Recenzje

Wściekłe psy

To prawie jak teatr. Bohaterowie umieszczeni są w jednym pomieszczeniu, co daje złudzenie, że niczym aktorzy na deskach teatru miotają się po scenie, aby przyciągnąć uwagę widza.

Autor: Andrzej Brzeziński
opublikowano

Kultowe psy

Szkoda, że pisanie recenzji filmów Quentina Tarantino nie przychodzi mi tak łatwo, jak jemu pisanie tych długich dialogów, tak bardzo przecież charakterystycznych dla jego twórczości. Ciężko tu bowiem wysilać się na bycie oryginalnym. Co by o tym reżyserze nie napisać to nie sposób nie wspomnieć o tym jaką ogromną i bezwarunkową miłością darzy kino lub o ciekawostkach takich jak ta, iż filmowego fachu tak naprawdę nauczył się w wypożyczalni kaset video w Manhattan Beach California, gdzie pracował i miał dostęp do niezliczonej ilości filmów.

Jednak pomimo oczywistości powyższych faktów, koniecznie trzeba o nich wspomnieć. Inaczej nie można byłoby zrozumieć, w czym tak naprawdę tkwi geniusz dzieł Tarantino, a już na pewno grzechem byłoby pominięcie ich przy okazji recenzowania jego debiutanckiego dzieła. Dzieła, dzięki któremu Quentin otworzył sobie kopniakiem drzwi do Hollywood i którym na zawsze zmienił oblicze kina. Dzieła, bez którego nie powstałoby kultowe “Pulp Fiction”. Chodzi oczywiście o nie mniej kultowe “Wściekłe psy”.

Film rozpoczyna genialna scena, w której widzimy ośmiu mężczyzn siedzących przy stoliku w taniej restauracji. Jeden z nich analizuje piosenkę Madonny „Like a Virgin”, drugi próbuje znaleźć zapomniane nazwisko w notesie na adresy (co denerwuje pozostałych), a jeszcze inny wyraża swoje stanowisko dotyczące niedawania napiwków. To główni bohaterowie. Sześciu z nich jest ubranych w eleganckie garnitury o pseudonimach odnoszących się do kolorów, czyli Pan Blond, Pan Niebieski, Pan Brązowy, Pan Pomarańczowy, Pan Różowy i Pan Biały. Pozostali dwaj to ich zleceniodawcy, Joe Cabot i jego syn, Eddie. Już w tej początkowej scenie późniejszy twórca “Pulp Fiction” daje próbkę tego, co stało się wyznacznikiem jego filmów nadając im niesamowitego klimatu, czyli wciągających dialogów ‚”o niczym” i ciekawie zbudowanych charakterów postaci.

Wracając jednak do fabuły. Planują oni skok na sklep jubilerski. Jednak coś poszło nie tak, gdyż zaraz później (bo samego napadu nie dane jest nam zobaczyć) widzimy w pędzącym samochodzie Pana Białego i zakrwawionego Pana Pomarańczowego, który został postrzelony w brzuch. Akcja przenosi się do opuszczonego magazynu, gdzie oprócz Pana Białego i Pomarańczowego, na miejsce docierają Pan Różowy i nieco później Pan Blond. Razem starają się ustalić, co było przyczyną nieudanego napadu. Pada podejrzenie, ze ktoś z nich może być policyjną wtyczką (w końcu nic poza swoimi kolorowymi ksywkami o sobie nie wiedzą), a zaplanowany napad mógł być zasadzką. Czy pomimo wzajemnych oskarżeń i nieufności, uda im się ustalić kto zdradził? To po prostu trzeba zobaczyć…

“Wściekłe psy” nie są, jak wskazywałby powyższy opis, zwykłym filmem gangsterskim. To nie jest typowe mafijne kino spod znaku “Ojca chrzestnego” Francisa Ford Coppoli czy “Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone. Bliżej mu już do “Chłopców z Ferajny” Scorsese, jednak to też jeszcze inny kaliber. Tutaj wszystko jest do góry nogami, z przymrużeniem oka, trochę nie na serio. Akcja filmu oparta jest tylko i wyłącznie na charakterystycznych dla Tarantino dialogach i słownych zwrotach akcji. Nie mamy tu zatem widowiskowych pościgów, strzelanin. To prawie jak teatr.

Bohaterowie umieszczeni są w jednym pomieszczeniu, z wyjątkiem retrospekcji, co daje złudzenie, że niczym aktorzy na deskach teatru miotają się po scenie, aby przyciągnąć uwagę widza. I udaje im się to. Widz nie może oderwać oczu od ekranu, wsłuchując się w soczyste od wulgaryzmów dialogi i widząc przemoc, jaką do tej pory charakteryzowało się kino klasy B. Bo trzeba dodać, że “Wściekłe psy” to brutalny film, jednak przemoc jest tutaj tylko instrumentem, którym posłużył się Tarantino, aby stworzyć niesamowicie wciągające dzieło i składnikiem, jednym z wielu, które nakładają się na sukces tego filmu jak i pozostałych, które wówczas miały dopiero powstać.

Tarantino kocha kino – o tym już wszyscy wiedzą. Gdyby nie to uczucie, nie powstałby żaden z jego filmów. Swojemu uczuciu często daje wyraz „wypożyczając” sobie pomysły z innych, a następnie przerabiając na swój sposób i w swoim własnym niepodrabialnym stylu. Każde dzieło Tarantino jest kopalnią zapożyczeń, które uważny widz odkrywa w trakcie seansu, co stanowi kolejny element zabawy przy oglądaniu. Zresztą, sam Tarantino nie ukrywa swoich inspiracji. Nie inaczej jest w przypadku “Wściekłych psów”. Począwszy od nazewnictwa głównych bohaterów, które zainspirowane zostało filmem “Długiego postoju na Park Avenue” Josepha Sargenta z Warrenem Beaty i Robertem Shaw, a na odniesieniach fabularnych do “Płonącego miasta” Ringo Lama czy “Zabójstwa” Stanleya Kubricka, kończąc.

Niektóre sceny są nawet żywcem przeniesione z innych filmów. Mam tutaj na myśli kultową już scenę torturowania policjanta, w której Pan Blond obcina mu ucho. Tarantino bowiem klatka po klatce cytuje jeden z najsłynniejszych spaghetti westernów w historii kina, czyli “Django” Sergio Corbucciego. Scena ta we “Wściekłych psach” zrobiła tyle samo zamieszania, co jej pierwowzór w 1966 roku, i niemal wyleciała z ostatecznej wersji filmu. Reżyser jednak w ostatniej chwili ucieka kamerą z pola widzenia pokazując jedynie pustą przestrzeń. Widz jedynie słysząc krzyki policjanta, dopowiada sobie, jak ta scena może wyglądać naprawdę i samodzielnie kreuje w swej wyobraźni krwawe obrazy. Warto w tym miejscu dodać, że autorem zdjęć był tutaj nasz rodak, Andrzej Sekuła, który później współpracował jeszcze z Tarantino przy “Pulp Fiction” i jednym segmencie z “Czterech Pokoi”.

Sukces “Wściekłych psów” nie byłby tak ogromny gdyby nie znakomite aktorstwo. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj Tim Roth, jako Pan Pomarańczowy, i Harvey Keitel w roli Pana Białego. Ten pierwszy stworzył w tym filmie jedną z pierwszych ważniejszych kreacji w karierze, a gdyby nie Keitel debiut Tarantino nigdy nie ujrzałby światła dziennego. To on bowiem zwrócił uwagę na scenariusz początkującego reżysera, zgodził się wystąpić w jednej z głównych ról, dzięki czemu budżet z 150 tysięcy dolarów wzrósł do 350 tysięcy. Jedną z lepszych kreacji zarówno w filmie, jak i swojej karierze, stworzył Michael Madsen jako psychopatyczny Pan Blond. Jego rola zapamiętana została głównie przez wspomnianą już scenę obcinania ucha, w której podryguje w rytm “Stuck in the Middle With You “ w wykonaniu Stealers Wheel, czy kultowy tekst “Are you gonna bark all day, little doggie, or are you gonna bite?”.

Zresztą, we “Wściekłych psach” każda postać wypowiada tekst, który na stałe wpisał się na listę najpopularniejszych cytatów filmowych. Tak więc mamy tu Steviego Buscemi jako świetnego Pana Różowego i jego tekst o poglądach na dawanie napiwków, Chrisa Penna jako “Nice Guy” Eddie’ego i jego historyjkę o bitej kobiecie, która odegrała się na mężu w drastyczny sposób, czy samego Quentina Tarantino i jego monolog na temat znaczenia piosenki Madonny. To tylko niektóre przykłady, bo wymieniać można by w nieskończoność. W każdym razie trzeba to usłyszeć na własne uszy i zobaczyć na własne oczy, bo te dialogi nie brzmiałyby tak dobrze, gdyby nie aktorzy, którzy je wypowiadają.

“Wściekłe psy” to dzieło, które swego czasu podzieliło swoich widzów pomiędzy absolutnych pasjonatów i zatwardziałych przeciwników. Jedni zachwycali się świetnymi rolami, kapitalnymi dialogami, czy rewelacyjną ścieżką dźwiękową. Drudzy z kolei zarzucali reżyserowi epatowanie przemocą, okrucieństwo oraz wulgarność.

Dziś to prawdziwy klasyk, który obecnie jest jednym tchem wymieniany obok innych gigantów gangsterskiego kina i nie tylko. Słynną scenę obcinania ucha porównywano do sceny morderstwa pod prysznicem z “Psychozy” Hitchcocka, a samego Tarantino do Sama Peckinpaha, Martina Scorsese czy Abela Ferrary. Krytycy wyrobili sobie przychylne opinie o debiutanckim dziele Tarantino i nawet Ci, u których wywoływał skrajne emocje, podkreślają jego wkład w historię kina. Styl zapoczątkowany przez niego we “Wściekłych psach”, a rozwinięty później w “Pulp Fiction”, znalazł również wielu naśladowców. Najlepszym przykładem będzie Guy Ritchie i jego “Porachunki” oraz “Przekręt”, co chyba najlepiej świadczy o wartości tego obrazu. Ten film to po prostu pozycja obowiązkowa!

Ostatnio dodane