Recenzje

ZAGADKA ZBRODNI. Zbrodnia po koreańsku

Pierwszoligowy kryminał, nie tylko dla fanów gatunku.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Liczba filmów o seryjnych mordercach z pewnością przekracza liczbę seryjnych morderców. A jednak, jako widzowie, ciągle odczuwamy potrzebę rozwiązywania zagadek i ustalania tożsamości zabójców. Pławienie się w mrokach ludzkiego umysłu stało się niemal zajęciem hobbystycznym. Fakt ten wykorzystują filmowcy od dawna. W ostatnich latach mieliśmy okazję poznać rozwiązanie niejednej zagadki zbrodni – a okazuje się, że najciekawsza z nich czeka na nas w Korei.

Koreańską wsią wstrząsa seria morderstw młodych kobiet – wszystkie giną w podobnych okolicznościach, więc natychmiast pojawia się hipoteza seryjnego zabójcy. Grupa policjantów stara się rozwiązać tytułową zagadkę. Każdy z nich ma swoje metody i motywacje, żaden z nich nie ustąpi, dopóki nie odnajdzie winnego. Tylko kto w tej sprawie jest winny? Dla głównego bohatera – detektywa Parka – nie ma to większego znaczenia. Preparuje dowody, wymusza zeznania, manipuluje faktami. Po drugim stronie bieguna stoi Seo (który przybył z Seulu, by pomóc w sprawie), dla którego śledztwo powinno zostać przeprowadzone z należytą starannością i bez uprzedzeń. Chociaż logika, rozsądek i sumienie podpowiadają, że należy trzymać stronę tego drugiego, to jednak scenariusz weryfikuje nasze przyzwyczajenia i przekonania – w tym tkwi jego siła. Twórcy, zamiast sięgać po klasyczne motywy rozdwojenia osobowości lub trudnej przeszłości, która ukształtowała jakiś chory umysł, rzucają cień podejrzeń na kilku zwykłych mieszkańców wioski, z których każdy wydaje się jednocześnie podejrzany i zupełnie niezdolny do zbrodni. Nie znajdziemy tu też psychologicznej głębi ani freudowskich psychoanaliz. Szukanie mordercy to praca, a do pracy można mieć różne podejście.

Film skupia się więc na policjantach. Park jest miejscowy: małomiasteczkowy, nieobyty, niewychowany. Jego umiejętności detektywistyczne opierają się na instynkcie, przeczuciu, a nawet wróżbach. Gdy poznajemy jego postać, może nam się on jawić niemal jako błazen. A jednak ten policjant-amator prowadzi skomplikowane śledztwo w najpoważniejszej sprawie swojej jednostki. Scenarzyści nie tracą żadnej okazji, by go wyszydzić – uciekają się nawet do czystej komedii, ba! chwilami ocierają się nawet o slapstick. Park wydaje się zupełnie nieprzystosowany do okoliczności, które go otaczają, chociaż w początkowych fazach śledztwa (i filmu) to on wysuwa się na pierwszy plan – dosłownie. Reżyser umiejętnie aranżuje i filmuje ujęcia, utrzymując Parka w centrum uwagi – zwykle na pierwszym planie. Poznając metody zaściankowego policjanta, czekamy, aż do akcji wejdzie Seo, który od samego początku jest pominięty, oddalony i nieważny.  Kiedy to następuje, kamera skupia się na nim, czyniąc z niego główną postać. Jednak im dalej detektywi brną w śledztwo, tym większego dysonansu doznają, by w końcu przewartościować swoje początkowe postawy. Kluczowa scena, przepięknie sfilmowana, rozgrywająca się przy kolejowym tunelu, odwraca postawy detektywów do góry nogami.

Film zręcznie operuje kontrastem i sprzecznością i robi to zarówno w celu wywołania efektu komicznego, jak i dramatycznego. Początkowo ciężar śledztwa nie jest wcale odczuwalny – skupiamy się bardziej na postaciach i relacjach między nimi. Pod tym względem Zagadka… niemal wpisuje się w popularny w detektywistycznym kinie nurt buddy movies, w którym do sprawy angażowano policjantów o zupełnie odmiennych charakterach. Poznajemy skrawki życia bohaterów, obserwujemy ich w pracy i poza nią. Często wspólnie piją i jedzą, a reżyser wykorzystuje te naturalne sytuacje do wnikliwej obserwacji ich zachowania. W tych momentach kamera statycznie, w niskim kluczu, obserwuje grupy postaci, a brak cięć i zbliżeń zachęca widza do samodzielnego wyłapywania szczegółów. Na tym gruncie film koreański całkowicie różni się od, na przykład, amerykańskiego, gdzie strumień obrazów prowadzi odbiorcę za rękę, nie pozwalając mu na poznanie szerszego kontekstu sceny. Chwilami odnosi się nawet wrażenie, że duchowo bliżej Zagadce zbrodni do kontemplacyjnego charakteru filmów japońskiego mistrza Yasujirō Ozu niż, powiedzmy, Davida Finchera – guru amerykańskiego kryminału.

Poniżej znajdują się spoilery dotyczące zakończenia filmu. Jeśli nie chcesz ich poznać – przejdź od razu do następnego akapitu.

Kiedy poznajemy bohaterów i widzimy ich pierwsze wybory, nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wielkie konsekwencje będą mieć w przyszłości. Jednak jest w tym zawarta pewna ironia. Tytułowa zagadka zbrodni nie zostaje bowiem nigdy rozwiązana, a śledztwo detektywa Parka zatacza koło – żegnamy się z nim dokładnie w tym samym miejscu, w którym go poznaliśmy – przy polnej drodze, gdzie w rowie odnaleziono pierwsze zwłoki. Jego postać przechodzi jednak wyraźną przemianę. Zresztą sam finał rozgrywa się kilkanaście lat po głównych wydarzeniach fabuły, a Park jest na policyjnej emeryturze i handluje sprzętem AGD. Zupełnie przypadkowo trafia na dziewczynkę, która mogła widzieć prawdziwego, nigdy nieujętego mordercę.

Wyraźny jest tu podział na męskie i żeńskie. Motyw mordercy, który fetyszyzuje kobiecą bieliznę i w ogóle sam fakt, że ofiarami padają tylko kobiety, sam w sobie byłby idealną platformą dla klasycznego schematu: trudne dzieciństwo, brak matki lub wyraźnej postaci kobiecej (albo krzywda ze strony kobiet), prowadzące do wykształcenia antyspołecznych postaw i w efekcie – morderstwo. Zamiast jednak stygmatyzować morderców jako nienawidzących kobiet, Zagadka… poszerza kontekst podziału płci i nierówności w ich traktowaniu i okazuje się, że sami policjanci nie są wcale lepsi od morderców. Partnerka Parka przyjmuje różne role, w zależności od potrzeb mężczyzny: najpierw jest jego kochanką, a potem – niemal matką. Policjantki na komisariacie traktowane są instrumentalnie i przedmiotowo, a zwłoki ofiary montażowo zestawia się ze smażonym mięsem. Wreszcie jeden z policjantów, niezrównoważony Cho, stosuje przemoc fizyczną wobec niewinnej kobiety podczas barowej bijatyki…

Często spotykałem się z opinią, że scenariusz Zagadki zbrodni jest przewidywalny i nie przynosi żadnych przełomowych rozwiązań. Trzeba jednak mocno się zastanowić, co w istocie oznacza „nieprzewidywalność”. Weźmy grupę dwudziestu filmów (dowolnych), w których mamy  to nieprzewidywalne zakończenie – tzn. takie, w którym postać A okazuje się być postacią B, morderca jest schizofrenikiem albo w ogóle całość jest snem/projekcją bohatera. Czy po obejrzeniu tego typu rozwiązań i zapoznaniu się z mechanizmem działania plot-twistu możemy w ogóle mówić o zaskoczeniu? W ramach pojedynczego filmu, faktycznie, może zaskoczyć, że coś jest inne, niż się z początku wydawało, ale czy w dobie ogólnej tendencji do udziwniania i zakręcania fabuły, możemy jeszcze mówić o tym, że coś jest dla nas naprawdę zaskakujące? Dobry scenariusz to nie tylko „wow” na końcu – to dwie godziny budowania intrygi, przedstawiania postaci, podrzucania faktów, wywoływania napięcia, tworzenia dramatu. I pod tym względem scenariusz zagadki jest zaskakujący, a konkretnie: zaskakująco dobry.

Zagadka zbrodni oferuje świeże i oryginalne spojrzenie na kryminał. Żonglując znanymi motywami i kliszami, reżyser Joon-ho Bong szuka sposobu na wyśmianie ich, przetworzenie i nadania im nowego znaczenia. Mistrzowsko posługując się kamerą jako narzędziem narracji, unika standardowych, do bólu nudnych rozwiązań inscenizacyjnych i pozwala widzowi zaangażować się nie tyle w rozwiązanie zagadki, ile w samo śledztwo, jego przebieg i przede wszystkim – relacje między prowadzącymi je ludźmi. Przykład doskonałego, inteligentnego kina – i kolejne filmowe zaproszenie do Korei.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane