Recenzje

WROGOWIE PUBLICZNI (2009)

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Michael Mann jest facetem, który nie musi już nikomu niczego udowadniać. Przez niemal 30 lat kariery stworzył tuzin filmów, które pozwoliły mu na stałe zapisać się w historii kina, a jego indywidualny, autorski styl jest nie do podrobienia. Wydaje mi się, że jest on mentalnym spadkobiercą legendy francuskiego kina, Jeana Pierre’a Melville’a. Filmy obu tych dżentelmenów można określić jako epickie kino akcji – realizowane w ramach różnych gatunków, na przykład filmu kostiumowego (Ostatni Mohikanin) czy kryminału (Łowca). Największym osiągnięciem Amerykanina pozostaje bez wątpienia Gorączka – jedyne triumfalne spotkanie dwóch tuzów amerykańskiego aktorstwa – Roberta De Niro i Ala Pacino (o drugim, nazwanym ironicznie Zawodowcy, świat wolałby chyba zapomnieć), które przyniosło reżyserowi uznanie i sławę, a jego nazwisko już chyba zawsze będzie kojarzone z tym tytułem.

Po przeciętnej kinowej adaptacji popularnego serialu Miami Vice, Mann wziął się za realizację biografii jednej z najbardziej barwnych i fascynujących postaci gangsterskiego półświatka lat 30. – Johna Dillingera. Choć filmów opowiadających o tamtym okresie powstały już dziesiątki, reżyser spróbował wymyślić koło na nowo, ale sztuka ta mu się nie udała.

Wielki potencjał tkwiący w charyzmatycznej postaci Dillingera i zdeterminowanej osobie Purvisa zmarnowano przez klonowanie rozwiązań z innych filmów.

Film cierpi na chroniczny wręcz brak świeżości. Absolutnie każdy element biografii Dillingera był wcześniej przerabiany setki razy z większym lub mniejszym powodzeniem. Akcja koncentruje się na coraz to bardziej brawurowych napadach na banki. Przepleciono ją wymuszonym i wciśniętym jakby na siłę wątkiem romansowym i doprawiono kilkoma scenami z agentami zalążkowego wtedy jeszcze FBI. Ot, taka pretekstowa historyjka do pokazania feerii hucznych strzelanin, pościgów, wymian ognia, pogoni, zajść z użyciem broni palnej i ucieczek. Tak, wiem, to, co przed chwilą zostało napisane, to istne ‚masło maślane’, ale tak też jest w filmie. Niestety, wielki potencjał tkwiący w charyzmatycznej postaci Dillingera i zdeterminowanej osobie Purvisa zmarnowano przez klonowanie rozwiązań z Bonnie i Clyde’a i Nietykalnych.

Wydaje się to dziwne, znając styl Manna. We wspomnianej Gorączce sceny akcji ograniczył przecież do minimum (ale jak już były, to jakie!), skupiając się na moralnych rozterkach głównych bohaterów, nie popadając w banał i dłużyzny. Przez 170 minut seansu wyeksploatował temat, nie powtarzając się przy tym i dokonując trafnych refleksji bez grama ckliwości. We Wrogach publicznych tego nie ma – nie wiem, czy nie próbował, czy mu po prostu nie wyszło. Cały film wygląda jak lizanie tematu, zamiast wgryzania się w środek. Romansowanie z Billie Frechette rozpoczyna się od kilku całkiem udanych scen podrywu, po czym zostaje ograniczone do ogranych schematów typu „czekaj na mnie, wrócę do ciebie, choćby mnie zamknęli w lazarecie Sing-Sing z bandą rozsierdzonych Murzynów” i „nigdy nie przestanę cię kochać, mimo że moje życie ogranicza się do wyczekiwania informacji o twojej śmierci w radiu”. W niczym nie przypomina burzliwego romansu. O miłości Dillingera do szybkich samochodów i wystawnego życia napomknięto w kilku miejscach, ale o tym się tylko MÓWI zamiast POKAZYWAĆ. Czyżby Mann zapomniał o podstawowej, kanonicznej zasadzie filmu, który tym właśnie różni się od książki, że tu się rzeczy pokazuje, a nie omawia? Gdzie sceny wielkich, gangsterskich libacji alkoholowych w podziemnych klubach, gdzie wystawne życie ponad stan, gdzie pycha, która cechowała pobratymców Ala Capone’a?

Tak samo niedorobiony wydaje się wątek postaci Melvina Purvisa i jego współpracy z J. Edgarem Hooverem oraz Biura Śledczego, które w latach 30. raczkowało. Sam Purvis był równie intrygującym człowiekiem co Dillinger, jednak w filmie jego determinacja ogranicza się do plecenia banałów o wspaniałości dowodzonej przez niego jednostki i włażenia Hooverowi między pośladki. A gdyby zrobiono z niego pełnokrwistą, targaną emocjami postać zamiast papierowej kukiełki, może pojedynek na linii złoczyńca – stróż prawa nabrałby rozmachu i drapieżności znanych chociażby… nie, nie będę mówił skąd. A tak mamy kilka nieszkodliwych tarć, wymianę uprzejmości w więzieniu i na tym koniec „konfrontacji”.

Ostatnio dodane