układanka pozornie nie pasujących do siebie elementów, które jednak mają w sobie swoistą logikę - logikę snu. Historia rozpada się na dwie części, przy czym pierwsza - sen - jest nieodłącznie zespolona z drugą - z rzeczywistością. Scena w teatrze Silencio, gdzie słyszymy piosenkę Llorando w wykonaniu Rebekah del Rio, to kulminacja pierwszej części filmu - i brama do następnej. Jeszcze przed występem artystki konferansjer ostrzega nas, że ulegamy iluzji. Nie ma orkiestry, nie ma muzyki, jest jedynie złudzenie, wszystko zostało z góry przygotowane i nagrane. Ale jak trudno w to uwierzyć, słuchając Rebeki del Rio! Wydaje się niemożliwe, żeby tak intensywne uczucia, dramat emocji, prawdziwa rozpacz w jej nieskazitelnie czystym, głębokim głosie były nieprawdziwe - ta kobieta musi to przeżywać, musi to czuć, wystarczy spojrzeć na jej twarz wyrażającą ekstazę, absolutne zatracenie w śpiewie, w uczuciu...A jednak, kiedy śpiewaczka pada zemdlona, piosenka trwa dalej. To jedno wielkie oszustwo, złudzenie, pozór. Ten dramat nie jest prawdziwy, te uczucia są wykalkulowane. Podobnie jest ze szczęściem Betty - Diane. Wydaje się, że coś tak intensywnego i prawdziwego musi być realne. Przecież wszystko się zgadza, wszystko jest w zasięgu ręki. Ale to też jest oszustwo, równie wielkie i bolesne jak występ Rebeki del Rio. Nic nie jest trwałe ani pewne, chociażby miało wszelkie cechy bezpieczeństwa i prawdy. Największe piękno, najszczersze uczucie może się okazać tylko grą i manipulacją. Ten niesamowity występ w opustoszałym, ciemnym teatrze to koncert poetyki Lyncha, arcydzieło klimatu, mistrzostwo w budowaniu nastroju.


JESUS CHRIST SUPERSTAR - "I ONLY WANT TO SAY"

Film Normana Jewisona to opowieść o życiu Chrystusa, a dokładniej o ostatnim etapie Jego życia - od wjazdu do Jerozolimy do ukrzyżowania. Film o tyle niezwykły, że przedstawia Chrystusa przede wszystkim jako Człowieka. Człowieka, który w bezsenną noc w Ogrodzie Oliwnym samotnie czuwa i rozmawia z Bogiem. Ta rozmowa to właśnie jeden z bardziej poruszających songów tego niezwykłego widowiska - "I only want to say". Piosenka zaczyna się od cichej skargi. Wie, że musi umrzeć. Wie, że ta chwila jest już bliska, że będą jej towarzyszyły upokorzenie, cierpienie, zdrada przyjaciół. Ale nie chce umierać. Czuje się zmęczony i nie jest już tak pewny swojej misji, jak to było na początku. Wyznaje, że boi się skończyć to, co zaczął. Ale potem wybucha w Nim żal, poczucie niesprawiedliwości. "Ja tego nie zacząłem!" woła "To Ty zacząłeś". To porażające błaganie o litość, o oddalenie "kielicha goryczy" staje się w końcu oskarżeniem. Czy spełnienie tego wielkiego, nieprzeniknionego planu ma sens? Czy ta ofiara nie pójdzie na marne? "Czy moje słowa będą znaczyć cokolwiek więcej dlatego że umrę?" pyta Chrystus. Wspina się coraz wyżej, nie przestając śpiewać, śpiewa coraz bardziej desperacko, powtarza, że chce wiedzieć, chce zrozumieć, musi zrozumieć. Dlaczego umierać? Po co? Co z tego będzie miał, jaka będzie Jego nagroda? Bóg milczy. Piosenka osiąga apogeum rozpaczy. Chrystus ciska prosto w twarz Swojego Najwyższego Ojca "więc dobrze! umrę! patrz, jak umieram!". W tym momencie nie jest Mesjaszem wypełniającym zadanie zbawienia. Jest przede wszystkim Synem, który szuka litości, a kiedy jej nie otrzymuje, przedstawia Ojcu dramatyczną wizję własnego unicestwienia. Ty będziesz na to patrzył, Ty jesteś temu winien. To Ty mnie zabijasz, nie mówiąc Mi, czemu to robisz. Być może wiesz, że masz racje, ale Ja jestem już bardzo zmęczony. Emocje sięgają zenitu, bezsilnemu, wstrząśniętemu widzowi łzy płyną z oczu strumieniami, i nagle wszystko opada. Jest już tylko rezygnacja, pogodzenie z wyrokiem Najwyższego. Może żal, ale jednocześnie poczucie, że Jego, Chrystusa, wola jest dostatecznie silna. Wypije ten kielich goryczy. "Weź mnie teraz..." śpiewa, kładąc silny akcent na "teraz" i dodaje ciszej, w ostatnim odruchu smutku i zwątpienia - "zanim zmienię zdanie..." Ta piosenka jest wspaniała zarówno w swojej szczerości, jak i w ewangelicznym przesłaniu. Prawdziwy dramat Boga - Człowieka, który staje przed najcięższym zadaniem w swoim ziemskim życiu, życiu, które umiał kochać, szanować, którym umiał się cieszyć. Jego żal, lęk, wyrzut zbliżają nas najsilniej do mistycznej tajemnicy ofiary, jaka ma się wkrótce dokonać na Krzyżu, samotności Człowieka, który czuje się tragicznie opuszczony. Bóg i Jego plan są daleko. Bliżej jest ból, drwiny tłumu, miarowe uderzenia bicza, korona cierniowa, ciężar krzyża, spiekota i pragnienie, droga którą musi pokonać, gdyż nie ma odwrotu, i droga, którą w całości pokona jako Człowiek, bez najmniejszej ulgi, bez pocieszenia.


To są piosenki, które w dużej mierze sprawiły, że filmy z których pochodzą stały się dla mnie niezapomniane...bez nich obraz byłby dużo uboższy. Tylko kilka, z pewnych względów najważniejszych, chociaż tę listę pewnie można by uzupełnić wieloma innymi - jak na przykład song wiszących na krzyżach skazańców - "Always look at the bright side of life" w "Żywocie Briana", kontemplacyjne "Sound od silence" tak pięknie podsumowujące metamorfozę Dustina Hoffmana w "Absolwencie" - pamiętacie tę scenę, gdy kołysze się na materacu na wręcz nieprawdopodobnie błękitnej powierzchni basenu? Albo szatan tańczący i śpiewający piosenkę Franka Sinatry w "Adwokacie Diabła"? Czy Toni Colette, która odnajduje zupełnie nową siebie, wpatrując się w lustro i podśpiewując "Dancing Queen" w "Weselu Muriel"? Noodles po trzydziestu pięciu latach wracający w to samo miejsce, z którego niegdyś uciekł, przy wtórze niesamowicie zaaranżowanego, przejmująco smutnego "Yesterday" w "Dawno temu w Ameryce"? Piosenki, które sprawiają, że magia kina nabiera coraz to nowych form. Bez których kino, bez żadnych wątpliwości, straciłoby coś bardzo żywotnego.

e-mail Autor tekstu: Karolina Chymkowska - DEJNA
POWRÓT DO WYBORU
STRONA GŁÓWNA "MUZYKI"