Recenzje

ŻOŁNIERZE KOSMOSU: ZDRAJCA MARSA. Udane dwudziestolecie

Po dwudziestu latach od premiery „Żołnierze kosmosu” otrzymali pierwszą kontynuację, której oglądanie nie jest doświadczeniem bolesnym, niemniej do ideału wciąż jest daleko.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

„Naprzód, żołnierze! Chcecie żyć wiecznie?!”

Jeszcze zanim studia filmowe zaczęły desperacką walkę o uniwersa zdolne do wytworzenia niezliczonej ilości sequeli, prequeli i spin-offów, pojawiła się historia, która aż prosiła się o dalsze eksplorowanie. Niestety aż dotąd Żołnierze kosmosu najcięższą batalię toczyli z fatalnymi scenariuszami i marną reżyserią, ale po dwudziestu latach los ponownie się do nich uśmiechnął.

Pamiętam pobudzające fantazję reklamy Żołnierzy kosmosu w telewizji, świat wolny od spoilerów (i w dużym stopniu od internetu) oraz napięcie tuż przed seansem w nieistniejącym już kinie Neptun w Gdańsku. Pomysł Paula Verhoevena zrobił na mnie kolosalne wrażenie i z zapałem sięgałem po kolejne niskobudżetowe sequele, jednak każdy pokazywał jedynie bezduszną wojnę z bandą robali, która nie dorównywała nawet reklamie prusakolepu. Zdrajca Marsa to zmiana w dobrym kierunku, choć nie jest pozbawiona wad.

Humor w Zdrajcy Marsa nie jest tak dziwaczny, kąśliwy i bezpardonowy, jak w wersji pierwotnej, ale wraca na właściwy tor.

Pierwsze minuty to popis schematycznego myślenia. Najpierw oglądamy dramatyczny pojedynek pełen ofiar, który okazuje się symulacją komputerową, później wysłuchujemy sztampowych żartów z przełożonego, kiedy ten stoi za plecami rozbawionych, młodych żołnierzy. Dalej na szczęście jest już znacznie lepiej. Żaden z dotychczasowych sequeli nie powtórzył sukcesu obrazu z 1997 roku nie tylko z powodu budżetowych ograniczeń, ale przede wszystkim przez wyrugowanie elementów satyrycznych. Ostre, lecz utrzymane w duchu Mike’a Judge’a komentarze polityczne sprawiły, że Żołnierze kosmosu nie byli po prostu kolejnym filmem science fiction, gdzie Ziemianie muszą walczyć z najeźdźcą z kosmosu. Takie były część druga i trzecia oraz animowana Inwazja z 2012 roku, wszystkie słusznie okazały się klęskami.

Humor w Zdrajcy Marsa nie jest tak dziwaczny, kąśliwy i bezpardonowy, jak w wersji pierwotnej, ale wraca na właściwy tor, a w dodatku duet reżyserski (Masaru Matsumoto i znany między innymi z Appleseed czy Kosmiczny Pirat Kapitan Harlock Shinji Aramaki) doskonale zdaje sobie sprawę, kto będzie odbiorcą ich przedsięwzięcia – trzydziesto-, czterdziestolatkowie, którzy oryginalny film oglądali w kinach. Jest to pokolenie niezwykle sentymentalne, uwielbiające powroty do dzieciństwa, więc odzywki wyciągnięte wprost ze scenariusza pierwszej części czy obecność czworga głównych bohaterów (tak, tak, nawet Dizzy Flores, i to z głosem jej pierwotnej odtwórczyni, Diny Meyer) natychmiast wywołują uśmiech na twarzy. Oczywiście w centrum wydarzeń jest Johnny Rico, który zestarzał się razem z nami. Z wyglądu przypomina teraz Solid Snake’a z gry Metal Gear Solid, a z charakteru stereotypowego bohatera filmów akcji z lat 80., którzy nie tylko potrafili dokopać każdemu, ale przy okazji w co drugiej scenie rzucali także jednozdaniowymi mądrościami à la Paulo Coelho. Oczywiście jest to tandetne, ale ze smakiem, w duchu hasła „tak złe, że aż dobre”.

Największym minusem Zdrajcy Marsa jest animacja, i to nie ze względu na jakość (stoi na o niebo wyższym poziomie od Inwazji z 2012 roku, choć synchronizacja dialogów z ruchami warg często kuleje), ale sama jej obecność. Sequel zrealizowany według identycznego scenariusza, lecz w wersji aktorskiej, a także z zapałem Verhoevena ponownie oczarowałby fanów tej trudnej do kochania serii. Na ekranie nie widzimy ani jednej na tyle spektakularnej batalii, aby nie dało się jej zrealizować z Casperem Van Dienem na planie zamiast przed mikrofonem (tym bardziej że jest to aktor chwytający się obecnie wszystkiego, od Sharktopus vs. Whalewolf po Avengers Grimm studia Asylym, gdzie zagrał… Rumpelsztyka). To mogła być solidna kontynuacja utrzymana w konwencji balansowania między science fiction klasy B a polityczną satyrą, ale ostatecznie dostajemy zaledwie przyzwoity film animowany przypominający sceny z gier komputerowych (zwłaszcza Gears of War), okraszony na tyle udanym scenariuszem, że można bezboleśnie dotrwać do napisów końcowych. Nie jest źle, ale wyraźnie czuć zmarnowany potencjał.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane