W stronę zachodzącego słońca

Zawodowcy

Przebojowy klasyczny western, ale także nieśmiała zapowiedź przyjścia antywesternu.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Lepszych nie ma

Zrealizowani w 1966 roku Zawodowcy Richarda Brooksa wydają się intrygującym przedstawicielem swojego gatunku – z jednej strony wciąż głęboko tkwią w estetyce klasycznego westernu, będąc wyjątkowo żywym, tak pod względem tonacji, jak i tempa, obrazem Dzikiego Zachodu, z jasnym podziałem na dobrych i złych. Z drugiej strony fakt, że akcja rozgrywa się już w XX wieku, a bohaterowie zastanawiają się nad własną rolą w toczących się wydarzeniach, znacząco wykracza poza standard ówczesnych opowieści o kowbojach. Tym samym przebojowy film twórcy Kotki na gorącym blaszanym dachu oraz Z zimną krwią stanowi pomost między starym a nowym westernem, pod płaszczykiem rozrywki przemycając całkiem świeże spojrzenie na westernowych bohaterów, którym coraz bliżej do statusu antybohaterów.

the-professionals-md-web

Czterech mężczyzn, specjalistów w różnych dziedzinach, zostaje wynajętych przez potentata kolejowego, J. W. Granta (Ralph Bellamy), do odbicia jego żony z rąk meksykańskiego bandyty, Jesusa Razy (Jack Palance). Zostaną sowicie nagrodzeni również za zlikwidowanie porywacza, którego zresztą dwóch z nich doskonale zna, jako że razem walczyli podczas meksykańskiej rewolucji. Dowodzona przez Fardana (Lee Marvin) grupa, zdając sobie sprawę z przewagi Razy, dowodzącego własnym kilkudziesięcioosobowym oddziałem, bezzwłocznie rusza na ratunek kobiecie. Większym problemem jednak może okazać się właśnie ta, której śpieszą z pomocą (piękna Claudia Cardinale).

Niezwykle szybkie to kino. Ekspozycja postaci trwa dwie minuty, zawiązanie akcji kolejnych pięć. Brooks nie traci czasu na niepotrzebne sceny, mogące spowolnić film, nawet informacje o swoich bohaterach przekazując niby przy okazji, jakby od niechcenia. W konsekwencji o tytułowych zawodowcach dowiadujemy się niewiele więcej niż z krótkich migawek z prologu filmu. Fardan jest ekspertem od karabinów, a jednocześnie – z twarzą Marvina – urodzonym przywódcą; Ehrengard (Robert Ryan) ma dbać o konie podczas zadania, gdyż woli je od ludzi; czarnoskóry Jake (Woody Strode) to tropiciel i spec w strzelaniu z łuku; Dolworth (Burt Lancaster) natomiast ukazany jest jako awanturnik, hazardzista i kochanek, który doskonale zna się na materiałach wybuchowych. Czy potrzeba nam więcej? Do pewnego momentu postaci określone są tylko i wyłącznie przez to, co potrafią lub czego nie potrafią. Na przykład Ehrengard, choć umie strzelać i walczyć, nie nadaje się na stratega – myli się najczęściej, starając się przewidzieć rozwój sytuacji i próbując odczytać przeciwnika. Wspólna przeszłość Fardana i Dolwortha z Razą stawia pod znakiem zapytania sukces misji. I tylko Jake’a łatwo postrzegać jako najpewniejsze ogniwo grupy, co czyni go również najmniej interesującym. Brooks w jednym krótkim dialogu porusza kwestię koloru skóry tej postaci, lecz nie ma to żadnego wpływu na późniejszą akcję. A szkoda, bo choć szkicowość tych bohaterów i sprowadzenie ich tylko do roli, jaką mają odegrać w przedsięwzięciu pana Granta, wydają się nadrzędne, w końcu nadchodzi czas, gdy zrywają się oni ze smyczy konwencji i zaczynają zaskakiwać, zwłaszcza samych siebie.

101010101010

Zawodowcy byli nominowani do trzech Oscarów, w tym za scenariusz dla Brooksa (pozostałe kategorie to najlepsza reżyseria oraz zdjęcia, za które odpowiada Conrad L. Hall) i nietrudno zgadnąć dlaczego. Można być pod wrażeniem ekonomii narracji, sprowadzającej całą fabułę do misji, jakiej podejmują się tytułowi bohaterowie – film praktycznie zaczyna się od przyjęcia zadania, a kończy wraz z jego wypełnieniem. Długie fragmenty bez dialogów, podczas których obserwujemy bohaterów przy pracy, zachwycają umiejętnością opowiadania samym obrazem, ale ostatecznie całość sprowadza się właśnie do tego, o czym postaci rozmawiają.

Przez dobrą godzinę niemal każda wymiana zdań dotyczy wyłącznie wspólnej misji. Tytuł zobowiązuje, podejrzewam. Tylko w przypadku Fardana i Dolwortha słyszymy coś więcej – obu łączy długa przyjaźń oraz braterstwo broni z Razą podczas rewolucji. Obaj wydają się pozbawieni złudzeń odnośnie walki o cokolwiek, choć bohater Marvina ma w sobie jeszcze jakąś prawość, która nie pozwala mu na zabicie dawnego kompana, a obecnie przeciwnika. Dolworth nie ma takich skrupułów, co więcej, najchętniej odnalazłby zrabowane przed laty złoto niż brał udział w misji ratunkowej. Dwie rzeczy jednak nobilitują tę postać, a jednocześnie odróżniają film Brooksa od antywesternu, który już wkrótce zastąpi klasyczny wzorzec opowieści o Dzikim Zachodzie.

vlcsnap-2012-07-29-01h20m14s2

Pierwszą jest Burt Lancaster, którego ekranowa charyzma, sposób bycia oraz akcentowania konkretnych słów sprawiają, że nie mamy poczucia obcowania z kimś zepsutym lub złym. Uwielbiam oglądać filmy z jego udziałem, zasłużył sobie na status gwiazdora jak mało który amerykański aktor i nigdy nie odmówię mu talentu, lecz jednocześnie to tak silna osobowość na ekranie, że mam problemy z rozróżnieniem człowieka od postaci, w którą się wciela. W przypadku Dolwortha ani przez moment nie wątpiłem w jego dobrą stronę, bez względu na to, jak często scenariusz Brooksa sugeruje niezbyt szlachetny rys tej postaci. Poniekąd sam reżyser odpowiada za taki stan rzeczy, kręcąc swój film w duchu przygodowej rozrywki, tym samym rugując wszelkie dwuznaczności. Sam Lancaster bowiem potrafił wiarygodnie uderzyć w mroczniejsze tony, czego przykładem są jego role w m.in. politycznym thrillerze Johna Frankenheimera Siedem dni w maju oraz dramacie Słodki zapach sukcesu Alexandra Mackendricka.

Inną taką ekranową prezencję ma Lee Marvin, co w Zawodowcach sprawdza się doskonale – jego Fardan jest twardy, błyskotliwy, wzbudzający respekt, a zarazem sympatię. Ale im bliżej końca, tym coraz wyraźniej widać, że to nie on, lecz Dolworth stoi w centrum dramatu, napędzając go przy akompaniamencie rewolwerowych wystrzałów oraz moralnych wyborów, jakich dokonuje. W tym również dopatruję się różnicy między filmem Brooksa a przyszłymi, przewrotowymi przedstawicielami tego samego gatunku. Tutaj w finale górują miłość i sprawiedliwość; tam krew będzie się lała do ostatniego żywego kowboja.

maxresdefault

Mimo to Zawodowcy antycypują nadejście nowego, fabularnie odchodząc od modelu klasycznego westernu na rzecz dużo bardziej złożonego obrazu Dzikiego Zachodu, ukazując zbrukanie mitu, choć jeszcze nie idąc tak daleko, jak przyszłe antywesterny. Są zapowiedzią wpływu myśli kontestacyjnej, która znajdzie swój pełny wymiar kilka lat później w dziełach Sama Peckinpaha, Arthura Penna oraz Roberta Altmana. Film Brooksa ogląda się niczym sztandarowe dzieło gatunku, które mógłby podpisać John Ford lub John Sturges, lecz jednocześnie czuć odejście od ideałów, służących za podstawę ich najlepszych westernów. Dolworth zastanawia się w pewnym momencie, kto tu jest dobry, a kto zły – pytanie to nie wybrzmiewa jeszcze tak dobrze, bo trudno nam uwierzyć, aby główni bohaterowie rzeczywiście mogli być łotrami. Wydaje się jednak nieśmiałą zapowiedzią przyjścia Dzikiej bandy, w której postaci nie muszą już wątpić we własną przynależność i moralność. Są źli do szpiku kości, brutalni i bezlitośni, ale bywa, że spotykają gorszych od siebie. Jednak już w Zawodowcach można znaleźć scenę, w której bohater Lancastera strzela w plecy odjeżdżającej na koniu kobiecie!

Ta brutalność jednak udanie funkcjonuje u Brooksa – po pół wieku od premiery filmu jest ona wręcz wymagana, albo chociaż akceptowana jako pewien wyznacznik gatunku. To zresztą zaskakujące, jak bardzo Zawodowcy nie tylko się nie zestarzeli, ale również jak dobrze działają pomimo, wydawać by się mogło, wielu sprzeczności. Romantyczny ton wybrzmiewa w finale, choć wcześniej widzimy liczne akty przemocy, jak egzekucje, wieszanie czy wspomniany strzał w plecy. Etyczne pytania w ustach Dolwortha powinny razić fałszywością, lecz autentycznie skłaniają do refleksji, a bezkonfliktowa ostatnia scena wcale nie pozostawia niedosytu, ale udanie realizuje zamierzenia twórców. Zawodowcy, nie rezygnując z klasycznej oprawy, popychają western na nowe tory – zrealizowany kilka lat później film Brooksa nie miałby prawa bytu. Dziś natomiast jest zasłużoną klasyką gatunku.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane