Czyli o dwóch ścieżkach dźwiękowych do jednego filmu

Każdego roku na świecie powstaje mnóstwo filmów dokumentalnych. Opowiadają one o kręgach zbożowych, życiu jaszczurek pustynnych, piramidach i wielu innych fascynujących cudach tego świata. Jednak niewiele z tych obrazów ma szansę trafić do szerszej publiczności za pośrednictwem kina. Wielkim ekranem rządzą zazwyczaj wielkie pieniądze, które nie idą w parze z często niskobudżetowymi dokumentami.. Jakimś dziwnym trafem do tych nielicznych, które mają jednak szansę zabłyśnięcia w kinach, należą przeważnie produkcje francuskie. Zapewne wszyscy pamiętają o takich filmach jak "Mikrokosmos" czy "Makrokosmos", które pojawiły się na ekranach naszych kin jakiś czas temu i wywołały spore poruszenie. Było to niezwykłe połączenie pięknych zdjęć przyrody z unikalną muzyką - w tym przypadku Bruno Coulaisa - które stało się alternatywą dla wszechobecnych komedii sensacyjno-romantycznych i innych rozrywkowych kiczów zalewających wtedy kinowe ekrany. I oto w tym roku pojawiła się nowa alternatywa. Do kin wszedł kolejny francuski film dokumentalny o jednoznacznym tytule, "Marsz Pingwinów".

Film ten, przynosząc swoim twórcom tylko w USA aż 70 milionów dolarów zysku, stał się najbardziej dochodowym francuskim filmem wszechczasów. Takiego sukcesu obrazu Luca Jacqueta nikt się nie spodziewał. A dlaczego? Film opowiada o corocznej wędrówce pingwinów cesarskich do ich miejsca godowego, tak więc sama historia nie wydaje się być zbyt porywająca. W końcu żywoty niemal wszystkich mieszkańców Antarktydy były tematami niezliczonej liczby filmów przyrodniczych. Jednak to, co wyróżnia ten obraz od innych to sposób, w jaki ta historia została opowiedziana. Nie jest to kolejny dokument bezosobowo komentujący zachowania zwierząt jako coś nadzwyczajnego, a opowieść o istotach bardzo przypominających nas, ludzi... Zachwycając się sukcesem, jaki odniósł film w USA trzeba wspomnieć, że w tym kraju pojawił się on w innej wersji niż w Europie. Otóż pierwotna, francuska wersja "Marszu Pingwinów" od wersji amerykańskiej różni się dwoma elementami. W pierwszej wersji występujące w filmie pingwiny mówiły ludzkim głosem - w drugiej zrezygnowano z tego na korzyść narracji prowadzonej przez Morgana Freemana. Kolejnym, jakże ważnym elementem, który uległ zmianie, była ścieżka dźwiękowa. Do wersji francuskiej (można też powiedzieć, że i do polskiej) skomponowała ją znana piosenkarka Emilie Simon, natomiast wersją amerykańską zajął się Alex Wurman. Tym samym mamy rzadką okazję posłuchać dwóch ścieżek dźwiękowych powstałych do jednego filmu. Obie wydają się odpowiednie do posłuchania podczas czekających nas wkrótce, zimowych wieczorów...

Bez wątpienia muzyka, którą Alex Wurman skomponował do filmu "Marsz Pingwinów" jest jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych tego roku. Film ten jest na tyle specyficznym dokumentem, że historia w nim przedstawiona przypomina swoistą fabułę z bohaterami, którymi są tata-pingwin, mama-pingwin i dziecko-pingwin - dzięki temu muzyka Alexa Wurmana mogła wzbogacić się o piękne tematy, które są motorem tej ścieżki dźwiękowej. Jest to score w dużej mierze oparty na instrumentach akustycznych, chociaż pojawia się także sporo elektroniki przywodzącej na myśl "Miasto Gniewu" czy "Solaris". Cała płyta utrzymana jest w dość spokojnym i refleksyjnym nastroju. Nie ma tutaj żadnych nagłych wybuchów czy zwrotów. Słuchając jej bez problemu można wyobrazić sobie chłody lodowej pustyni Antarktydy, towarzyszące wędrówce pingwinów. Wszystko to potęgowane jest przez kilka solowych instrumentów, które pojawiają się w poszczególnych utworach, a które mogą niektórym kojarzyć się z zimą i... świętami. Są to głównie: flet poprzeczny, piccolo, obój i fortepian. Dodatkowo usłyszeć można sporo różnych dzwonków, trójkątów i innych instrumentów perkusyjnych typu "dzwoniącego". Jednak prawdziwym atutem tej płyty są piękne tematy, które bardzo łatwo wpadają w ucho i trudno o nich zapomnieć. Poza tym niemal we wszystkich utworach pojawia się rytm delikatnie wybijany przez dzwonki, co bez wątpienia ułatwia odbiór. W samym filmie muzyka Alexa Wurmana działa wyśmienicie. Poprzez zachowanie stałego instrumentarium i spokojnego stylu, muzyka doskonale ujednolica film i ułatwia jego odbiór. Kolejną jej zaletą jest częste stosowanie kontrapunktu, który zyskuje w tym filmie specyficzne znaczenie. W końcu filmowcy postanowili przedstawić zachowania pingwinów przez pryzmat naszych własnych tak, aby ukazać tę cienką granicę kilku genów, dzielącą nas od innych zwierząt. Alex Wurman, spowalniając w niektórych miejscach akcję i zmuszając widza do zadumy, prowokuje do szukania głębszego znaczenia właśnie tych "pingwinich" czynów, realizując tym samym wizję twórców filmu. Zupełnym przeciwieństwem pod tym względem jest muzyka Emilie Simon, która często przez swoją dosłowność bagatelizuje te zachowania. W wyniku tego widz zamiast doszukiwać się ich głębszego znaczenia odnosi wrażenie, że ogląda zwykłą bajkę, w której najważniejsze jest zakończenie i morał z niego wynikający, ale o tym trochę niżej...

Partytura, którą Emilie Simon napisała na potrzeby filmu "Marsz Pingwinów" jest przykładem ścieżki dźwiękowej, która o wiele lepiej radzi sobie na płycie niż w filmie - jakkolwiek nielogicznie by to brzmiało. Do takiego stwierdzenia skłoniła mnie głównie irytacja, z jaką wyszedłem z sali kinowej po sensie tego właśnie filmu. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się po przesłuchaniu kilku minut płyty Emilie Simon, dotyczyło muzyki do filmu "Mustang z Dzikiej Doliny". Tam pisaniem ścieżki dźwiękowej zajęli się Bryan Adams i Hans Zimmer. Muzyka na podobieństwo filmów animowanych Disneya zawierała mnóstwo piosenek Adamsa i zaledwie kilka kompozycji instrumentalnych Zimmera. W przypadku "Marszu Pingwinów" Emilie Simon jest podobnie. Na płycie znajdziemy kilka piosenek w jej wykonaniu, przeplatanych krótkimi instrumentalnymi frazami. Płyta jest bardzo zróżnicowana i można wręcz powiedzieć, że eklektyczna. Usłyszymy tutaj kompozycje wykonywane przez kwartet smyczkowy, gitarę elektryczną, irlandzkie skrzypce i wszechobecne syntezatory. W wielu z nich pojawiają się także eteryczne i psychodeliczne wokalizy Emilie. Wskazują one na charakterystyczny styl tej piosenkarki, który można nazwać czymś pośrednim pomiędzy twórczością Bjork a Britney Spears - a to naprawdę intrygująca mieszanka (podobnie jest z jej urodą ;). Mimo wszystko trochę może irytować niezbyt równy poziom kompozycji, które pojawiają się na tej płycie, gdzie po naprawdę ambitnych i świetnych kawałkach, wykonywanych w całości na wiolonczelach, pojawiają się trywialne, zabawne melodyjki. Poza tym płyty słucha się bardzo przyjemnie i trudno się przy niej nudzić. Zupełnie inaczej jednak, wygląda ta muzyka w samym filmie. Dokładnie widać tutaj brak doświadczenia Emilie Simon w pisaniu muzyki bezpośrednio do obrazu. Niestety piosenki, które na płycie brzmią naprawdę dobrze, w filmie bagatelizują i wręcz psują niektóre istotne dla obrazu sceny. Poza tym irytują nieco wyrwane z konwencji filmu utwory instrumentalne niczym z serii o Jamesie Bondzie, jak w dramatycznej scenie ataku foki na pływające pingwiny. Generalnie uważa się, że zbytnia różnorodność materiału muzycznego pojawiającego się w filmie jest raczej szkodliwa. Jeśli już takie zjawisko się pojawia to jest ono wymuszone doraźnymi rozwiązaniami, które kompozytor stosuje przy dosłownym ilustrowaniu konkretnych scen. Taka muzyka, mimo, że w obrazie jest raczej niezauważalna, to słuchana z płyty strasznie męczy i dezorientuje. W przypadku Emilie Simon wystąpił swego rodzaju paradoks, w wyniku którego jest zupełnie na odwrót. Kompozycje i piosenki, które powstawały na potrzeby konkretnych scen niemal zupełnie do nich nie pasują. Muzyka jest miejscami zbyt agresywna i przez swoje zróżnicowanie dzieli film na fragmenty o zupełnie odmiennych poziomach emocjonalnych. Podczas oglądania filmu można ulec kompletnej dezorientacji, kiedy po głębokich kontrapunktach następują nagle trywialne i zbyt dosłowne melodyjki.

Szkoda, że w Polsce film można obejrzeć w wersji francuskiej, właśnie z nieco kiczowatą muzyką Emilie Simon. Zresztą trudno orzec, czy jest to tak do końca wersja francuska, skoro sposób narracji w wykonaniu Marka Konrada wzięto z wersji amerykańskiej. Moim zdaniem nie było to dobre rozwiązanie i po projekcji filmu byłem trochę zirytowany. Poszedłem do kina tylko z powodu muzyki Alexa Wurmana, której niestety, wtedy jeszcze, nie było dane mi wysłuchać z towarzyszeniem obrazu. Jednak już po obejrzeniu wersji amerykańskiej filmu sądzę, że jest to jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych, jakie słyszałem w tym roku. Dzięki swojej subtelności i pięknym tematom, obraz samotnych pingwinów maszerujących przez lodową pustynię Antarktydy nabiera niezwykłej magii. Alex Wurman, kompozytor niezbyt znany, doskonale wykorzystał swoją szansę i stworzył piękną muzykę, która doskonale radzi sobie zarówno w filmie, jak i poza nim. Jeśli chodzi z kolei o muzykę Emilie Simon to myślę, że mogę polecić jej płytę jako album pop-owy, a niekoniecznie jako ścieżkę dźwiękową. Jest ona bardzo ciekawa i nietuzinkowa, ale jeżeli ktoś będzie chciał obejrzeć film, to radzę zapoznać się z wersją amerykańską, z muzyką Alexa Wurmana.

e-mail Autor tekstu: Łukasz Waligórski
www.scoreamateur.prv.pl

POWRÓT DO WYBORU
STRONA GŁÓWNA "MUZYKI"