Recenzje

WALL·E (2008). Zachwyca i oszałamia

Mając do dyspozycji tytułowego bohatera, który z twarzy ma tylko oczy, a porozumiewa się komputerowymi dźwiękami, i za jego pomocą opowiedzieć pasjonującą, zabawną i wzruszającą kosmiczną love story...

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący. E-klasa, w skrócie WALL-E, pracowicie spędza dni. Od 700 lat kompresuje śmieci na opuszczonej przez ludzi Ziemi. Po szychcie wraca do swojego garażu pełnego gadżetów i ogląda z VHS-a musical Hello Dolly, marząc o końcu samotności. Pewnej nocy przez chwilę widzi zza gęstych chmur rozgwieżdżone niebo, którego obecności do tej pory nie był świadomy. Następnego dnia przylatuje stamtąd ogromny statek kosmiczny. Wysiada z niego prawdziwe opływowe cudo, robot patrolowy EVE.

Zakochany WALL-E nie odstępuje przybyszki na krok. Po znalezieniu na ruinach cywilizacji małej roślinki, EVE wraca na statek, a WALL-E jako pasażer na gapę dociera z nią do kosmicznej arki Axiom. Tam od 700 lat żyją kolejne pokolenia Ziemian, czekających na powrót na zdewastowaną przez ich przodków planetę. Roślina zamknięta w korpusie EVE ma być znakiem do powrotu. Nie podoba się to sztucznej inteligencji Axiomu, pod której rządami resztki ludzkości gnuśnieją pośród technologicznego raju. WALL-E ląduje w samym środku zamieszania…

Poprzednie „pixary” zachwycały. WALL-E też zachwyca, ale przede wszystkim oszałamia. Czarodzieje z Emeryville po raz pierwszy w pełnym metrażu skorzystali z SF. I daj Boże więcej takiej gatunkowej eksploatacji. Nie chodzi wcale o zakochanego robota. To już było. Chodzi o mnogość podejmowanych bądź zasygnalizowanych żelaznych tematów science fiction, upakowanych w 90-minutowym filmie. Mamy tu po kolei zdewastowanie Ziemi i pozostawienie jej automatom, ewolucję maszyn do etapu sztucznej inteligencji, kosmiczną wyprawę ratunkową zakończoną lotem wielopokoleniowym, bunt robotów, bunt superkomputera, supermiasto, utopię i stechnicyzowany raj. Problemów i potencjalnych fabuł wystarczyło by na kilka porządnych dzieł. A to wszystko zatopione jest w cudnych kadrach i prawdziwie magicznych scenkach, jak wówczas, kiedy uczepiony kadłuba statku WALL-E dotyka łapą pierścieni Saturna. Bajka w kostiumie hard SF pozwoliła na takie fantazyjne epizody, a twórcy korzystali z każdej chwili, by skutecznie zamurować widza monumentalnymi widokami pogrążonych w upadku ruin, przestrzeni kosmicznej czy kolorowego miasta przyszłości na pokładzie statku.

Po dwóch filmach Brada Birda, preferującego raczej ludzkich bohaterów, WALL-E powrócił ze starą ekipą pod wodzą Andrew Stantona, Pete’a Doctera i Ralpha Egglestona, zakochanych w pozaludzkich wytworach własnej wyobraźni. Choć gatunek inny, wyraźnie czuć tu pozytywnego ducha Gdzie jest Nemo tychże twórców, nie tylko z powodu partytury Thomasa Newmana. Mniejsza o podobieństwa fabularne, w końcu w każdym filmie Pixara bohater wyrusza w długą i niebezpieczną podróż. Zadziwia za to odmienność narracyjna. Zamiast góry błyskotliwych dialogów i grania pod dziecięcą publikę, mamy tu werbalną powściągliwość godną 2001: Odysei kosmicznej (cytowanej zresztą kilkukrotnie). Przez pierwsze pół godziny z ekranu nie pada ani jeden dialog. Słychać tylko głosy z holograficznych banerów reklamowych i dźwięki z Hello Dolly. Zabawne i rozczulające epizody z monotonnego życia robota to czyste kino, bez żadnego narratora rodem z Amelii. Kiedy przylatuje EVE, dialogi ewoluują do postaci syntetyzowanej wymowy imion bohaterów. I tak aż do przeniesienia akcji na kosmiczną arkę, której otłuszczeni Ziemianie nie widzą zza swych komputerowych ekranów. Co się tyczy postaci ludzkich – Andrew Stanton po raz pierwszy w historii pełnometrażowych filmów Pixara dokonał precedensu, w kilku scenach pokazując ludzi jako… ludzi, a nie ich renderowane odpowiedniki.

Ten manewr aż prosi się o interpretacyjne rozwinięcie. Świat w Autach wyglądał, jakby ludzie nagle zniknęli czy wyginęli, a samochody rozpleniły się w amerykańskiej rzeczywistości, przejmując na swe resory każdy aspekt funkcjonowania świata. Podkreśliła to fotorealistyczna kreacja obrazu, który, gdyby z niego usunąć mówiące auta, wyglądałby jak w pełni konwencjonalny zapis kamerowy. A WALL-E funkcjonuje w świecie, w którym to wygubienie ludzkości już się dokonało. Robot układa swoje sześciany ze śmieci wśród niezwykle realistycznie wykreowanego miasta, w którym po 700 latach nadal działają ekrany holograficzne, z których patrzą na niego… właśnie ludzie, prawdziwi, nie cyfrowi. Na pokładzie Axiomu mamy już co prawda groteskowych, napęczniałych grubasów zrobionych w 3D, ale nawet tam są dwie sceny, w których kapitan statku ogląda zapis video sprzed stuleci, zagrany z aktorem z krwi i kości. Intertekstualna łamigłówka włożona w bajkę dla dzieci? Czemu nie, w końcu za to też kochamy Pixara.

Sam WALL-E to kolejna postać, która ma zagwarantowane miejsce w historii kina, choć robotów ci u nas dostatek. WALL-E wygląda i zachowuje się jak połączenie E.T. z Johnnym 5 z Krótkiego spięcia i jego sequela. Podobny kształt sylwetki jak u E.T. (płaska głowa na długiej szyi, pękaty tułów), gąsienice i oczy-kamery jak u Johnny’ego. Do tego zachowania ściągnięte z Luxo Jr, słynnej skaczącej lampy z czołówki Pixara, plus zestaw dźwięków jak u R2-D2, co nie dziwi, wszak kreacją niezwykłych robocich dźwięków zajął się mistrz Ben Burtt, nadworny autor efektów dźwiękowych u Lucasa i Spielberga, także montażysta obrazu nowych części Gwiezdnej Sagi. Przy WALL-E Burtt zadebiutował jako członek obsady, wszak wszelkie odgłosy robota śmieciowego to jego zasługa. Z kolei EVE wygląda jak R2-D2 kilka generacji dalej. I raczej trudno posądzać twórców o przypadkowe podobieństwa. WALL-E z powodzeniem posiłkuje się cytatami z kina SF oraz historii rozwoju technologii i gadżeciarstwa (stare dźwięki z Maca, użycie iPoda, technika VHS, kostka Rubika, gra Pong). Zresztą sam Stanton żartował, że zrobił „R2-D2: The Movie”.

Tradycyjnie garść ciekawostek. Podobno Andrew Stanton wpadł na pomysł WALL-E jeszcze w pierwszej połowie lat 90. Idea była prosta – „co by było, gdyby ludzkość wyniosła się z Ziemi i zapomniała wyłączyć jednego robota?”. Oryginalne rozwinięcie skrótu WALL-E to „Waste Allocation Load Lifter-Earth-class” Dla EVE – „Extraterrestial Vegetation Evaluator”. Kiedy WALL-E opuszcza atmosferę ziemską, do głowy przyczepia mu się Sputnik 1, pierwszy sztuczny satelita. Fotorealizm był oczkiem w głowie Andrew Stantona, który zatrudnił wybitnych konsultantów. Jednym z nich był Roger Deakins, nadworny operator braci Coen, który służył światłą radą w kwestii jak najdalej posuniętego realizmu podczas oświetlenia wirtualnego planu. Z kolei legenda efektów Dennis Muren na miniaturach doradzał jak najnaturalniej prowadzić wirtualną kamerę i jak cyfrowo odtworzyć wszelkie optyczne niuanse obiektywów anamorficznych. WALL-E to najdroższa produkcja studia, film kosztował 180 mln dolarów. W oryginalnej wersji dialogowej głos komputera pokładowego należał do Sigourney Weaver. John Ratzenberger, jak zwykle u Pixara, podłożył głos jednej z postaci ludzkich (co było już autoironicznie wytknięte w napisach końcowych Aut w scenie oglądania samochodowych wersji wszystkich poprzednich filmów Pixara). WALL-E to pierwszy film tandemu Disney/Pixar, rozpoczynający się bez czołówki Disneya. Film jest dedykowany animatorowi Ratatuj Justinowi Wrightowi, który zmarł na atak serca w wieku zaledwie 27 lat.

WALL-E to dzieło wyjątkowe, zarówno dla Pixara, jak i gatunku SF. Mając do dyspozycji tytułowego bohatera, który z twarzy ma tylko oczy, a porozumiewa się komputerowymi dźwiękami, i za jego pomocą opowiedzieć pasjonującą, zabawną i wzruszającą kosmiczną love story, wygłosić bez słów pochwałę uczuć, błyskotliwie i nienachalnie zagrać na filmowych cytatach, zawierzyć narracyjnie obrazowi, przy okazji przestrzegając przed cywilizacyjną, konsumpcyjną, ekologiczną i żywieniową zapaścią – to zadanie właściwie niewykonalne. Ale nie dla Pixara. Prawodawcy cyfrowej animacji znów potwierdzili, kto jest najlepszy w te klocki.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane