VHS

WOJOWNIK ZAGINIONEGO ŚWIATA. Postapokalipsa na włoskiej ziemi

Wielkość filmu można mierzyć na wiele sposobów. Wielkością "Mad Maxa" może być natomiast liczba niskobudżetowych produkcji, jakie zainspirował, a "Wojownik zaginionego świata" jest jedną z najgorszych/najlepszych.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Przejechał przez ścianę złudzeń, by zwyciężyć zło świata.

Wybraniec przechodzący przemianę od zera do bohatera, by zbawić ciemiężony lud przed tyranią opresyjnych władz, to klisza głęboko zakorzeniona w filmach science fiction. Przed Neo było wielu, a jednym z najbardziej nieporadnych i jednocześnie najbardziej urzekających jest bezimienny motocyklista walczący po stronie prawdziwej opozycji totalnej.

Wystarczy kilka dźwięków wydanych przez syntezator podczas przydługich napisów wprowadzających w realia fantazji stworzonej przez Davida Wortha (w 1983 roku jeszcze anonimowego, ale już sześć lat później świętującego sukces po premierze kasowego Kickboxera z Jean-Claude’em Van Dammem w roli głównej), by natychmiast przenieść się do świata kiczu lat 80. Za wpadający w ucho motyw przewodni odpowiada Daniele Patucchi, który publikuje po dziś dzień, ale niestety nie cieszy się podobną sławą jak John Carpenter w swoim scenicznym, drugim wcieleniu czy nawet naśladujący go młodzieńcy z Carpenter Brut albo Perturbator.

Co do samego świata przedstawionego, to reżyser serwuje postapokaliptyczny standard. Żądny władzy despota (w tej roli Donald Pleasence, do złudzenia przypominający Bondowskiego Dr. No czy może nawet bardziej jego karykaturę – Dr. Evil znanego z przygód Austina Powersa) narzuca poddanym prawa i obowiązki stworzone zgodnie z własnym kaprysem, po czym powołuje oddziały policyjne – Omega, które mają stać na straży wypaczonego porządku. Oczywiście istnieje także ruch oporu, który – zgodnie z odczytem lektora – ma za cel „walczyć o tolerancyjne społeczeństwo”… Nie sprawdzajcie nagłówka, to naprawdę jest recenzja amerykańsko-włoskiego filmu z 1983 roku, a nie najświeższe informacje z Polski. Być może niektórzy są po prostu zbyt dużymi fanami Donalda… rzecz jasna Pleasence.

Wojownika zaginionego świata (i wielu mu podobnych) nie byłoby bez Wojownika szos, ale zamiast na pustkowia zostajemy wrzuceni w przyjazne, zielone rewiry z ewidentnie inscenizowanymi niedoskonałościami terenu, gdzie po zadbanych ulicach mkną pojazdy obudowane kartonem, a futurystyczna broń od współczesnej różni się jedynie wydawanymi odgłosami, które wzbudzają skojarzenia z goszczącą na ekranach kin zaledwie trzy miesiące wcześniej Akademią pana Kleksa. W takich okolicznościach mogą się dziać wyłącznie rzeczy przedziwne.

Jeździec zbiera grupę aspołecznych wyrzutków złożonych z wojowników kung-fu odzianych w tradycyjne stroje, typowych rednecków, żołnierzy oraz punków, a raczej wyobrażenia o nich, jakie w latach 80. często pojawiało się na ekranach.

Postrzał w głowę nie robi większego wrażenia na głównym bohaterze; zostaje wyleczony przez odzianych w białe szaty mędrców za pomocą światła; a niedługo później trafia na imprezę w stylu BDSM, gdzie zamiast didżeja słychać gitarzystę odgrywającego niekończące się solówki. Jeździec – jak to zwykle bywa – nie wierzy w przepowiednię namaszczającą go na wybrańca, chce się wycofać w obliczu spodziewanej klęski, ale wystarczy, że dama rzuca mu w twarz: „Dałeś słowo”, by natychmiast zmienił zdanie (ach, ta rycerskość herosów kina klasy B). Wreszcie zbiera grupę aspołecznych wyrzutków złożonych z wojowników kung-fu odzianych w tradycyjne stroje, typowych rednecków, żołnierzy oraz punków, a raczej wyobrażenia o nich, jakie w latach 80. często pojawiało się na ekranach. Spoilerem nie będzie ujawnienie, że ostatecznie dobro zwycięża, a co ciekawsze, cała ta banda zdegenerowanych zakapiorów w końcówce zasiada razem w opuszczonej fabryce, rzuca balonikami w amerykańskich barwach i chóralnie odśpiewuje podtrzymującą na duchu pieśń w stylu We Are the World. Jeżeli to was nie zachęca do sięgnięcia po film po mistrzowsku oddający ducha kaset VHS, to nic was nie zachęci.

Na honorowe wyróżnienie zasługuje gadający motocykl Jeźdźca, który jest dla niego czymś pomiędzy KITTem Davida Hasselhoffa w Nieustraszonym a Samanthą w Her, jednak dla widza bardziej będzie przypominać irytującego Jar Jar Binksa. Kiedy więc ginie w męczarniach pod kołami Megabroni (tak, motocykl cierpi i tak, Megabroń to nazwa najpotężniejszej broni w arsenale Omegi), dramatyczna muzyka w tle nie jest w stanie wywołać choćby krzty wzruszenia.

W roli głównej Robert Ginty, który ról głównych miał na koncie niewiele. Znacznie ciekawsze postacie pojawiają się na drugim planie – wspomniany Donald Pleasence, czyli jeden z ulubionych aktorów Johna Carpentera; znakomity Fred Williamson znany z niezliczonych produkcji blaxploitation, ale także z Od zmierzchu do świtu; przedwcześnie zmarła Persis Khambatta – bohaterka pierwszego kinowego Star Treka, a także Geretta Geretta znana z Terminator II, ale tego włoskiego, oraz Scott Coffey, częsty współpracownik Davida Lyncha. Można więc wiele złego powiedzieć o Wojowniku zaginionego świata (i wiele powiedziano, chociażby podczas jednego z odcinków Mystery Science Theater 3000), ale umiejętności aktorskie stoją tutaj na ponadprzeciętnym poziomie, jak na tego rodzaju produkcje i głównie dzięki zaangażowaniu świetnej obsady seans okazuje się czystą przyjemnością.

Ocena osiem na dziesięć to rzecz jasna ocena na bardzo specyficznej skali, która nie obejmuje ani Obywatela Kane’a, ani Botoksu, lecz zupełnie alternatywną rzeczywistość filmową. Dla większości śmiertelników adekwatniejszą oceną byłaby jedynka i wymazanie z kart historii, ale poszukiwacze kiczu i tandety w dobrym smaku odnajdą tutaj skarb najwyższej próby.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane