W stronę zachodzącego słońca

Zaginione

Poszukiwacze wersja 2.0

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Riders of the Storm

Mimo coraz częściej obecnych w tym cyklu przykładów feministycznych westernów, gatunek ten nie jest specjalnie pobłażliwy dla płci pięknej. Tym bardziej docenić należy film Rona Howarda z 2003 roku, w którym Cate Blanchett jako samotna matka bierze sprawy w swoje ręce i bez pardonu rusza za zwyrodnialcami, którzy uprowadzili jej córkę. Choć materiał oparto na motywach powieści Thomasa Eidsona pod tytułem The Last Ride, reżyser przyznaje, że to na dobrą sprawę jego swoisty remake Poszukiwaczy z Johnem Wayne’em. A biorąc pod uwagę, że już tamten film był dość bezwzględnym, dalekim od upiększania rzeczywistości dziełem, również i produkcja Howarda nie oszczędza pod tym względem widza.

Rok 1885. Magdalena Gilkeson (Blanchett właśnie) to żyjąca z dala od miasta farmerka z dwiema córkami, znana w okolicy ze swoich medycznych zdolności. Wyrwanie zęba, trudno gojące się rany czy ugryzienie przez węża – z takimi sprawami zaglądają do niej wszyscy. I to dosłownie wszyscy, z Indianami na czele. Magdalence wszystko jedno. Z tej swoistej gościnności pewnego dnia korzysta niejaki Chaa-duu-ba-its-iidan (Tommy Lee Jones) – biały pozujący na rdzennego mieszkańca Ameryki, do cna pochłonięty przez kulturę i wierzenia „dzikusów”. Szybko wychodzi na jaw, że jego i Maggie łączy wspólna przeszłość, niezbyt w dodatku przyjemna, zatem „obcy” zostaje przepędzony z posiadłości przez aspirującego do roli towarzysza życia Maggie Brake’a (Aaron Eckhart).

W kilka godzin później, w trakcie wypadu do miasteczka, on i jego pomocnik Emiliano (znany z epizodu w Facetach w czerni„brzydal” Sergio Calderón) zostają brutalnie zamordowani, a starsza córka, Lilly (jak zawsze słodka Evan Rachel Wood) porwana. Podejrzenie pada wpierw oczywiście na Chaa-duu-ba-its-iidana, w rezultacie dołącza jednak do Maggie i jej małej Dot (Jenna Boyd), której w porę udało się schować przed oprawcami. Aby odzyskać Lilianę, ruszają tropem grupy bezlitosnych Apaczów, którzy, jak się okazuje, terroryzują lokalną społeczność już od jakiegoś czasu. Muszą się spieszyć, gdyż do granicy z Meksykiem wcale nie jest tak daleko, a po jej przekroczeniu nie ma już szans na ratunek…

Cały powyższy tekst to zaledwie strzępek fabuły Zaginionych. W tym ponaddwugodzinnym fresku – w wersji rozszerzonej sięgającym nawet 154 minut – dzieje się bowiem dużo, a przez ekran przewija się sporo postaci, zaś ich relacje są niekiedy mocno skomplikowane (wśród nich wypatrzeć można między innymi bliżej nieznaną wówczas Elisabeth Moss czy cameo Vala Kilmera, pojawia się też w epizodach rodzina reżysera: brat Clint i ojciec Rance). Oczywiście cała tocząca się na terenach Nowego Meksyku (i tam też nakręcona) akcja jest do bezproblemowego ogarnięcia, niemniej The Missing jest raczej filmem, który trzeba uważnie śledzić, żeby nic nie przegapić. Ken Kaufman wysmażył scenariusz co prawda wymagający, ale w tym wyzwaniu kryje się sporo satysfakcji – zwłaszcza w połączeniu z pięknymi zdjęciami Salvatora Totino (pierwszy raz u Howarda) oraz monumentalną niekiedy muzyką Jamesa Hornera, w której do grania na emocjach użyto zarówno instrumentów etnicznych, jak i… zwykłych krzeseł.

I choć bohaterowie nie raz wydają się błądzić, my do końca w nich wierzymy.

Jasne, można zarzucić Howardowi, że miejscami stara się rozpalić zbyt wiele ognisk na zbyt małym terenie, mieszając ze sobą elementy na tyle różnorodne i niecodzienne, że w pewnym momencie na chwilę znika mu z horyzontu główny cel. Samym porwaniem reżyser otwiera sporo drzwi do niechlubnej historii Dzikiego Zachodu. Wszystkie stara się forsować z równą siłą, podobną uwagą. Lecz nie każdy wątek jest w stanie wybrzmieć odpowiednio mocno, a niektóre wydają się wręcz błahym, na dłuższą metę zbędnym dodatkiem do serca historii (acz oczywiście dodają jej pikanterii).

Są zatem Zaginione filmem nierównym, bywają męczące, niekiedy nawet wątpliwe względem drogi, którą odbierają. Grzechu ostatecznego Howard szczęśliwie jednak nie popełnia – jego dzieło nigdy nie jest nudne. I choć bohaterowie nieraz wydają się błądzić, my do końca w nich wierzymy. Nawet w trakcie wielkiego finału, który sprawia wrażenie przesadnie efektownego, przedobrzonego, jakby usilnie mającego wytłumaczyć włodarzom wytwórni Revolution (za dystrybucję odpowiedzialna była natomiast należąca do koncernu Sony Columbia) wpompowane w projekt sześćdziesiąt milionów zielonych. Niepotrzebnie, bo i bez tego ruchomy obraz jest odpowiednio widowiskowy, wciągający, a kiedy trzeba – także przejmujący. Duża w tym zasługa zwłaszcza dwóch elementów.

Pierwszym jest położenie naprawdę dużego nacisku na kulturę północnoamerykańskich Indian – znakomicie oddane w dodatku poprzez uwzględnienie sporych partii dialogów, których współcześni aktorzy nauczyli się bezbłędnie względem historycznych faktów. Zrobili to tak dobrze, że nawet nieliczni potomkowie tej wojowniczej rasy byli pod dużym wrażeniem. Rzecz jasna podkreśla to autentyzm Zaginionych, ale też czyni z nich tytuł unikalny w skali gatunku, bowiem rzadko który western decyduje się na tak spore zaangażowanie względem „czerwonoskórych” – pod tym względem film Howarda jest lepszy od wielu klasyków bezpośrednio im poświęconych.

Niemniej ważny jest styl, w którym podano całą opowieść. Znany raczej z wielce przystępnego dla ogółu kina twórca tym razem nie poszedł na kompromisy, czego efektem słusznie przyznana filmowi kategoria R. I nie chodzi tu oczywiście tylko o juchę lejącą się w trakcie potyczek na ziemię, choć i tej nie brakuje. Roli nie gra też specjalnie język bohaterów, daleki przecież od XXI-wiecznych „fucków” (aczkolwiek i przekleństw kilka się tu znajdzie). Wszystko rozbija się o bezwzględną, pozbawioną sentymentów naturę widowiska – niekiedy szokującą, czasem po prostu niesmaczną i daleką od jakiejkolwiek subtelności, innym razem równie nieprzystępną i wymowną, co niektóre meandry fabularne. A przecież mowa o produkcji, w której znaczącą rolę odgrywa mała, niewinna dziewczynka (notabene większość z nielicznych wyróżnień dla filmu powędrował właśnie do Boyd).

Jeden z najlepszych współczesnych (anty)westernów.

To dobrze jednak, że reżyser nie starał się usilnie złagodzić ruchomego obrazu, tylko pokazał ówczesny świat ze wszystkimi jego niebezpieczeństwami, udowadniając, że Dziki Zachód zasłużył na swój przydomek, bo też i bynajmniej nie był miejscem do radosnych zabaw w Indian i kowboi. Tym samym film Howarda wpisuje się w definicję tak zwanego westernu rewizjonistycznego, czyli grającego niejako na nosie honorowym pojedynkom w samo południe i krystalicznie czystym herosom, które się na nie decydują. Ot, codzienność życia na prerii, bez upiększeń (acz niepozbawiona nutki nadziei, optymizmu, a nawet okazjonalnego humoru). Niestety nie przysłużyło się to zarobkom, jakie Zaginione uzyskały na całym świecie.

Marne trzydzieści osiem milionów martwych prezydentów było zapewne niemałym ciosem dla producentów, wśród których znalazł się oczywiście także sam Howard oraz jego stary kumpel, Brian Grazer. Panowie nie odbili sobie nawet na późniejszej dystrybucji na rynku domowym, gdzie film także nie królował (dość napisać, że, mimo wcześniejszych zapowiedzi, dotąd próżno go szukać na niebieskim krążku). Nie powinni sobie jednak pluć w brodę, bo wysmażyli być może daleki od ideału, ale za to jeden z najlepszych współczesnych (anty)westernów. Twardo podążający drogą Williama Munny’ego. Cormac McCarthy też powinien być dumny. Polecane.

Ostatnio dodane