Recenzje

ŻEGNAJ CHRISTOPHER ROBIN. Ambitna porażka

Wydawało się, że "Żegnaj Christopher Robin" będzie oscarowym pewniakiem, tymczasem jest o nim zupełnie cicho. Nic dziwnego - film jest nieudany

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że będzie to jeden z oscarowych faworytów. Akademia lubi przecież takie historie. Żegnaj Christopher Robin, opowiadający o tym, co zainspirowało pisarza A. A. Milne’a do napisania słynnych książek o Kubusiu Puchatku, nie jest typową biografią – są tam również wątki trudnych relacji rodzinnych, zniszczonego dzieciństwa, nawet traumy wojennej. Dodając do tego świetną obsadę, z sensacjami ostatnich lat, czyli Domhnallem Gleesonem oraz Margot Robbie, mieliśmy do czynienia z przepisem na pewniaka do najważniejszych nagród. Niestety coś po drodze nie wyszło. Film okazał się klapą.

Dość powiedzieć, że produkcja zarobiła niewiele ponad 1,5 miliona dolarów. Krytycy również dalecy byli od zachwytów. Po premierze jasnym stało się, że Żegnaj Christopher Robin trudno będzie o oscarowe nominacje. Nikt chyba nie myślał jednak, że o filmie zrobi się tak cicho. W wielu krajach postanowiono nie wprowadzać go do kin. Polscy dystrybutorzy również nie chcieli ryzykować – Żegnaj… dołączył do tytułów z serii „prosto na dvd” (premiera 7 lutego).

Film podzielono na trzy akty, które bardzo się różnią.

Co więc nie zagrało? Największym grzechem filmu jest prawdopodobnie jego niekonsekwencja. Tempo jest szarpane, fabułę wyraźnie podzielono na trzy akty, które różnią się zarówno sposobem narracji, jak i długością. Każdy kolejny jest krótszy od poprzedniego, co sprawia, że w końcówce historia wydaje się pędzić w trybie szybkiego przewijania. Miałem wrażenie, jakby obraz ten reżyserowała nie jedna, a kilka osób. A przecież Simon Curtis jest całkiem sprawnym filmowcem – jego wcześniejsze projekty, Mój tydzień z Marilyn oraz Złota dama, nie były może arcydziełami, ale to naprawdę udane filmy, którym trudno coś poważniejszego zarzucić. W przypadku Żegnaj… już tak dobrze nie jest.

Nie spodziewajcie się po tym filmie czegoś w stylu Marzyciela. Świat dziecięcych fantazji, owszem, czasem przebija się, ale reżysera bardziej interesuje radzenie sobie Milne’a z powrotem do życia po udziale w I wojnie światowej. Przy tak różnorodnej tematyce trzeba umieć naprawdę dobrze nawigować – a twórcy chyba nie mieli wystarczająco dużo praktyki.

Do produkcji już na samym początku wkrada się chaos.

Pierwsza, najdłuższa część filmu, przedstawia to, jak wycofany, zmagający się ze stresem pourazowym pisarz zmuszony zostaje do spędzenia czasu z synkiem i wpada na pomysł historii o Puchatku. Z jednej strony należałoby pochwalić twórców, że nie próbowali kopiować Marzyciela i pokusili się o dość oryginalną narrację. Z drugiej – to po prostu źle się ogląda. Przejścia między beztroską zabawą z synem i jego misiem a wspomnieniami z wojny nie są wystarczająco płynne. Poza tym operator zdecydował się na przedziwne ujęcia, które nijak nie pasują ani do klimatu filmu, ani do jego późniejszych części. Do produkcji już na samym początku wkrada się chaos. A potem jest jeszcze gorzej.

Po powrocie matki oraz niani, kiedy Milne zostaje niejako zwolniony z opiekowania się synem, bardzo szybko dowiadujemy się, że napisał on książkę, która odniosła ogromny sukces. Synek Christopher Robin (w polskim przekładzie Kubusia Puchatka po prostu Krzyś) został skazany przez rodziców na coś, co dziś nazwalibyśmy celebryckim życiem – w końcu był pierwowzorem postaci Krzysia. Wywiady, konferencje prasowe, sesje zdjęciowe (w tym taka z niedźwiedziem z zoo o imieniu Kubuś), nawet nagrywane przez radio rozmowy telefoniczne z ojcem. W urodziny, zamiast dnia z rodzicami, którzy balowali w Nowym Jorku – wizyta angielskiej orkiestry wojskowej, oczywiście w towarzystwie fotoreporterów. A były to przecież lata dwudzieste!

Dla mnie ten wątek był zdecydowanie najciekawszy. Niestety twórcy nie pogłębili go, a w trzecim akcie strzelili sobie w stopę, oferując pośpieszne, słodkie zakończenie, w dodatku mające niewiele wspólnego z prawdą.

Szkoda, bo z taką obsadą można było liczyć na naprawdę dobry film, mogący zainteresować różne grupy widzów – każdy zna Kubusia Puchatka. Domhnall Gleeson jest dla mnie jednym z ciekawszych aktorów swojego pokolenia, ale w Żegnaj… nie zachwyca. Pokazuje co prawda zupełnie inne oblicze niż we wcześniejszych produkcjach, ale gra właściwie na jednej nucie. Margot Robbie, która wyrasta na prawdziwą gwiazdę Hollywood, jako chłodna, skupiona na sobie żona Milne’a również nie miała się czym wykazać. Najjaśniejszym punktem filmu okazuje się rola małego Willa Tilstona – jako tytułowy Christopher Robin spisuje się bez zarzutu, biorąc na swoje barki cały ładunek emocjonalny produkcji. Dla tego chłopca warto sięgnąć po tę pozycję. Nie dziwię się jednak naszym dystrybutorom, że nie było chętnego do wprowadzenia filmu do kin.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane