Recenzje

ZŁE WYCHOWANIE (2004)

Jakkolwiek film wydaje się wtórny w stosunku do swoich nie mniej głośnych poprzedników, to z pewnością stanowi esencję Almodóvarowskiej materii.

Autor: Magdalena Skorus
opublikowano

Almodóvar po swojemu

Enrique kolekcjonuje wycinki z gazet. Tragiczno-sentymentalne historie mają się kiedyś przeobrazić w patchwork filmowej fabuły. Taki właśnie patchwork proponuje w swoim najnowszym filmie Pedro Almodóvar. Sugestywna czołówka filmu, która głęboko zapada w pamięć, stanowi pierwszy symptom przedziwnej gry odbić, w jaką reżyser wciąga widza. Złe wychowanie to z pewnością jeden z ciekawszych pomysłów wskrzeszenia czarnego filmu w ciągu ostatnich lat. Jak niegdyś, kłamstwa, zdrada, obsesja i zbrodnia defilują tutaj w pierwszym szeregu. Dodajmy, że u Almodóvara jest to iście błazeński pochód, chociaż od niedawna nieco pochmurniejszy i bardziej na serio. Rozmiłowanie w grotesce i absurdzie życia codziennego odparowało nieco, pozostawiając po sobie tragikomiczną nutę. Słychać ją także i tu, w kolejnej opowieści o braku miłości i jej okrutnym przepoczwarzeniu się.

Kolejne stronice scenariusza odkrywają pełne udręki i wstydu dzieje chłopców. Pojawia się zarzewie gniewu i nieszczęścia, Ojciec Manolo – znienawidzony tyran w liturgicznych szatach i targany namiętnością nauczyciel literatury. Owiany aurą mroku ksiądz Manolo nad wyraz spektakularnie cierpi z powodu swojej słabości do Ignacia. Rzewna nuta wybrzmiewa tutaj głośno, nie tylko dzięki czystemu, niemal eterycznemu i dziewiczemu wykonaniu Moon River. Nuta fałszu staje się wyczuwalna dla widza, a mimo to kupuje on tę romantyczną historię fatalnego zauroczenia, bo właściwie tylko ono jest tutaj realne… Trop się urywa. Nie po raz ostatni.


Historia pewnej zgubnej namiętności nie jest prosta, za to pełna niespodzianek. Film odznacza się świetnym scenariuszem i brawurową reżyserią. Homoseksualny dramat trójki mężczyzn rozpada się w lustrzanych odpryskach, które – rzecz jasna – zniekształcają jego obraz. Istnieją właściwie dwa scenariusze i dwa oblicza tej historii, dlatego też pojawia się pytanie o tożsamość trójki bohaterów. W porównaniu z rozdartym emocjonalnie i duchowo Ojcem Manolo pan Berenguer to przecież obleśny konformista… Ignacio to zdemoralizowany ćpun, hołubiący swoje krągłe silikonowe piersi i cierpiący z powodu szpetnej twarzy – na próżno doszukiwać się w nim młodziutkiego, wrażliwego ucznia szkoły katolickiej. Enrique podchodzi zaś do wszystkiego z taką rezerwą, jakby owa romantyczna przygoda nigdy nie miała miejsca w jego życiu. Początkowo postacie dryfują po oceanie prawdy i fałszu, przybierając wyimaginowane, groteskowe oblicza. Odczuwalne staje się wręcz ich wahanie przed ostatecznym starciem z prawdą. Widz dostaje jednak wytrych do tego zamka. Jest nim Angel/Zahara/Juan w jednej osobie. Transwestyta, może dla żartu, może dla eksperymentu, poszukujący aktor (zadziwiające jest całe spektrum ról, jakie zawiera jego portfolio), wierny syn, oddany brat, namiętny kochanek oraz… kat i kozioł ofiarny w jednym. Wielki oszust, a może wielki, totalny aktor kilku symultanicznie rozwijających się przedstawień? Pewnie także schizofrenik, którego płacz na planie filmowym w chwili, gdy właśnie odgrywa swoją „skradzioną” śmierć, staje się przebłyskiem prawdy. Emocjonalnej i tożsamościowej karuzeli w jego życiu nie ma końca – ostatecznie wybiera rolę… męża. Tak więc prawdziwa historia, o której opowiada Pedro Almodóvar, ma charakter szczątkowy. Często widać ją dopiero po wejściu za parawan filmowego atelier…

Film przepełniają odważne sceny erotyczne. Homoseksualizm oddycha tu pełną piersią, dowcipnie lub całkiem poważnie, a kamera penetruje z lubością ciała aktorów. Aktorzy stają się obiektem admiracji, ucieleśnieniem żywej namiętności oraz przedmiotem agresywnych ataków na ich intymność. Intymność performera prawie w ogóle tutaj nie istnieje. Scenę igraszek na kanapie pomiędzy Angelem a Berenguerem, rejestrowaną dodatkowo przez handy-cam, można uznać za cytat soft-porno. Scena basenowa z kolei wykorzystuje po mistrzowsku spięcie w toku akcji, jak i fizyczne napięcie postaci kochanków. Od strony aktorskiej film także został koncertowo zagrany. Czym więc ostatnia produkcja Pedro Almodóvara może rozczarować? Przede wszystkim powtarzalnością tematów hiszpańskiego reżysera oraz wtórnością reżyserskich zabiegów fabularnych.

Powtarzające się ulubione chwyty narracyjne reżysera, np. film w filmie, wstawki muzyczne à la variétés, a także niezmienna obecność typów na wariackich papierach nie są w stanie zaskoczyć wiernych odbiorców.

Doświadczeni odbiorcy kina Almodóvara mogą się po prostu poczuć znużeni oglądaniem kolejnego filmu o tym samym. Jego wielki, powracający temat – głód miłości, który dotyka każdego bez względu na preferencje seksualne – zostaje tu podany w tym samym słodko-gorzkim sosie. Powtarzające się ulubione chwyty narracyjne reżysera, np. film w filmie, wstawki muzyczne à la variétés, a także niezmienna obecność typów na „wariackich papierach” nie są w stanie zaskoczyć wiernych odbiorców. To syndrom kina autorskiego w konserwie. Odnosi się wrażenie, że Almodovar żongluje zgranymi numerami za coraz większe pieniądze. Nie można jednak zaprzeczyć, że robi to z dużym wdziękiem i sprytem. Film Złe wychowanie jest godny polecenia widzom nieprzywykłym do Almodóvara i odczuwającym potrzebę zgłębienia tego, co się kryje pod tą marką reżyserską. Znajdą tu kanoniczną już galerię nieprzeciętnych typów spod ciemnej gwiazdy, dosadne dialogi, nostalgiczne songi, soczyste, jarzące się witalnością barwy oraz wnikliwą analizę konsekwencji ludzkich wyborów. Również ci, którzy zżymają się na widok kolejnego tytułu ze stajni kontrowersyjnego Hiszpana powinni stawić czoła tej produkcji. Jakkolwiek film wydaje się wtórny w stosunku do swoich nie mniej głośnych poprzedników, to z pewnością stanowi esencję  Almodóvarowskiej materii.

Ostatnio dodane