W stronę zachodzącego słońca

Kowboje

Wyjątkowy western w karierze Johna Wayne’a.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Możliwe spoilery.

Marion Robert Morrison nakręcił łącznie osiemdziesiąt trzy westerny. To właśnie one, wraz z kinem wojennym były jego… konikiem. To na nich zbudował całą swoją karierę i z nich był znany – choć oczywiście pod mocarnym pseudonimem: John Wayne. „Duke” na plan swojego pełnometrażowego debiutu w tym gatunku – Droga olbrzymów – wkroczył w 1930 roku. Swój finalny występ zaliczył z kolei 46 lat później u Dona Siegela w Rewolwerowcu. W tym czasie stał się naczelnym kowbojem Ameryki, prawdziwym strażnikiem Teksasu, ikoną prerii i symbolem dawnego, twardego Dzikiego Zachodu, który już za jego życia zaczął odchodzić do lamusa. Jego zasługi dla kina spod znaku Colta i Stetsona są niepodważalne, a lista dobrych, znaczących filmów tego nurtu długa i szeroka niczym Rio Grande. Wśród nich próżno jednak szukać drugiego takiego, jak osnuci na motywach powieści Williama Dale’a Jenningsa Kowboje.

Fabuła jest prosta jak schwytanie cielaka na lasso. Mamy rok 1876. Na zachodzie bez zmian – co jakiś czas wybucha nowa gorączka złota, za którą podążają wszyscy, wliczając w to „krowbojów” (czyż nie taka powinna być w rzeczywistości polska nazwa?). Ten właśnie problem dotyka Wila Andersena – hodowcę bydła, którego rychło opuszczają chcący się wzbogacić pracownicy. I to akurat w momencie, w którym Wil, aby nie zbankrutować i przetrwać jakoś zbliżającą się zimę, musi przed zakończeniem sezonu zapędzić swoje liczne stado krów do odległego miasta. Pozostawiony sam sobie, bez widocznych alternatyw, zatrudnia zatem grupę dzieciaków z pobliskiej szkoły – tytułowych cow-boyów, w których brawurowo wcielili się: Alfred Barker Jr., Nicolas Beauvy, Steve Benedict, Norman Howell, Stephen R. Hudis, Sean Kelly, A Martinez, Clay i Sam O’Brienowie, Mike Pyeatt oraz Robert Carradine, dla którego był to tym samym debiut (co ciekawe, jego słynny ojciec, John, wystąpił obok Wayne’a we wspomnianym Rewolwerowcu). Jak nietrudno się domyśleć, to, co dla Andersena jest szarą codziennością, dla chłopców będzie spełnieniem marzeń i zarazem prawdziwym sprawdzianem umiejętności, przyspieszonym okresem dorastania.

Pierwsze, co rzuca się tu w oczy, to fakt, jak dojrzały jest to film.

Reżyser, a także ceniony aktor charakterystyczny – znany między innymi z Puenty – Mark Rydell nie oszczędza ani chłopców, ani widzów. Jest twardo, brutalnie i bezpardonowo – pot, łzy i krew leją się w odpowiednich dawkach. Twórcy nie chowają głowy w piasek, nie udają, że coś nie istnieje. Ot, życie z całym swoim dobrodziejstwem inwentarza. Podglądamy zatem chłopców nie tylko podczas ich dziewiczych prób okiełznania bydła oraz dzikiej natury, ale i wtedy, gdy potajemnie upijają się wykradzioną gorzałą lub gdy doświadczają pierwszych erotycznych uniesień. A kiedy przychodzi czas spojrzeć śmierci w oczy, kamera również nie odbija nagle gdzieś ponad horyzont. Jest to szczere i od początku do końca zaprawione prawdziwymi cojones, duchem oldskulowej realizacji. Wszak kto we współczesnym Hollywood odważyłby się faktycznie podtapiać na planie dziecko, jak to uczynił w jednej ze scen Bruce Dern – czołowy złoczyńca przedsięwzięcia? Chyba nikt.

Zresztą ta swoista odwaga była swego czasu największym zarzutem wobec twórców. Krytycy kręcili nosem na moralnie wątpliwy wydźwięk filmu, nie patrząc na to, że przecież na planie obecni byli rodzice tych dzieci (część z nich wcieliła się zresztą w swoje ekranowe odpowiedniki). Cenzura przyczepiła się głównie do scen fizycznej przemocy i tych jednoznacznie ociekających seksem, zatem w niektórych krajach wycięto na przykład cały wkład w produkcję weteranki ekranu, Colleen Dewhurst, oraz mocno stonowano wspaniale naturalistyczny, mięsisty pojedynek między Waynem a Dernem. W dodatku ten ostatni zaczął wkrótce po premierze otrzymywać śmiertelne pogróżki za to, że odważył się strzelić „Księciu” w plecy.

Tak, tak! John Wayne tym razem nie dożywa napisów końcowych, co także jest swego rodzaju fenomenem.

Kultowy aktor co prawda już w historycznym fresku Alamo musiał pożegnać się z życiem, a ogółem ginął na dużym ekranie aż pięciokrotnie, lecz nigdy w tak bezlitosnym, wręcz bezwstydnie tchórzliwym stylu. Najwyraźniej jednak uznał, że tym razem jest to odpowiednio uzasadnione, a nawet nieuniknione; że u schyłku prawdziwego żywota, może sobie na to pozwolić. Jakby nie było, Kowboje to także jeden z ostatnich jego filmów w ogóle – po tym występie pojawił się jeszcze tylko w sześciu produkcjach, z których cztery były westernami, a dwa pozostałe kinem policyjnym, gdzie był zmęczonym, bliskim emerytury detektywem a la Brudny Harry (który notabene został napisany w oparciu o jego wizerunek).

To podskórne wyczerpanie czuć także i tutaj, choć Wayne pozostaje u Rydella jeszcze relatywnie energicznym „staruszkiem”, który bez problemu potrafi spuścić łomot młodszym od siebie o połowę. Choć już wtedy było widać, że powoli przegrywa walkę z rakiem. Na swój sposób są zatem Kowboje pięknym epitafium dla jego długiej kariery, a scena, w której przekazuje chłopcom swoje błogosławieństwo symboliczna. Zaskakujące przy tym, że początkowo to nie jego brano pod uwagę do roli Wila Andersena. Pierwszym wyborem reżysera był inny twardziej X muzy – George C. Scott. Wszystko dlatego, że Rydell… bał się poprosić Wayne’a o udział. Przerażał go zwłaszcza fakt, iż z uwagi na odmienne poglądy polityczne na planie może być zwyczajnie gorąco (wszak był to okres wojny w Wietnamie, którą Wayne popierał całym sobą).

Szczęśliwie udało się wyjść ponad te uprzedzenia, a Wayne okazał się prywatnie niezwykle miłym facetem. I dobrze się stało, gdyż to jeden z jego najlepszych występów w gatunku, perfekcyjnie kontrastujący z gromadą nieopierzonych młodzików. A i chemia między nim, a innymi wiekowymi członkami obsady – Slimem Pickensem i rewelacyjnym Roscoe Lee Brownem, który kradnie dla siebie część scen – bezbłędna. Co ciekawe, na dalekim drugim planie można dostrzec tu jeszcze Richarda Farnswortha – dla słynnnego kaskadera Kowboje byli jednym z pierwszych filmów, w których dobrze widać jego twarz.

Dobry scenariusz, solidne zdjęcia Roberta Surteesa i śliczna muzyka Johna Williamsa to kolejne atuty tej produkcji.

Zwłaszcza maestro, dla którego był to trzeci western w bogatej twórczości (nie licząc serialu Wagon Train) mógł się tu wykazać. Głównie dlatego, że Rydell bardzo tradycyjnie podszedł do realizacji, serwując swojemu, ponad dwugodzinnemu widowisku plansze pod owerturę, entr’acte oraz finał – charakterystyczne dla złotych lat Hollywood, w danym gatunku, mimo wszystko, rzadko stosowane (w związku z czym z niektórych kopii filmu je wycięto). Największe wrażenie robi jednak w jego nutach aranżacja gitarowego koncertu Vivaldiego, która tak ładnie buduje klimat idylli Dzikiego Zachodu w scenie pożegnania dnia (a w domyśle niewinności) i przywitania bezkresnych mroków nocy (nieodgadnionej przyszłości).

Pomimo niezwykłej autentyczności, powstały w całości na terenach Kolorado, Arizony, Nowego Meksyku i Kalifornii projekt nie okazał się ani hitem sezonu, ani też nie został natychmiastowym klasykiem. Przy budżecie liczącym sobie sześć baniek zielonych dolców, zarobiła na terenie Stanów Zjednoczonych jedynie siedem i pół miliona. Niemniej na kanwie filmu szybko przygotowano serial o tym samym tytule. Ten swoisty spin-off stacji ABC ukazał się w 1974 roku i powtórzyła w nim role część dzieciaków. Niestety producenci nie bardzo potrafili poradzić sobie z formatem serii i po zaledwie trzynastu odcinkach skasowano go ją anteny. Przez jakiś czas dywagowano również nad sequelem, a w planach jest ponoć także remake. Ten pierwszy projekt ostatecznie nigdy nie powstał, nie wiadomo też czy i drugi ujrzy światło dziennie. Ale wszystkie trzy przykłady udowadniają jedynie, że wartość wspólnego dzieła Marka Rydella i Johna Wayne’a przez lata jedynie wzrosła.

Choć nie jest to z pewnością jeden z najlepszych westernów jakie kiedykolwiek powstały, bez dwóch zdań należy do tych najciekawszych i najbardziej oryginalnych, bowiem prezentuje zdecydowanie odmienne spojrzenie od tego, co możemy w tym nurcie oglądać na co dzień. Przeniesienie ciężaru z już dorosłych na dopiero pragnące tejże dorosłości postaci robi swoje, mimo iż starsi bohaterowie wcale nie są tu tylko tłem dla dzieci. Przede wszystkim jednak Kowboje wyróżniają się z tłumu swą bezpretensjonalnością wydarzeń, uczciwością wobec widza. Charakteryzują się namacalnym realizmem nie tylko kowbojskiej rutyny, co życia w ogóle. I bynajmniej nie popadają przy tym w banał, nie trącą fałszem bądź efekciarstwem. Mały, wielki film.

Ostatnio dodane