Wejście smoka - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Wejście smoka








Rafał Donica
17.06.2013


 Wytwórnia: Warner Bros/USA

Reżyseria: Robert Clouse

Scenariusz: Michael Allin

Zdjęcia: Gil Hubbs

Muzyka: Lalo Schifrin

Obsada: Bruce Lee,  John Saxon,  Jim Kelly, Shin Xien, Bolo Yeung

„Wejście smoka” miało być pierwszym amerykańskim filmem Bruce’a Lee.
Jego nagła śmierć sprawiła, że „Wejście smoka” zostało filmem najlepszym.

Bruce Lee nie miał początkowo zbyt wielkiego szczęścia w Hollywood, mimo że w Chinach pojawiał się na srebrnym ekranie od wczesnego dzieciństwa. Zdobył wszak drugoplanową rolę w amerykańskim serialu „Green Hornet”, jednakże po pierwszych zachwytach nad ekranowymi wyczynami Bruce’a, kurz popularności opadł i żadne nowe propozycje nie napływały. A Bruce Lee miał wielkie ambicje. Ucząc Jeet Kune Do hollywoodzkie gwiazdy, m.in. Jamesa Coburna i Steve’a McQueena, pragnął stać się tak sławny jak oni (McQueen był wówczas u szczytu popularności), a zarabiać jeszcze więcej. McQueen pragnął z kolei posiąść takie umiejętności w sztukach walki, jakimi dysponował Lee. Gwiezdzie „Bullita” nie udało się choćby zbliżyć poziomem umiejętności kung fu do gracji, perfekcji i szybkości Bruce’a. Sam Bruce za to, choć nie dożył takich gaży za rolę, jakie otrzymywał McQueen, stał się legendą – zarówno w świecie filmu, jak i sztuk walki. I choć od jego śmierci upłynęło 40 lat (pogrzeb Bruce’a Lee odbył się w 1973 roku) pamięć o nim i jego filmach jest wciąż żywa w świadomości kolejnych pokoleń widzów.

Podobnie jak w przypadku Marilyn Monroe czy Jamesa Deana, śmierć przysłużyła się do unieśmiertelnienia ‚Małego Smoka’, otoczenia jego osoby nimbem tajemniczości i trwającym do dziś kultem. Zanim jednak to nastąpiło, Bruce Lee, zawiedziony brakiem propozycji filmowych – wszak Azjaci wciąż nie byli zbyt mile widziani w hollywoodzkich produkcjach – powrócił do Chin, gdzie nakręcił trzy wielkie przeboje: „Wielkiego Szefa”, „Chińskiego łącznika” oraz „Drogę smoka”. Gdy stał się supergwiazdą na Dalekim Wschodzie, Amerykanie, czyli Robert Clouse (przyszły reżyser „Wejścia smoka”) i producenci z Warnera, oczarowani jego wyczynami w „Wielkim Szefie”, postanowili napisać specjalnie dla niego scenariusz. Na podstawie niego, jak się miało wkrótce okazać, powstał film wyznaczający nową jakość w kinie kopanym.

Znając umiejętności i fizyczne uwarunkowania Lee (przy wadze 69 kg i wzroście 171 cm przechodził przez przeciwników niczym tornado przez pole kukurydzy) producenci, Robert Clouse i bliscy znajomi Bruce’a, a także on sam, zdawali sobie sprawę, że wielka, szykowana pod Bruce’a produkcja z całą pewnością uczyni z niego mega-gwiazdę już nie tylko w Azji, ale wszędzie tam, gdzie dociera kino. Na trzydziestodwuletnim ambitnym aktorze spoczywała wielka odpowiedzialność za sukces lub porażkę filmu; „Wejście smoka” było z kolei jego być albo nie być w Hollywood. I choć w napisach początkowych obok jego nazwiska figuruje Amerykanin John Saxon, to właśnie Mały Smok miał wziąć na swoje barki główną rolę i udźwignąć ciężar produkcji. Co obok nazwiska Lee robiło wspomniane nazwisko Johna Saxona? Otóż w czasie powstawania filmu nie do pomyślenia było, aby nazwisko chińskiego aktora pojawiło się w napisach początkowych przed aktorem amerykańskim. Aby całkowicie zachować poprawność polityczno-nacyjną, w roli trzecioplanowej mamy Afroamerykanina z koszmarnym afro na głowie, który w połowie filmu równie koszmarnie ginie z ręki Hana. Mimo konglomeratu rasowego, to właśnie Azjata Lee miał być główną atrakcją parku rozrywki pod tytułem „Wejście smoka”.

Gdy rozpoczęła się realizacja „Wejścia smoka” (w koprodukcji Hong Kong/USA), Bruce Lee nie zjawiał się na planie przez dwa tygodnie, a pierwsze występy przed kamerami ujawniały jego zdenerwowanie i zagubienie w wielkiej machinie produkcyjnej. Proces realizacyjny po pierwszych trudnościach ruszył w końcu pełną parą, niekiedy tylko przerywany prawdziwymi walkami Bruce’a Lee ze statystami,  rzucającymi mu prawdziwe wyzwania. Filmowa fikcja mieszała się też niekiedy ze światem realnym. Do historii przeszła walka Lee z Oharrą, w której Oharra próbował zaatakować chińskiego Mistrza potłuczonymi butelkami. Jak mówi odtwórca roli Oharry, na planie przez przypadek zranił Bruce’a kawałkiem szkła i ponoć Bruce był na niego tak zły, że boczne kopnięcie, po którym Oharra wpadł w grupę zawodników obserwujących walkę, nieprzypadkowo było tak mocne…

Bruce Lee był niezmordowany, pracował, jak mówią ludzie z ekipy produkcyjnej, 24 godziny na dobę, sam planował choreografię scen walk, pomagał przy ustawieniu kamer i rysował storyboardy. Lee miał kontrolę nad wszystkimi swoimi filmami, „Wejście smoka” nie było więc wyjątkiem, co jednak w momencie, gdy Azjata otrzymał po raz pierwszy główną rolę w hollywoodzkim filmie, było czymś niecodziennym.

„Wejście smoka” miało być dla Bruce’a pierwszą wysokobudżetową międzynarodową produkcją, która wkrótce wyniosła go na szczyty popularności.

Rzeczywistość jak zwykle przerosła filmowe scenariusze. Bruce Lee, pracujący po zakończeniu „Wejścia smoka” nad swoim kolejnym filmem – „Grą śmierci” (film miał odzwierciedlać filozofię sztuki walk uprawianą przez mistrza), nieoczekiwanie zmarł. Gdy „Wejście smoka” weszło na ekrany, z miejsca stało się hitem, a osoba Bruce’a automatycznie zapisała się złotymi literami na kartach historii filmu. Jakie jest „Wejście smoka” i czy obraz Roberta Clouse’a faktycznie jest tak dobry, czy też może to śmierć Lee uczyniła film kultowym? Czy gdyby nie szokujące zrządzenie losu, gdyby nie etykietka ‚ostatni film mistrza’, „Wejście smoka” byłoby dziś tak znane? Ośmielę się w tym miejscu napisać, że „Wejście smoka” mogło się okazać zaledwie przygrywką, filmową rozgrzewką przed czymś naprawdę wielkim – nigdy nieukończoną i błąkającą się po świecie we fragmentach spektakularną „Grą śmierci”, do której zdążono nakręcić niemal cały materiał „kopany”. Wracając jednak do ostatniego i niewątpliwie najlepszego („Gra śmierci” z powodu niedokończenia, nigdy nie będzie mogła być oceniona) filmu Bruce’a Lee, będącego jednocześnie czołowym przedstawicielem kina spod znaku kung-fu. Należy zwrócić uwagę przede wszystkim na, co za zaskoczenie(!), sekwencje walk,  należące niewątpliwie do najlepszych, jakie kiedykolwiek powstały.

Mimo że „Wejście smoka” to produkcja z roku 1973 roku, dynamiki, szybkości i widowiskowości mogą mu pozazdrościć wszystkie dzisiejsze, technicznie zaawansowane produkcje, zasłaniające braki w przygotowaniu fizycznym aktorów lub całkowity brak umiejętności operatorskimi sztuczkami, szybkim montażem, dynamicznym ruchem kamery czy po prostu mocowaniem aktorów do linek. Bruce Lee był jak eksplodujący dynamit, jego siłę, szybkość i energię w pełni widać na ekranie, nie ma w „Wejściu smoka” szybkich cięć, rozedrganej kamery czy nienaturalnych przyspieszeń, a wręcz przeciwnie… Dla podkreślenia gracji i uchwycenia niemal nadnaturalnej szybkości Lee, reżyser i operator często stosowali zwolnione tempo. Bruce Lee, maszyna do walki zbudowana z (jak sam mówił) kości i mięśni, na ekranie prezentował się fenomenalnie, szczególnie gdy energicznie zrzucał z siebie górną część ubrania i oczom widzów ukazywała się perfekcyjna budowa ciała, pozbawionego choćby grama tłuszczu.

Najbardziej widowiskowym fragmentem „Wejścia smoka” jest niewątpliwie kilkuminutowa walka ze strażnikami w podziemiach domu Hana. Walka wręcz, na kije czy wreszcie nunchaku, wszystko do wtóru charakterystycznych wrzasków Lee – na tych niezapomnianych scenach wychowują się kolejne pokolenia widzów. Do historii przeszła też pomysłowo zainscenizowana, dziś niemal kultowa, finałowa walka Lee z Hanem w gabinecie luster. Podobno ekipa filmowa dwoiła się i troiła, aby podczas kręcenia tej sekwencji nie odbić się w którymś z kilkuset luster. Wspomniana walka to nie tylko widowiskowy i ciekawy trick formalny, scena ta stała się klasykiem sama w sobie, a Bruce Lee z ranami po ostrzach ze sztucznej dłoni Hana na twarzy, brzuchu i klatce piersiowej to chyba najbardziej znany wizerunek, jaki pojawia się przed oczami fanów na hasło „Bruce Lee”. Nie można też nie wspomnieć o równie charakterystycznym, obok wściekłych okrzyków bojowych, znaku rozpoznawczym Bruce’a Lee, czyli smakowaniu własnej krwi, a następnie wpadaniu w furię – czego w filmie Clouse’a również nie zabrakło.

„Wejściem smoka” Lee przełamał barierę, która uniemożliwiała Azjatom granie głównych ról w amerykańskich filmach (sam Mały Smok doświadczył tego swoistego przejawu rasizmu, gdy kilka lat wcześniej główną rolę w serialu „Kung Fu” dostał nie on, a David Carradine). Pomimo jednak wejścia Bruce’a Lee do panteonu największych gwiazd kina oraz faktu, że stał się bezapelacyjnie jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon pop-kultury, jego następcom nie było wcale łatwiej przebić się w Hollywood. Jackie Chan stosunkowo niedawno został odkryty przez Amerykę, podobnie zresztą jak Jet Li. Obydwaj panowie, mimo przetartego szlaku, podobnie jak Bruce Lee musieli dosłownie wykopać sobie drogę do sławy, grając przez wiele lat jedynie na własnym gruncie. Nikt jednak przed ani nikt po Brusie Lee nie dokonał dla światowego kina tak wiele w tak krótkim czasie. Żaden z azjatyckich aktorów tak trwale i tak głęboko nie wrył się w świadomość zbiorową. Mało co działa tak na wyobraźnię, jak wciąż żywa legenda Bruce’a Lee, niejasne (choć mówi się o zwyczajnym ataku serca z powodu przemęczenia organizmu zbyt intensywnym trybem życia) okoliczności jego śmierci oraz motywacja do zagłębiania się w siebie, jaką Bruce Lee starał się zakorzenić w ludziach, przekazując im swoją filozofię:

„Woda wlana do szklanki staje się szklanką. Woda wlana do czajnika staje się czajnikiem.
Woda jest wolna i przystosowuje się do sytuacji. Bądźcie jak woda… moi przyjaciele.”

CIEKAWOSTKI:

●  Słowa Bruce’a Lee z „Wejścia smoka”: „Deska nie oddaje ciosów”, zostały sparafrazowane przez Bolo Yeunga (Chung Li) w filmie „Krwawy sport”. Różnica polegała na tym, że zamiast deski była cegła, a słowa wypowiedziane były przez czarny charakter (Chung Li) do bohatera pozytywnego (Frank Dux).

● W roku 1977, John Landis w swojej absurdalnej komedii „Kentucky Fried Movie” zamieścił długą, bo 30-minutową sekwencję, będącą parodią „Wejścia smoka”.

● W „Wejściu smoka” znajduje się jedynie krótki pokaz władania nunchaku, natomiast jedna z walk w nigdy nie dokończonej „Grze śmierci” to pojedynek na nunchaku między dwiema osobami; Bruce’em Lee i strażnikiem pierwszego piętra. Jest to jedyna sekwencja w historii kina, gdzie dwóch zawodników walczy ze sobą za pomocą tej niezwykle widowiskowej i śmiertelnie niebezpiecznej broni. Aby pojedynek był dla widzów czytelny, aktorzy nie wprowadzali swoich nunchaku na pełne obroty.

● Bruce Lee został pochowany w ubraniu, które nosił w „Wejściu smoka”

W „Wejściu smoka” w charakterze mięsa armatniego wystąpił  sam Jackie Chan ;)

Rafał Donica

Rafał Donica

Rocznik 77, od chwili obejrzenia „Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia „Akirę”, „Drive” i niedocenioną „Nienawistną ósemkę”). Miłośnik Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Od seansu „Frankensteina” Jamesa Whale'a – niepoprawny wielbiciel postaci monstrum. Założyciel i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Wieloletni współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE.
Prowadzi blog tematyczny poświęcony klasycznym monster-movies: cinemafrankenstein.blogspot.com
Rafał Donica

Rafał Donica - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Grzegorz

    To był największy hit w historii polskich kin. Żaden film wcześniej ani później nie spowodował takiego szaleństwa, szczególnie wśród młodzieży. Wystarczy powiedzieć ze w mojej miejscowości seanse w sobotę i w niedziele zaczynały sie o godz 10 rano co nigdy nie miało precedensu. Film był wyświetlany coś około 83 roku, chyba wiosna, dostawiane krzesła na seansach full. W szkołach co chwila nie udolne popisówki, ciosy nogą z wyskoku, półobrotu a nunchako to sie na lekcjach ZPT po cichaczu rzeźbiło. Seanse od lat 18 ale co miał zrobić bileter jak średnia przed wejściem to max 16 lat.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Ferruccio Amendola i Giuseppe Rinaldi: wielcy włoskiego dubbingu

Następny tekst

The Wolf of Wall Street - pierwszy zwiastun



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE