Recenzje

WHEN WE RISE. Lekcja historii ruchów LGBT. Nic więcej

Z poszatkowanej fabuły, wrzeszczących tłumów, wyszła szara, niestrawna papka.

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Kojarzycie filmy typu Bóg nie umarł? Przeciętne, pod względem formy i estetyki przystosowane dla nastolatków dziełka, na które całe klasy idą w ramach lekcji religii? When We Rise tworzy podobny klimat, choć służy nie tyle indoktrynacji, ile edukacji historycznej. Naprawdę, nic więcej.

Brak tu oryginalnych zabiegów artystycznych. Na początku premierowego odcinka widzimy Cleve’a Jonesa, doświadczonego aktywistę, który dla potrzeb wywiadu przypomina sobie kiełkujący ruch LGBT w latach sześćdziesiątych. Ciąg dalszy to retrospekcje, przybliżające nam troje głównych bohaterów: wspomnianego wyżej Cleve’a, który po coming oucie chce znaleźć się jak najdalej od domu; członka marines, czarnoskórego Kena Jonesa, który w czasie wolnym od ostrzeliwania wybrzeży Wietnamu randkuje ze swoim kochankiem; wolontariuszkę Romę, chodzącą ze swoją dziewczyną za rękę po ulicach kolorowego Togo. W każdym z nich, w wyniku unikalnego splotu wydarzeń, budzi się pewna odpowiedzialność i świadomość. Za kobiety i czarnoskórych, za gejów i za lesbijki.

Korci mnie, żeby uprościć: za ludzi. Jednak nie, nie dla nich. Jeśli chodzi o ideologie budujących się w Stanach, a szczególnie w San Francisco, ruchów równościowych reżyser nie wybielił. Pierwsze feministki nie przepadały za lesbijkami, lesbijki z kolei nienawidziły mężczyzn. Geje traktowali kobiety z góry, i tylko transwestytom wszystko prócz makijażu było obojętne. Gus Van Sant i Dustin Lance Black, twórcy uhonorowanego Oscarami za scenariusz i pierwszoplanową rolę męską Obywatela Milka (w roli pierwszego wyoutowanego homoseksualisty zasiadającego w kalifornijskim ratuszu znakomity Sean Penn), już niespełna dziesięć lat temu zrobili solidny research – ale tym razem zapomnieli o wkomponowaniu weń fabuły.

Wyobrażam sobie to tak: zasiadając do pisania scenariusza, Dustin Lance Black wyrysował gęstą oś czasu. „Zamieszki w nowojorskim Stonewall w 1969 – ok, wspomniane. Budowa budynku kobiet w San Francisco, 1973 – będzie. Zaprojektowanie flagi ruchu LGBT – być musi. Wybuch AIDS – koniecznie”. A gdy już całą stronicę zapełniły wydarzenia mniej i bardziej znaczące, scenarzysta w wolnych miejscach dopisał momenty fikcyjne. Obdzielił nimi po równo Cleve’a (w tej roli młody aktor teatralny Austin McKenzie), Romę (Emily Skeggs to kolejna gwiazdka Broadwayu) i Kena (nieopierzony jeszcze aktorsko Johanatan Majors). Dla efektu posiekał fabułę jak wołowinę do burgera, oferując bohaterom naprzemienne sekwencje (góra) pięciominutowe.

Stąd do niesionych przez wir wydarzeń aktywistów trudno się przywiązać. Tym bardziej, że nie urzekają dobrą chociażby grą aktorską, a i te przełomowe sceny protestów widzieliśmy przecież na ekranie setki razy. Choć nigdy tak wielu w tak krótkim odstępie czasowym. Van Sant i Black w 2008 świetnie opowiedzieli historię Harveya Milka, jednostki. W przypadku całego ruchu nie idzie im wcale, bo do jednego worka chcą wrzucić wszystko: L, G, B, kobiety i czarnoskórych. Oto, co wychodzi z kina opartego na parytetach. Serca fanów filmów LGBT w trakcie oglądania When We Rise biją mocniej tylko w jednej sytuacji – gdy na ekranie pojawia się lesbijska ikona, Rosie O’Donnell. Nawet Whoopi Goldberg w roli epizodycznej nie ratuje sprawy.

Jakby tego było mało, tylko czekać, aż za When We Rise zabiorą się homofoby. Nienawistne lesbijki i wkurzeni geje będą stanowić dla nich świetną pożywkę do niekończącego się sporu ku wytyczeniu jedynej słusznej drogi życiowej. Serial niczym się nie broni – fabułą, aktorstwem, zdjęciami… Może charakteryzacją, tak że prawie niczym. To ilustrowany podręcznik historii ruchów LGBT w San Francisco. A jeśli ktoś będzie miał na tyle szczęścia, by zauważyć w nim fabułę, nie ma powodu do radości. I tak jest przewidywalna jak kolory kolejnej tęczy.

To już nie te czasy, że queerowa publika przyjmie wszystko, byle tylko zobaczyć gejów na ekranie. Jak zrobić dobry, odpowiedzialny społecznie serial gejowski? Sięgnijcie, panowie, do klasyki. Polecam Queer as Folk (oczywiście, to chlubny wyjątek, w wersji amerykańskiej).

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane