Retrospektywa

SPIDER-MAN w kinie – PIĘTNAŚCIE LAT TKANIA SIECI

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Spider-Man. Niesamowity, spektakularny, ale również przyjazny i z sąsiedztwa. Jeden z najbardziej lubianych i popularnych superbohaterów zadebiutował na kartach komiksu wydawnictwa Marvel Comics w 1962 roku. Fanów rozkochał w sobie młodym, podobnym do nich wiekiem, prostymi problemami, sercowymi rozterkami i galerią niezapomnianych przeciwników. Chociaż popularność postaci rzadko bledła i szybko przeniosła się na ekrany telewizyjne, to na kinowy film o tym bohaterze czekać musieliśmy czterdzieści lat. Zaprowadzić się go na wielki ekran nie udało nawet Jamesowi Cameronowi, ale kiedy już trafił do kinowych repertuarów, nie chciał się od nich odczepić. Tego lata Spider-Man pojawi się już w siódmym filmie, od 2002 roku przyciągnął pięciu reżyserów i wcielało się w niego aż trzech aktorów. Przyjrzyjmy się wzlotom i upadkom ulubionego bohatera Nowego Jorku.

Spider-Man (2002)

Trudno w to uwierzyć, ale pierwszy Spider-Man Sama Raimiego skończył w tym roku piętnaście lat. Chociaż dzisiaj formuła origin story w kinie superbohaterskim została przemielona na wszystkie sposoby, to warto pamiętać, że właśnie film twórcy Martwego zła stanowi pierwszy tego typu obraz w XXI wieku.

Produkcja trąci nieco myszką, zaskakuje infantylną nutą, ale nadal stanowi niezłą rozrywkę.

Piętnaście lat później produkcja trąci nieco myszką, zaskakuje infantylną nutą, ale nadal stanowi niezłą rozrywkę, ma przynajmniej kilka ikonicznych scen (pocałunek w deszczu!), znakomitego J.K. Simmonsa w niezapomnianej roli J. Jonah Jamesona i wciąż, wydaje mi się, najlepszego przeciwnika w historii kinowego Spider-Mana – cudownie szarżującego Willema Dafoe jako Zielonego Goblina.

Sam Raimi, mimo kilku kontrowersyjnych rozwiązań, wykonał kawał dobrej roboty i sprawnie przeniósł na ekran komiks swojej młodości. Pamiętajmy, że bez jego Spider-Mana, X-Men Bryana Singera i pierwszego Blade’a nie byłoby współczesnego kina superbohaterskiego.

Spider-Man 2 (2004)

Druga część serii to dla twórcy zawsze wyzwanie, ale również czas na puszczenie hamulców i nadania całości bardziej autorskiego charakteru. Nie inaczej jest w przypadku Spider-Mana 2 Sama Raimiego. Sequel skupia się na życiu osobistym Petera Parkera, jego rozterkach miłosnych i trudach życia codziennego, we wzruszający sposób rozbudowuje jego relację z ciocią May. Na liczne dziury i nielogiczności scenariusza można przymknąć oko, bo Raimi przemyca do filmu dużo pełnego dystansu humoru, a Doktor Octopus to najlepiej wyglądający przeciwnik Spider-Mana.

Sequel skupia się na życiu osobistym Petera Parkera, jego rozterkach miłosnych i trudach życia codziennego.

Spider-Man 2, podobnie jak część pierwsza, wymaga od widza zrozumienia czasów, w których film powstał. Pamiętać należy, że dla gatunku jest to film nie mniej przełomowy – uświadomił szaremu widzowi, że kino superbohaterskie może zaoferować coś więcej niż pstrokate kostiumy (chociaż oczywiście już wcześniej powstawały lepsze i dojrzalsze ekranizacje).

Warto wiedzieć, że film (jako jedyny z opisanych w tym tekście) posiada wersję rozszerzoną, która na rynku kina domowego zawitała jako Spider-Man 2.1. Znajdziemy tam dosłownie kilka minut dodatkowego/alternatywnego materiału, który stanowi raczej ciekawostkę aniżeli jakkolwiek wartościowy, chociaż skądinąd sympatyczny, materiał.

Spider-Man 3 (2007)

Trzeci Spider-Man Raimiego cierpi na przynajmniej kilka dolegliwości. Przede wszystkim łapie w garść za dużo wątków i nie jest w stanie ich w niej utrzymać. Niepotrzebnie wraca do śmierci wujka Bena, łącząc go w telenowelowy sposób z postacią Sandmana, jednego z filmowych antagonistów. Wprowadza kultową, znaną z komiksu, pierwszą miłość Petera – Gwen Stacy i tworzy z niej, mimo że w postaci uroczej Bryce Dallas Howard, nieciekawą zapchajdziurę. W końcu, ale przede wszystkim, przenosi na ekran wyczekiwany przez fanów wątek kosmicznego symbiontu, tylko po to, żeby udowodnić, że Raimi zupełnie go nie czuje (ba, może nawet nie zna), a czarna maź z kosmosu pojawia się w filmie tylko na życzenie chciwych producentów. Peter Parker, który w założeniu pod wpływem symbiontu miał pokazać swoją mroczną stronę, żenuje. Eddie Brock wbrew komiksowemu źródłu pełni rolę raczej komediową, a jego alter ego, Venom nie ma szans rozwinąć skrzydeł – pojawia się i znika w finałowej akcji.

Od pierwszego seansu zakochałem się w luźnej komiksowości i absolutnie ujmujących scenach akcji.

Z drugiej strony od pierwszego seansu zakochałem się w luźnej komiksowości, natłoku postaci o nadludzkiej mocy i absolutnie ujmujących mnie scenach akcji. Spider-Man 3 już w dniu premiery raził sztucznymi efektami specjalnymi, ale pomysły, choreografie, scenerie i emocje oferowane w zamian sprawiają, że każda tego typu sekwencja cieszy i zapada w pamięć – na czele z finałowym pojedynkiem Spider-Man i Zielony Goblin kontra Venom i Sandman. A skoro o Zielonym Goblinie mowa – uwielbiam wątek Harry’ego, a jego postać i relacja z Peterem pozostaje zdecydowanie najlepszym, budowanym i rozwijanym od pierwszej części filarem trylogii Sama Raimiego.

Ostatnio dodane