W stronę zachodzącego słońca

WENDETA

Porażająca klimatem holenderska produkcja z diabolicznym Guyem Pearce'em.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Stamppot-western

Brimstone – bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu Martina Koolhovena – oznacza dosłownie siarkę. Ta z pewnością fanom kina grozy kojarzy się z siłami nieczystymi, wrotami piekielnymi. Nie jest to zły trop. Pod wieloma względami ta holenderska produkcja jest całkiem nielichym straszydłem osadzonym w czasach pionierskich na dzikich terenach Ameryki Północnej. Horrorowe konotacje uwypukla dodatkowo mocny nacisk na wiarę i religię – tak chętnie krzewione wówczas wśród osadników przybyłych z Europy. Nie bez znaczenia jest zresztą fakt, że całą historię podzielono na rozdziały o nazwach zaczerpniętych wprost z Biblii…

Objawienie (Nowy Testament), Exodus i Geneza (oba Stary Testament) oraz dopełniająca całości, typowo ludzka, zapisana jedynie umownie krwią na duszy Zemsta – tak przedstawia się Wendeta w pigułce. Nie oddaje ona jednak w pełni filmu, bardzo ciekawie zrealizowanego. Obserwujemy bowiem różne przedziały czasowe, zmontowane ze sobą w taki sposób, że początkowo trudno je ze sobą w ogóle jakoś powiązać logicznym ciągiem. I choć już na samym wstępie reżyser daje nam wgląd w finał tej historii, naprawdę trudno jest przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, a i faktyczny koniec tychże wcale nie jest taki oczywisty, jakby się mogło wydawać.

Wendeta to swoisty krąg życia z perspektywy płci pięknej.

Ale sztuczka z zaburzeniem narracji nie jest jedynie pustym widzimisię twórców. W głównej mierze doskonale rozwija postać głównej bohaterki. Czy też raczej: bohaterek, bo chociaż wszystko się tu ze sobą dogłębnie łączy, to kobiet obserwujemy de facto kilka – każda w innym wieku, o różnej emocjonalnej i fizycznej dojrzałości, stanie ducha… Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, iż każdy rozdział reprezentuje kolejne stadia kobiecości, a cała Wendeta to swoisty krąg życia z perspektywy płci pięknej.

A zaczyna się wszystko od niemej Liz (Dakota Fanning w być może najlepszej swojej dorosłej roli), która będąc częścią niewielkiej, spokojnej społeczności, wybiera się wraz z rodziną do kościoła. Tam okazuje się, iż do tego przybytku Bożego zawitał właśnie nowy pastor (niepokojący do cna Guy Pearce), który z miejsca wzbudza u Liz ogromne przerażenie. Szybko wraca ona z najbliższymi do domu, próbując przekonać męża, iż czym prędzej powinni uciekać. Kilka minut niezwykle dramatycznej akcji później następuje cięcie i obserwujemy już młodą dziewczynę, Joannę (dobra Emilia Jones), która błąka się po pustyni, wyczerpana. Uratowana przez napotkanych Chińczyków, zostaje następnie sprzedana niejakiemu Frankowi (Paul Anderson) – właścicielowi burdelu w pobliskim miasteczku górniczym…

Więcej absolutnie nie można zdradzać, bo główna siła Brimstone tkwi nie tylko w zaburzeniu chronologii i fabularnych niespodziankach, ale, przede wszystkim, w szczegółach, które z czasem poznajemy. I trzeba przyznać, że Koolhoven z niezwykłą wprawą serwuje nam kolejne fragmenty tej specyficznej układanki, perfekcyjnie stopniuje napięcie, spokojnie popychając akcję do przodu i pozwalając jej poszczególnym elementom odpowiednio wybrzmieć. Przez niemal dwie i pół godziny seansu udaje mu się utrzymać niesłabnące zainteresowanie widza. Bez ani chwili nudy skutecznie pobudza ciekawość – a ta, jak wiemy, to pierwszy stopień do piekła.

I piekło rzeczywiście Wendetę przenika, podskórnie wyczuwalne w niemal każdym kadrze, napędza jej bohaterów, niektórych nawet definiując. I to na kilku poziomach. Tym typowo ziemskim, gdzie nie ma przebacz i trzeba zabijać, aby przetrwać. Kobiecym, przez mężczyzn (w większości naprawdę podłych i/lub zimnych) zgotowanym. Psychicznym pokłosiu radykalnej religii i ciasnych norm społecznych oraz tym najprawdziwszym – znanym z wierzeń mitycznym miejscem czystego zła.

Czy jego bezlitosnym wysłannikiem rzeczywiście jest tak charyzmatycznie głoszący słowo Boże kapłan o twarzy pooranej bliznami? A może to jedynie błądząca w swym szale jednostka, która na własnej skórze piekła doświadczyła, na własne oczy je widziała? Lub jakiś duch przeszłości, mszczący się za grzechy? Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie nigdy nie pada i można się tylko domyślać, snuć teorie. Ale także i tu diabeł kryje się w szczegółach. Dość napisać, że narząd wzroku Pearce’a jest faktycznie kluczowy dla postrzegania jego postaci, podskórnie nadając całemu projektowi drugiego dna.

Wywołuje dreszcze samą swoją obecnością na ekranie.

Aktor jest przy tym naprawdę hipnotyzujący w swojej diaboliczności. Jego pastor wywołuje dreszcze samą swoją obecnością na ekranie, nawet w tych pozornie spokojnych sekwencjach, w których jesteśmy w stanie uwierzyć w jego dobre chęci, światłe cele, szczytne motywy pozornie okrutnego postępowania. To bez cienia przesady jeden z najlepszych, najciekawszych i zarazem tak niejednoznacznych antagonistów w kinie ostatnich lat i już choćby znakomita kreacja australijskiego aktora warta jest seansu – bynajmniej nie egzorcystycznego. Choć kto wie, kto wie…

Ostatnio dodane