Słów parę o kondycji polskiego przemysłu rozrywkowego

"Rety, ale nudy" - prawie zawsze myślałem sobie, gdy moja mama zabierała mnie do Filharmonii Narodowej na koncerty muzyki klasycznej. Co w żadnym wypadku nie świadczyło źle o muzyce klasycznej, jeśli już to raczej źle o moim melomańskim guście, czy może raczej o jego niewystarczającym wysublimowaniu. Cóż mogłem zrobić poza smutnym pokręceniem głową i odejściem z niesmakiem z sali koncertowej ze śliną wciąż zwisającą z mojej jadaczki po drzemce na niewygodnych fotelach. I co miała zrobić moja biedna rodzicielka?

Niestety, już wkrótce miało się okazać, że to dopiero początek moich problemów. Jak to czasem bywa, wkrótce potem zacząłem się ukulturalniać, w moim życiu pojawiło się kino. Pojawiła się szkoła. Pojawiła się muzyka i - niestety - chyba nie taka jak powinna. W podstawówce moi znajomi słuchali Metalliki, Linkin Parku i Kurta Cobaina wrzeszczącego o zapachu nastoletniej duszy, ja - soundtracków do "Gwiezdnych Wojen" i "Władcy Pierścieni". W gimnazjum koledzy słuchali hip-hopu, koleżanki... w sumie nie wiem czego słuchały koleżanki. Ja - soundtracków do "Osady", "Harry'ego Pottera", wkrótce potem całego Johna Williamsa, całego Jamesa Newtona Howarda. W liceum nastąpił już totalny rozdźwięk. Teraz jest w sumie odwrotnie - ja się przerzuciłem na rocka, a nagle połowa mych znajomych okazała się hipsterami, którzy po prostu masowo uczęszczają na koncerty muzyki klasycznej, które ja przerobiłem już lata temu... ale nie o tym miałem.



W pewnym momencie powiedziałem sobie "dobra, coś tu jest chyba nie tak", a niedługo potem zdałem sobie sprawę ze swego nieco lipnego położenia. Znajdowałem się bowiem na pograniczu. Na zetknięciu się dwóch światów, które przechodziło przez depresję o wiele głębszą niż ta, którą musiała pokonać Britney Spears, depresję wynikającą z obecności punktu styku dwóch kultur - wysokiej i niskiej. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że mój gust muzyczny nie był ani gorszy ani lepszy od gustu moich znajomych czy moich rodziców - był po prostu inny. Wynikał z pewnych uwarunkowań osobowościowych, pewnej filozofii patrzenia na świat, postrzegania go w odpowiednio muzycznych kolorach i pewnego podgatunku emocjonalności, który - tak się po prostu złożyło - jest dość rzadki. I każdy fan muzyki filmowej czytający te słowa z pewnością intuicyjnie zrozumie o co mi chodzi i utożsami się ze mną.

I tak oto pojawił się problem. Pozycja gatunku muzyki filmowej na styku dwóch światów implikowała jednocześnie, że jej zasięg prawdopodobnie nigdy nie będzie grupowy, nigdy nie zdoła ogarnąć i przekonać do siebie masowej rzeczy odbiorców. Jej unikalna pozycja nie opierała się zresztą jedynie na trudności w zaklasyfikowaniu jej w kategoriach czysto muzycznych. Teoretycznie muzykę filmową zawsze - mniej lub bardziej słusznie - zestawiano z muzyką klasyczną. Bo też symfoniczna, bo orkiestra, bo chóry, bo soliści i długie utwory wymagające skupienia. Ale tak naprawdę sytuacja była trochę bardziej skomplikowana, a ja sam niejednokrotnie spotkałem się z wypowiedziami muzyków grających utwory z repertuaru klasyków, że z muzyką filmową jest problem. Bo jest pozbawiona formy, struktury. Albumy z nią nie stanowią zamkniętego w całości dzieła, które ma sobą coś przekazać i które ma określoną, a co najważniejsze ograniczoną formę. Muzyka filmowa jest częścią filmu, a co za tym idzie - częścią zamysłu reżysera. Często pełni rolę wyłącznie ilustracyjną. Jednocześnie nie jest na pewno ani popem ani jazzem, nie podpada pod dotychczas istniejące, ustalone kategorie muzyki niszowej, specyficznej dla danej grupy, np. folku. Jednocześnie, jej rozwinięta melodycznie i instrumentalnie, często dość trudna w odbiorze forma powodowała, że często była utożsamiana z kulturą wysoką, inni z kolei jednoznacznie klasyfikowali ją jako element stylistyki niskiej. Jej wciąż niewyraźny, w sumie dopiero rodzący się target odbiorców również nie pomagał w jej klasyfikacji i zaakceptowaniu. Innymi słowy: muzyka filmowa od zawsze istniała na pograniczu wszystkiego czego się da, zarówno pod względem muzycznym, jak i społecznym czy kulturowym. Jest wytworem zbudowanym na przeciwieństwach.

A my, Polacy, nigdy nie byliśmy dobrzy w radzeniu sobie z przeciwieństwami i sprzecznościami, prawda? Nie, to zdecydowanie nigdy nie była nasza działka. To Amerykanie zbudowali swój naród z elementów kultur wszystkich społeczności świata, to Nowy Jork jest nazywany Tyglem Narodów. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie tam muzyka filmowa się narodziła, to stamtąd wywodzą się jej najwięksi twórcy i to tam nadal święci swe największe triumfy. Przyszło mi wtedy do głowy, że nuda, którą czułem podczas koncertów w Filharmonii mogła tak naprawdę być symptomem czegoś głębszego - mogła oznaczać niedostosowanie polskiego przemysłu rozrywkowego do potrzeb i gustów coraz większej liczby swoich odbiorców. A na pewno moich.

W 2008 r. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie spadł na nas jak grom z jasnego nieba i absolutnie nic wcześniej nie zapowiadało jego oszałamiającego sukcesu, a już z pewnością nic nie przygotowało nas na spektakularne triumfy jakie to wydarzenie miało odnosić od tamtej pory każdego roku. I to co roku większe. Już koncert Ennio Morricone na Rynku w 2007 r. był nie lada wydarzeniem, a to się okazało dopiero wstępem do wspaniałego święta jakie co roku mieli obchodzić prześladowani na wzór pierwszych chrześcijan filmowi melomani z całej Europy. Symultaniczne pokazy z muzyką graną na żywo do "Władcy Pierścieni" i "Piratów z Karaibów", goście tacy jak Tan Dun, Howard Shore (gdyby ktoś mi parę lat wcześniej powiedział, że będę miał zdjęcie obok tego ostatniego - A MAM - to bym mu się zaśmiał w twarz) czy Joe Hisaishi, a do tego zgoła niezrozumiałe z punktu widzenia statystycznego Polaka poświęcenie sporej części ubiegłorocznej edycji Festiwalu na coś tak podłego jak "gry komputerowe" - to wyglądało jak wet dream każdego małoletniego miłośnika filmów, gier i muzyki symfonicznej. Nie będę tu pisać o tym jak wspaniałe wspomnienia wyniosłem z każdej edycji tego wydarzenia, bo każdy kto tam był i tak wie, a ten kto nie był - no, ten nie wie i żadne moje słowa tego nie zmienią.

W ciągu kilku lat krakowski festiwal przemienił się w święto, dzięki któremu każdego roku gorąco wyczekuję na nadejście drugiej połowy maja i który udowodnił, że Polacy są gotowi odważyć się, wyjść naprzeciw potrzebom swych obywateli jak na porządny demokratyczny kraj przystało i ponieść ryzyko nawet na tak zdradliwym i mało opłacalnym polu jak kultura. Doprawdy nie mogłem nie okazać szacunku odwadze i organizacyjnym zdolnościom przedstawicieli Krakowa i Krakowskiego Biura Festiwalowego. Wydawało się, że to było zbyt piękne, by mogło trwać wiecznie.



Niestety, najwyraźniej takie właśnie było. Niecały miesiąc temu w sieci gruchnęła wieść, że tegoroczna edycja Festiwalu Muzyki Filmowej prawdopodobnie się nie odbędzie. Na tym etapie nic nie wiadomo z całą pewnością, ale najwyraźniej powodem jest kryzys oraz spięcia pomiędzy radnymi Platformy Obywatelskiej, a sztabem Krakowskiego Biura Festiwalowego. Ponoć Biuro już od dłuższego czasu irytowało posłów PO, którzy nazywali je "tubą polityczną" Prezydenta Krakowa, Jacka Majchrowskiego. Najwyraźniej kryzys stał się pretekstem do tego, aby dokonać cięć budżetowych po krakowskich festiwalach - i niestety FMF oberwało się najmocniej. Dodać należy, że jego nieodbycie się w tym roku oznaczałoby jego niemal pewne całkowite zamknięcie na następne lata - chodzi tu zapewne o kwestie prestiżu, wiarygodności i kontaktów, które by zostały utracone.

Od tamtego czasu minęły już ponad trzy tygodnie, sytuacja się nieznacznie poprawiła, a wiele informacji jakie posiadam może być już nieaktualnych. Najważniejsze jest jednak co innego: fani przemówili. Na Facebooku utworzona została ogromna grupa protestacyjna, a w życie wprowadzono specjalną petycję skierowaną do władz Krakowa, której celem jest zachowanie Festiwalu. Swój sprzeciw wobec decyzji KBF wyraziły portale takie jak soundtracks.pl, filmmusic.pl czy muzykafilmowa.pl, a i nieoceniony Karol poruszył ten temat na łamach KMFu, za co raz jeszcze ślę mu podziękowania. Również wielu twórców i kompozytorów, włącznie z Howardem Shorem aktualnie przebywającym na planie "Hobbitów" w Nowej Zelandii, zabrało głos w dyskusji - a każdy z nich podkreśla jak ważnym wydarzeniem jest FMF i jak rozczarowująca i zła byłaby decyzja o jego nieodbyciu się.

Najłatwiej jest jednak zabrać głos w jakiejś dyskusji bez znajomości prawdziwych realiów, spróbujmy więc krótko przeanalizować sytuację. FMF w ciągu zaledwie czterech lat swojej działalności stał się tytanem na polu imprez poświęconych muzyce filmowej, jednym z największych tego typu wydarzeń na świecie i zaledwie trzecim równie dużym w Europie. Rozpisywali się o nim zarówno rodzimi jak i europejscy oraz amerykańscy dziennikarze (jakiś czas temu wspomniano o nim w amerykańskim czasopiśmie "Variety", a - jak mówi pracujący w Hollywood polski kompozytor muzyki filmowej Abel Korzeniowski - w tamtejszym dość zamkniętym na zewnętrzne wpływy systemie festiwalowym, docenienie, a nawet samo dostrzeżenie przez media czegoś nowego graniczy z cudem). Festiwal stał się również sukcesem pod względem finansowym, przyciągając co roku do Krakowa nawet po parę tysięcy turystów. A chyba nie trzeba dodawać, ile dla takiego miasta jak Kraków znaczy przemysł turystyczny. Stolica Małopolski została wypromowana w stopniu większym niż chyba ktokolwiek mógłby się spodziewać, a jej prestiż wzrósł ogromnie. Zostały zawiązane kontakty i znajomości z wielkimi europejskimi i światowymi talentami, kompozytorami i firmami, które tylko czekają, aby zaowocować w przyszłości.

Z drugiej strony dla nikogo nie jest teraz żadną nowością, że Europa pogrążona jest w kryzysie, a Krakowowi obrywa się szczególnie mocno. Konieczność cięć, nawet cięć na kulturę, jest w tej sytuacji jak najbardziej uzasadniona i nie można zapominać, że nie tylko FMF ucierpiał w wyniku tej burzy - właściwie to dla wielu bywalców krakowskich festiwali jest on tylko kolejną z imprez, na której dotychczas nie byli i na której nie mają zamiaru w najbliższym czasie się pojawić. Sam byłem zarówno na Coke Live Music Festival jak i na Sacrum Profanum - innych jeszcze do niedawna zagrożonych krakowskich imprezach - i wrażenia z nich również wyniosłem pozytywne. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że żadnej z nich nie komentowano tak szeroko i obficie jak FMF, i żadna nie doczekała się tak prestiżowego statusu.

Jest tylko jeden problem. Festiwal Muzyki Filmowej jest dla mnie bowiem czymś więcej niż tylko kolejną imprezą. Czymś więcej niż prestiżem dla Krakowa i Polski, czymś więcej niż okazją do posłuchania muzyki poznanej w dzieciństwie i czymś więcej niż zestawem zawartych kontaktów i przyjaźni mogących przynieść plon w najbliższej przyszłości. Dla mnie FMF jest przede wszystkim żywym dowodem na to, że polski przemysł rozrywkowy zakończył pewien etap i rozpoczął kolejny. Tak, to aż tak wielka rzecz. Pragnę to podkreślić. FMF to dowód na to, że ten przemysł idzie naprzód, ewoluuje. Że chyba po raz pierwszy w swojej historii jest gotów na pierwszym miejscu postawić potrzeby swych odbiorców, a nie pieniądze; że w tym celu jest gotów podjąć pewne ryzyko i śmiało spojrzeć w przyszłość, w rejony dotychczas zarezerwowane dla krajów uznawanych za bardziej rozwinięte, bardziej otwarte, różnorodne, bogatsze. Decydując się na otwarcie i przeznaczenie potężnych środków na imprezę o tak niepewnym i mglistym statusie jak FMF, członkowie Krakowskiego Biura Festiwalowego poszli na przekór dominującym w polskim szowbiznesie tendencjom, sposobom myślenia, liniom podziału - możliwe, że nawet nie zdając sobie sprawę jak bardzo - i nieświadomie stali się awangardą tego co nazywam polskim rynkiem imprezowym. Ustalili pewien standard, którego się po naszym kraju spodziewam w przyszłości i którego niespełnienie oznaczałoby cofnięcie się. Stworzyli produkt ze wszech miar ryzykowny, ale ambitny i udany, i jestem pewien, że reperkusje jego sukcesu mogą być jeszcze długo odczuwane w wizerunkach Krakowa jako miasta i Polski jako kraju.

A to jest wartość bezwzględna, której nie da się zamienić na pieniądze, prestiż czy nawet szacunek na świecie. I coś czego, moim zdaniem (choć oczywiście pewien nie jestem) żaden inny krakowski festiwal nie osiągnął. Bo po raz pierwszy zdołaliśmy coś udowodnić nie komuś innemu, ale sobie samym. I niezależnie od tego co się w stolicy Małopolski dzieje teraz i jak bolesną stratą byłoby zamknięcie FMF, za to przedstawicielom Krakowa będę zawsze wdzięczny i zawsze będę o tym pamiętać.



Toteż po tym nieco przydługim i zapewne nudnawym tekście chciałbym przerodzić go na coś w rodzaju apelu i zwrócić się tu z (nie)udawaną pokorą do was wszystkich, którzy czytacie ten tekst i do tych, którym los FMF nie jest obojętny (a wiem, że jest was tam od cholery) - zróbcie coś. Grupa na Facebooku jest, petycja jest, podpisujcie ją. Piszcie komentarze, listy do władz Krakowa, komentujcie newsy i piszcie coś na własnych stronach/blogach/czymkolwiek. Bo ten Festiwal jest zwyczajnie zbyt ważny i nie zasługuje na to, żeby względy polityczne czy nawet pieniądze decydowały o jego losie. A snobizm Filharmonii Narodowej to ostatnie na co mam ochotę tracić czas podczas majowych wieczorów.

Obecnie pod petycją w tej sprawie podpisało się już niespełna półtora tysiąca osób, a poświęconą zachowaniu FMFu stronę na Facebooku polubiło prawie dwa tysiące. W mediach zagrzmiało i na wielu stronach (nawet na głównej wykopu) pojawiły się informacje dotyczące tej sprawy. A Howard Shore do jasnej ciasnej pewnie z sali nagrań ścieżki dźwiękowej do "Hobbitów" wysłał komentarze w tej sprawie, razem z całą resztą Oscarowego towarzystwa. Najważniejszy news to ten, że w ostatni piątek (3 lutego) Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego udzieliło najwyższego wsparcia finansowego krakowskim festiwalom, choć niestety o FMFie nadal cicho, a jego przyszłość wciąż jest niepewna. Toteż nie zwracajcie uwagi na głosy krytyków (jeden cwaniak zresztą już się pojawił i nie omieszkał napisać do pani Sroki elokwentnego listu otwartego: www.facebook.com/notes/krzysztof-parjaszewski/list-poparcia-w-sprawie-fmf/326022114105129), klawiatury w dłoń i bierzcie się do pracy!

I z góry dziękuję.

Link do petycji:
www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=8311

Link do grupy na facebooku:
www.facebook.com/events/345890455423614/

Linki do wyrobienia sobie własnego zdania:
  • www.facebook.com/notes/krzysztof-parjaszewski/list-poparcia-w-sprawie-fmf...
  • www.gazetakrakowska.pl/artykul/490248,zobacz-na-co-krakowowi-zabraknie-pieniedzy...
  • http://cjg.gazeta.pl/CJG_Krakow/1,104365,10943155,Wiceprezydent_Sroka...
  • http://muzykafilmowa.pl/news,70,koniec-festiwalu-muzyki-filmowej-w-krakowie-.html
  • www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/kultura/1204013-fani-walcza-o-festiwal-muzyki...
  • http://lovekrakow.pl/aktualnosci/na-odwolaniu-festiwalu-muzyki-filmowej-straca...
  • www.mmkrakow.pl/400291/2012/1/19/fani-stoja-murem-za-festiwalem-muzyki...
  • www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/malopolska/1204157-laureaci-oscarow-bronia...
  • www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/kultura/1204407-festiwal-walczy-o-byt.html
  • www.wykop.pl/link/1014445/hollywood-broni-festiwalu-muzyki-filmowej-ty-tez-mozesz...
  • www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/kultura/1204596-chcemy-festiwalu.html
  • http://hatak.pl/news/18704/Hollywood_broni_Festiwalu_Muzyki_Filmowej_w_Krakowie
  • www.dwutygodnik.com/artykul/3098-miec-wizje-na-miare-marzen.html
  • www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/kultura/1204789-howard-shore-i-jan-a-p...
  • http://hatak.pl/aktualnosci/seriale/18491/Odwolanie_Festiwalu_Muzyki_Filmowej_akcja...
  • www.blogkmf.blogspot.com/2012/01/festiwal-muzyki-filmowej-zagrozony.html
  • www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/kultura/1203647-6-zmyslow-szuka-pilnie...
  • http://cjg.gazeta.pl/CJG_Krakow/1,104365,10991539,PO_i_festiwale__sprawdzimy...
  • http://m.krakow.gazeta.pl/krakow/1,106511,11074186.html

    e-mail Autor tekstu gościnnego: Jerzy Babarowski - RODIA
  • POWRÓT DO WYBORU
    STRONA GŁÓWNA "MUZYKI"


    Podziel się