Recenzje

WARSZAWA (2003)

Mit o Warszawie sprowadzony do poziomu zwykłej prozy życia.

Autor: Łukasz Anioł
opublikowano

Sen o...

Zauważyć można, iż wreszcie młodzi twórcy w Polsce zaczynają być dostrzegani. Kiełkujące powolutku „młode kino”, a raczej „kino młodych”, znajduje potwierdzenie już nie tylko w liczbie powstających filmów, ale również ich jakości, co najdobitniej prezentują chociażby ostatnio powstałe Symetria Konrada Niewolskiego albo Zmruż oczy Andrzeja Jakimowskiego. Większość dziennikarzy, póki co, woli jeszcze hołubić „starą gwardię”, a debiutantów atakować kąśliwymi i krzykliwymi uwagami, totalnie pozbawionymi (jakiejkolwiek) wyrozumiałości. Istnieją jeszcze jednak, dzięki Bogu, ludzie odważni, a jednocześnie „otwarci” i tolerancyjni. Potwierdził to tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie zapadł werdykt o znaczeniu wprost rewolucyjnym! Jury, przyznając nagrody w najbardziej prestiżowych kategoriach, pominęło takiego „pewniaka”, jakim była Pornografia Kolskiego, zignorowała gigantów polskiego kina: Holland i Hoffmana, a uhonorowała nimi tylko jednego reżysera: debiutanta Dariusza Gajewskiego za Warszawę.

Rzeczywistość, którą reżyser poddaje wszelakiej analizie i modyfikacji.

Film ten zbudowany jest z dwóch płaszczyzn, które oddziałują nie siebie, jak też pozostają hermetycznie zamknięte. Pierwszą wyznaczają ludzie, którzy przyjeżdżają do tytułowej Warszawy z całkowicie różnych powodów. Klara chce zamieszkać ze swoim chłopakiem, Paweł szuka pracy, Andrzej w interesach, Weronika przypadkowo autostopem, a oprócz tego jeszcze ojciec szukający córki i chłopak (wraz z kumplem) chcący odnaleźć swoją dziewczynę. Niezwykle prozaiczne, a wręcz standardowe są to przyczyny, wzbudzające raczej nudę aniżeli sensację. Jednakże Gajewski sprytnie ucieka od tego, wczuwając się po kolei w postaci każdego z „przyjezdnych”, co zdaje się być kluczem do filmu.

Każdy wątek, odmienny jak i jego bohater, został naładowany odpowiednią dawką emocji i uczuć, balansując pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Szczególną zaś uwagę zwraca Dominika Ostałowska (Weronika), która prezentuje całą gamę ludzkich uczuć, od skrajnego wulgaryzmu zacząwszy, a na wrażliwości na sztukę (zamiłowanie do flamenco – fenomenalna scena tańczenia na przystanku) skończywszy. Można zarzucić reżyserowi, iż takie rozproszenie bohaterów nie sprzyja odbiorowi filmu, skupieniu się na jednym wątku, „rozmydlając” fabułę. Kompletnie błędne założenie, gdyż owo rozmnożenie postaci jest doskonałym „punktem wyjściowym” do pełniejszego ukazania galerii nowych osób, w których codziennie przegląda się stolica…

A właśnie – Warszawa, tytułowa Warszawa… Z jednej strony jest pretekstem do skompletowania takiego grona ludzi, a z drugiej strony staje się tłem dla nich, a właściwie teatrem, w którym występują, teatrem interaktywnym, cały czas ingerującym w ich życie. Paweł, szukający pracy, doznaje rozczarowania, a nawet upokorzenia, kiedy jedynym płatnym zajęciem, jakie udaje mu się znaleźć jest wyprowadzanie psów. Dodatkowo ktoś próbuje go okraść, pozbawić tych ostatnich resztek. Innym przykładem jest Klara, która przyjeżdża do chłopaka (poznanego na wakacjach), by razem z nim zamieszkać. Jednak na miejscu dowiaduje się, że jest on żonaty i ma dziecko, wobec czego – rezygnuje. Warszawa jest tą drugą płaszczyzną, „nakładającą” się na bohaterów, tworząc całkiem nowy wizerunek. Okazuje się bowiem, iż nie jest to koniecznie miejsce, gdzie spełniają się marzenia. Tu również mogą cię okraść, a marzenia prysną niczym bańka mydlana.

No dobrze, ale o czym może być ten film? Trudno jest tu szukać konkretnych tropów, odpowiedzi. Tematem jest rzeczywistość, którą reżyser poddaje wszelakiej analizie i modyfikacji. Bawiąc się „mitem o Warszawie”, sprowadza nas do poziomu zwykłej prozy życia, umiejętnego wykorzystywania, a przede wszystkim czerpania radości z niego. Chociażby umieszczając spacerującą po Warszawie żyrafę, stara się nagiąć prawdę, ironizować, pokazać w świetle absurdu, puszczając do nas oczko. Jest to forma bardzo przystępna, daleka od jakichkolwiek prób moralizowania, a jednocześnie bardzo wciągająca, nie popadająca w banał. Widać, a przede wszystkim czuć łatwość, z jaką Gajewski komponuje i przedstawia swoje postacie, kreuje współczesność, bardzo „naturalną” współczesność. Zachodzi tu łatwo dostrzegalny, a raczej odczuwalny, kontrast z kinem „old boyów” pokroju Stuhra, Holland czy Zanussiego, skażonego swego rodzaju „bagażem doświadczeń”, przestróg czy uwag, co wypada nienaturalnie – delikatnie mówiąc – w konfrontacji z ową Warszawą.

W filmie Gajewskiego możemy doszukać się tropów daleko wykraczających poza polskie kino, a raczej polską stylistykę. W tym traktacie na temat dojrzewania, ewolucji, kształtowania się ludzkiego charakteru łatwo wychwycić znamiona Truposza Jima Jarmuscha. Kino, głęboko zakorzenione w filozofii, która w dużym wymiarze prezentowana jest za pomocą obrazu. Podobną technikę i manierę zastosował reżyser Warszawy, który rozmył wizerunek miasta w niezwykle poetyckich zdjęciach Wojciecha Szepli. Wykorzystując porę zimową, „zatopił” w niej stolicę, nadając całkiem nowego, magicznego oblicza. W takiej atmosferze już nic innego nie pozostaje do zrobienia, jak włączyć Czesława Niemena i czekać na kolejny taki „nadwiślański świt”…

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane