Recenzje

ZAKOCHANY BEZ PAMIĘCI (2004)

Kultowa historia miłosna o uczuciu silniejszym niż chęć zapomnienia i wymazania tej drugiej osoby z pamięci, bo czy warto zaczynać na nowo, skoro już raz kochało się niewystarczająco?

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Zatracić się aż do zapomnienia

Zakochany bez pamięci jest być może jednym z najpiękniejszych i najbardziej oryginalnych filmów o miłości, bo mimo że wywodzi się z prostego pragnienia, by wszystko zapomnieć i zacząć od nowa, to jednocześnie nie stanowi hymnu pochwalnego na cześć wielkiego, wiecznego uczucia zdolnego czynić cuda. Zamiast tego widz otrzymuje kameralny dramat o miłości, która zdarza się w intymnym spotkaniu dwójki ludzi i zmienia tylko, albo aż, cały ich świat.

Film w reżyserii Michela Gondry’ego pozwolił poznać szerszej publiczności Charliego Kaufmana jako twórcę wyczulonego na bliskość, autora nastrojowych i niezwykle świadomie kreowanych filmów, bowiem za scenariusz do tego tytułu otrzymał Oscara. Zarazem zdaje się, że jego love story wywodzi się z najprostszego, najzwyczajniejszego doświadczenia kogoś, kto był zakochany, i komu przebrzmiała miłość sprawia ból utrudniający normalne funkcjonowanie. Jednak Joel budzi się o poranku w swoim łóżku, przekonany, że nadchodzący dzień będzie bliźniaczo podobny do wczorajszego, przedwczorajszego i jeszcze kilku wcześniejszych… że nic się nie zdarzy w jego unormowanej, może wręcz nudnej egzystencji. Jednak czekając na miejską kolejkę, daje się porwać impulsywnemu uczuciu, by zmienić plany i pojechać w drugą stronę. W jego niespodziewanej wycieczce nad morze nie ma nic z radosnej spontaniczności, bo nie takim człowiekiem jest Joel – raczej sam wydaje się zakłopotany swoim postępowaniem, zaniepokojony i lekko podekscytowany zarazem, nierozumiejący, ku czemu to może prowadzić. Nie dzieje się nic przełomowego poza tym, iż zaczepia go ekscentrycznie wyglądająca dziewczyna, co może (ale przecież nie musi) stać się początkiem czegoś większego. Clementine nie pasuje do niego ani wyglądem, ani zachowaniem, a jednocześnie jest w niej coś dziwnie znajomego i przyciągającego. Pozornie przypadkowe spotkanie staje się dla twórców filmu początkiem podróży po przeszłości, w której Joel i Clementine byli już kiedyś parą. Po rozstaniu dziewczyna zdecydowała się wymazać chłopaka z pamięci – bardzo dosłownie, przy pomocy bezpiecznej procedury związanej z mapowaniem mózgu – a on, zatrzaśnięty w poczuciu odrzucenia, poddał się temu samemu zabiegowi.

Na poły magiczna procedura usuwania z pamięci wszystkich wspomnień wiążących się z tą drugą, niepożądaną osobą jest niejako guilty pleasure każdego nieszczęśliwie zakochanego – mimo że Joel zdaje się sobie radzić, to jest w jego postawie coś poruszająco przygnębiającego oraz dołującego. Zlikwidowanie perspektywy cierpienia, przeżywania i przepracowywania tego, co się między nimi wydarzyło (kiedy po krótkiej, ale pełnej wyrzutów kłótni Clementine wybiegła z domu, krzycząc, że nie chce go znać), nie przynosi ulgi, a jedynie kolejną porcję niepokoju związanego z odczuwanym „brakiem”. Ponowne spotkanie jest jednocześnie tym pierwszym zetknięciem się obcych sobie ludzi, mających szansę poznawać się, przyzwyczajać, uczyć siebie nawzajem, (ponownie) ryzykować. Jednak twórcy filmu nie obdarzają bohaterów błogą nieświadomością przeszłości, stawiając przed nimi niejako wprost pytanie, czy można z pełną konsekwencją wejść ponownie do tej samej rzeki? Czy miłość, która obywa się bez wspólnych wspomnień oraz mitycznego uczenia się na błędach, tak naprawdę jest niczym tabula rasa gotowa do powtórnego zapisania?

Nie mówi o miłości w ramach jakiegoś wielkiego, romantycznego mitu, a w znacznie zwyczajniejszy sposób, bowiem dla Gondry'ego i Kaufmana miłość to nie tylko fascynacja i czerpanie z obecności drugiego człowieka, ale również wzajemne oswajanie się, „docieranie”, odsłanianie wrażliwych na upokorzenie miejsc.

Podróż przez pamięć Joela rozpoczyna się od wszystkiego, co doprowadziło do rozpadu ich związku: tych najbardziej dokuczliwych drobnostek, które zsumowane urastają do rangi niemożliwej do pokonania przeszkody. Jednak kolejne powidoki ze wspólnego życia, niby nic nieznaczące gesty, uśmiechy, przypadkowe rozmowy dotyczące zarówno codziennych głupot, jak i najważniejszych w życiu kwestii, sprawiają, że palący ból rozstania przygasa wobec melancholijnego oglądu na całość ich relacji. Clementine znika z jego pamięci minuta po minucie, a chłopak zaczyna rozumieć, że nie chce tracić jej całkowicie – quasi-przygodowa gonitwa przez pamięć, by ocalić obraz ukochanej, nie opiera się jednak na gagach i slapsticku, chociaż jednocześnie niepozbawiona jest humoru. Zakochany bez pamięci tak naprawdę jest dramatem o rozpadającym się świecie człowieka, który samotnie staje wobec własnego życia dotychczas dzielonego z tą drugą osobą.

Wyważone, niekiedy minimalistyczne, a niekiedy wręcz brawurowe aktorstwo duetu Jim Carrey/Kate Winslet  sprawia, że tak łatwo jest uwierzyć, iż ten związek nie miał być na dobre i złe, aż po grobową deskę. Jednak wszystkie pierwszoplanowe sprzeczności służą kreowaniu tego „czegoś”, zwanego zwykle ekranową chemią między postaciami. To, co rzekomo miałoby iskrzyć, staje się mikrokosmosem niuansów i uczuć sprawiającym, iż widz obserwuje bardzo osobistą relację, której obraz sam musi stworzyć z oglądanych wspomnień, niekompletnych, rozpadających się na jego oczach, nieuporządkowanych, splatających się równie celowo, co przypadkowo.

Twórcy filmu nie posługują się otwarcie motywami charakterystycznymi dla klasycznych love story, takimi chociażby jak przeznaczenie, bowiem pobrzmiewają one raczej niczym echo w ich opowieści. Kiedy Clementine po zabiegu zmienia kolor włosów i zaczyna spotykać się z Patrickiem, doznaje porażającego uczucia, że wszystko to już raz przeżyła. Gdzieś na granicy nieuświadomionego domyśla się, że nowo poznany chłopak niejako odgrywa przed nią poprzedni związek, posługując się pamiątkami z życia Joela – używa specyficznych przymiotników, działających niczym słowa-klucze, zabiera ją w miejsca kojarzące się z najbardziej prywatnymi spotkaniami czy daje prezenty, które świadczą, że zna ją lepiej niż ktokolwiek inny. Za tymi niuansami kryje się myśl, że miłość nie oznacza konkretnych przedmiotów czy nawet istniejących jawnie wspomnień, do których można wracać, bo de facto jest wyryta głęboko w duszy człowieka, w jego podświadomości. Ten spersonalizowany zbiór szczegółów po prostu dzieli się na dwie osoby, a każda próba zafałszowania jest niczym oglądanie tego uczucia w krzywym zwierciadle, zniekształcającym obraz.

Raczej niestosowne byłoby traktowanie kultowego już filmu Gondry’ego i Kaufmana jako onirycznego science fiction z potencjałem na kino akcji mówiące o sile pamięci. Jednocześnie Zakochany bez pamięci obywa się bez widowiskowych wyznań i manifestacyjnych gestów, którymi lubią posługiwać się twórców historii miłosnych. Jest raczej dziełem wyciszonym, mocno skoncentrowanym wokół bohaterów oraz ich relacji, odrobinę melancholijnym i nostalgicznym zarazem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane