Recenzje

WYSŁANNIK PIEKIEŁ – 30 lat od premiery

Pierwszy „Hellraiser” kończy w tym roku 30 lat. Czy czas był łaskawy dla Pinheada?

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Samo mięso

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych potworów kinowego horroru, Pinhead, jest w nakręconym przez Clive’a Barkera Wysłanniku piekieł z 1987 roku postacią zaledwie epizodyczną. Sam film to produkcja na wskroś angielska, zrealizowana i zagrana w dużej mierze przez Brytyjczyków oraz nakręcona w Londynie, choć ten ostatecznie udaje amerykańskie miasto. W końcu fabuła przypominająca bardziej krwawy, perwersyjny romans niż typowy dla lat 80. fantastyczny slasher bądź ocierający się o komedię horror. Wysłannik piekieł obchodzi w tym roku swojego trzydziestolecie i dla tych, którzy o debiucie Barkera tylko słyszeli bądź znają jedynie słabsze, często koszmarne kontynuacje, pierwszy seans oryginału może być sporym zaskoczeniem.

Pierwsze słowa, jakie słyszymy w filmie, to pytanie. „What’s your pleasure, sir?” najzgrabniej przetłumaczyć jako „Czego pan sobie życzy?”, ale wtedy nie mamy tej „przyjemności” zawartej w angielskim zwrocie. A o przyjemność rzeczywiście w Wysłanniku piekieł chodzi, bardzo specyficzną, gdyż związaną z bólem, cierpieniem i destrukcją ciała.

Film rozpoczyna się od sceny zakupu pokrytej złotymi zdobieniami kostki-układanki. Egzotyka miejsca oraz sprzedawcy kontrastują z kaukaskim wyglądem kupującego – choć Frank (Sean Chapman), bo tak mężczyzna ma na imię, okazuje się Amerykaninem – mając w pamięci, że jest to produkcja angielska, można dostrzec w tym otwierającym fragmencie dalekie echa kolonialnej przeszłości. Do transakcji dochodzi, ale słowa sprzedawcy, który mówi białemu mężczyźnie, że kostka od zawsze do niego należała, sugerują iście diaboliczną sprawę. I rzeczywiście, gdy w następnej scenie półnagi Frank zmienia konfigurację kostki, piekło przychodzi po niego, z majestatycznym, ale melancholijnym osobnikiem z gwoździami w głowie oraz innymi makabrycznie wyglądającymi postaciami.

Po jakimś czasie do domu, w którym Frank Cotton skończył swój żywot, wprowadza się jego brat Larry (Andrew Robinson) z żoną, Julią (Clare Higgins). Szybko dowiadujemy, że tuż przed ich ślubem kobieta miała gorący romans z przyszłym szwagrem, a znalezione w domu rzeczy po nim uruchamiają w Julii wspomnienia. Co innego uruchamia krew Larry’ego, który podczas przeprowadzki dosyć mocno rani swoją rękę – dzięki krwi brata, Frankowi, udaje się uciec z piekła. Obdarty ze skóry i słaby (w tej formie gra go Oliver Smith) ujawnia się kobiecie, aby ta pomogła mu wrócić do poprzedniej formy.

Barker z niezwykłym wyczuciem łączy gotyckie elementy opowieści z bardzo przyziemnym, współczesnym dramatem rodzinnym, w którym znudzona żona wchodzi na drogę zbrodni, aby cokolwiek jeszcze poczuć.

Wysłannik piekieł jest ekranizacją napisanej przez Barkera rok wcześniej powieści The Hellbound Heart, wydanej u nas jako Powrót z piekła. Kultowy już horror nie był jednak pierwszą reżyserską próbą Anglika – w latach 70. nakręcił wraz z grupką znajomych ze studiów dwa krótkie metraże, Salome oraz The Forbidden. Mimo to właśnie Wysłannika piekieł należy uznać za prawowity debiut, zwłaszcza że jest to ewidentnie dzieło początkującego filmowca. Znaleźć tu można niedopracowane ujęcia, niektóre sceny wydają się zbyteczne, niepełniące praktycznie żadnej roli w fabule, a wspomniana wcześniej decyzja, aby Londyn udawał nienazwane miasto w Stanach Zjednoczonych, kompletnie chybiona. Co więcej, są tu również efekty specjalne wątpliwej jakości, z których reżyser powinien był zrezygnować, widząc efekt końcowy. Barker, naówczas autor przede wszystkim Ksiąg krwi, sześciotomowego cyklu opowiadań grozy, potrafi jednak znaleźć filmowe ekwiwalenty swojego literackiego stylu. Z niezwykłym wyczuciem łączy gotyckie elementy opowieści z bardzo przyziemnym, współczesnym dramatem rodzinnym, w którym znudzona żona wchodzi na drogę zbrodni, aby cokolwiek jeszcze poczuć. Jest przy tym niezwykle krwawy i stosownie innowacyjny – postaci nie są tu tylko zabijane, lecz dźgane, rozrywane, traktowane młotkiem i zjadane. Najohydniejszą zaś sceną nie jest moment mordu, lecz niejako narodzin, kiedy krew brata staje się zaczątkiem cielesnej odbudowy Franka.

Ostatnio dodane