W stronę zachodzącego słońca

W STRONĘ ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA: Konnica

Przeminęło z wiatrem, MASH, Alamo i Na zachodzie bez zmian w jednym.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Wbrew pozorom w historii amerykańskiej kinematografii nie ma zbyt wielu filmów dotyczących podobnych aspektów wojny secesyjnej. Co więcej, to jedyny taki legendy westernu, Johna Forda, w ogóle skupiający się na tym konflikcie. Już ten fakt czyni go zatem wyjątkową pozycją. Kolejnym jest niezwykły autentyzm projektu – opartego o powieść Harolda Sinclaira, lecz opisującego i odwołującego się do prawdziwych wydarzeń. Mimo sporej liczby nieścisłości historycznych jest to tytuł, który trafia w samo sedno wojny jako takiej – i czyni to nie gorzej od i na długo przed klasycznymi, antywojennymi arcydziełami kina współczesnego. A przecież ekranowe starcie innych wielkich osobowości gatunku – Johna Wayne’a i Williama Holdena – może pochwalić się jeszcze wieloma innymi, niezaprzeczalnymi atutami.

Horse Soldiers

Takowymi jest nie tylko solidna obsada, z kradnącą nie raz męskim ikonom show (a Grace Kelly linijkę dialogu ze Złodzieja w hotelu) Constance Towers jako cwanej damy z Południa, ale i wciąż robiące spore wrażenie różnego rodzaju potyczki – na zwykłym, rozluźniającym w sumie atmosferę pojedynku pomiędzy Waynem i Holdenem począwszy, przez (jakże by inaczej!) kluczowe wysadzenie mostu, aż na efektownej bitwie o miasteczko Newton skończywszy. Wszystko pokazane jest z dużym realizmem. Bohaterowie, nawet jeśli początkowo wydają się schematyczni, są z krwi i kości, a relacjom między nimi nie brakuje zarówno dramaturgii, jak i czysto komicznych momentów.

Scenariusz duetu John Lee Mahin i Martin Rackin idealnie wpisuje się zresztą w solidne rzemiosło, które być może niczym nie zaskakuje, ale i nie pozostawia niedosytu.

Opiewające rzeczywisty najazd pułkownika Unii, a w przeszłości nauczyciela muzyki, Benjamina Griersona (którego personifikacją jest tu Wayne jako płk. John Marlowe, były inżynier kolejowy) wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni aż trzech różnych stanów – terytorium wroga, na które zapuszcza się specjalnie uformowany oddział, mający na celu szerzenie chaosu wśród Konfederatów oraz dywersję odwracającą uwagę od głównego ataku generała Granta, późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych (na ekranie wcielił się w niego na krótką chwilę autor użytych w filmie pieśni i części muzyki, Stan Jones). Odbywająca się w ciągu kilku tygodni 1863 roku misja zakończyła się sukcesem i była jedną z najważniejszych akcji wojny secesyjnej. O wiele mniej znaczącą, acz także uwzględnioną w filmie i jak najbardziej prawdziwą, była osobliwa potyczka chłopców ze szkoły militarnej z profesjonalnymi żołnierzami. Ford powołał się tutaj na bitwę pod New Market, podczas której rzeczone uczniaki Virginia Military Institute wypędziły z Doliny Shenandoah oddziały Johna Breckenridge’a (byłego wiceprezydenta USA). Tyle w kwestii podręcznikowej historii.

Horse Soldiers3

Na koniach

W filmie Marlowe już na wstępie otrzymuje do pomocy majora Henry’ego Kendalla (Holden) – niesubordynowanego lekarza z kompletnie innym systemem wartości, chętnie kwestionującego rozkazy i tak zwaną słuszność sprawy. A później, już za linią wroga, dochodzi jeszcze panna Hannah Hunter (wspomniana Towers) – typowa córka plantatora, otoczona niewolnikami (wśród nich mistrzyni tenisa, Althea Gibson) i tylko pozornie chętna powitać gości w błękitnym mundurach w swoim domu, w którym zresztą nieraz zawstydza pewnego siebie pułkownika. Oboje szybko zostają jego przymusowymi więźniami, sprowadzając mu na głowę masę kłopotów. Czyli jest „wesoło”, choć – jak można się łatwo domyślić – początkowe lody zaczynają z czasem coraz bardziej topnieć, a nasi bohaterowie dobrze się uzupełniać.

Na szczęście ani o wymuszonym happy endzie, ani o pustych relacjach pomiędzy tą trójką nie ma w tym wypadku mowy.

Widać zaciętość samców w swoich racjach, jak i nieustępliwość damy, która wpierw chce się po prostu wyswobodzić i uprzedzić „swoich”, a potem po prostu zawalczyć o swój honor. Część z tych relacji z sukcesem przeniesiono na celuloidową taśmę wprost z planu, gdyż mający odmienne sympatie polityczne gwiazdorzy szybko się poróżnili i po zakończeniu zdjęć poprzysięgli już nigdy wspólnie nie pracować. Z drugiej strony przy Constance, dla której był to pierwszy tak duży występ, panowie łagodnieli jak baranki, traktując ją z iście gentlemańską ogładą – co również doskonale widać na ekranie. Widać tam także (rozrastający się z każdym dodatkowym dniem zdjęciowym i przekraczający grubo początkową sumę) budżet oraz zaangażowanie ekipy w produkcję, która nawet blisko sześćdziesiąt lat od premiery nie trąci ani trochę myszką, przy blisko dwóch godzinach produkcji nie nudzi i zwyczajnie dobrze się ogląda.

Horse Soldiers2

Na werandzie

Z drugiej strony – abstrahując od wspomnianych już niedokładności historycznych, z reguły zawierających się w używaniu nazw, przedmiotów lub procedur, jakich jeszcze wtedy nie znano – nie jest to też pozycja, która potrafi sprawić jakąkolwiek niespodziankę lub zachwycić.

Mimo poruszenia niezbyt popularnego w kinie tematu nie dowiadujemy się w sumie nic szczególnego ani o ówczesnych działaniach militarnych, ani też o życiu kawalerzysty. Także fabuła podąża z góry ustaloną ścieżką bez przeszkód, spokojnie odhaczając kolejne punkty programu. Emocji nie brakuje, dzięki aktorom łatwo się zaangażować w opowieść, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że poprowadzona jest ona od linijki, brakuje jej choćby odrobiny szaleństwa czy tak oczywistego przecież na wojnie chaosu, jaki zaznacza się zaledwie w paru scenach (w jednej z nich na skutek wypadku zginął zresztą jeden z najlepszych kaskaderów swoich czasów, Fred Kennedy).

Jakby na przekór powyższemu to także bezpieczny i przyjazny widzowi film, w którym możemy zapomnieć o latających kończynach, tryskającej krwi i innych nieprzyjemnych obrazach z pamiętnika frontowego chirurga. Okrucieństwa wojny najczęściej nie rzucają się w oczy, obecne są na drugim tle lub w ogóle poza kadrem – efekt cenzury i kategorii wiekowej z tamtego okresu. Zresztą Ford nigdy przesadnie nie epatował przemocą w swoich projektach. Ale podobnie, jak w innych niezapomnianych tytułach tego reżysera, również i tutaj juha stanowi jakby naturalny element środowiska, a i znajdzie się parę momentów tyleż przejmujących, co bolesnych. Reszty dopełnia wyobraźnia odbiorcy.

Horse Soldiers4

Na armatę!

Z dzisiejszej perspektywy Konnica nie stanowi zatem rewolucji, ani też w żaden sposób nie jest kinem wybitnym, a zaledwie dobrym. Na pewno jednak nie bezbarwnym, jak sądzili swego czasu krytycy i publiczność. Ta ostatnia zresztą nie dopisała i film okazał się finansową porażką. Być może przez wzgląd na jego wielogatunkowość. Western to bowiem tylko z pozoru. Bardziej rasowe kino wojenno-historyczne z elementami romansu i dramatu – z końmi, ale bez kowbojów, Indian i pojedynków w samo południe. Szczęśliwie jest to dość zjadliwy mariaż. Miejscami twórcy ciut za bardzo faworyzują jedne elementy i wątki, bagatelizując zarazem inne. Lecz wszystkie zdają się do siebie pasować, nie sprawiają wrażenia wrzuconych na siłę, zbędnych.

Całość gra i cyka oraz, co ważniejsze, przekonuje do siebie.

Niepowodzenie w box office spowodowane było w dużym stopniu także, a może przede wszystkim zakulisowymi zagrywkami, które sprawiły, że The Horse Soldiers (bo taki jest tytuł oryginalny) chcąc nie chcąc, zapisało się na kartach dziesiątej muzy. To właśnie ten film – a nie, jak przyszło się sądzić, późniejsza o cztery lata Kleopatra z Elizabeth Taylor – zapoczątkował trwającą do dziś modę przepłacania gwiazd w Hollywood. Holden z Wayne’em wynegocjowali sobie za swój występ horrendalne jak na tamte lata stawki: blisko 800 tysięcy dolarów plus 20 procent zysków ze sprzedaży (gdyby film wypalił, razem byłby to praktycznie okrągły milion, jeśli nie więcej). Biorąc pod uwagę, że pierwotnie ich role przyjąć mieli odpowiednio James Stewart i Clark Gable, producenci z nieistniejącej już The Mirisch Company musieli sobie potem pluć w brodę.

Na planie

Szczęśliwie kinomaniacy nie muszą tego robić, jeśli film przegalopuje im koło nosa. To ciekawa i uczciwa dawka ruchomego obrazu, który jednakże bardziej docenią miłośnicy gatunku (lub jednego z nich) oraz zapaleni historycy (acz oni będą mieli też znacznie większe używanie). Z pewnością warto Konnicę obejrzeć, choć jeśli idzie o western, dorobek obu Johnów i Holdena, to w każdym z nich znajdziemy bogaty wybór zdecydowanie lepszych pozycji na wieczorny seans. To pisząc, daję jednocześnie łapkę z kciukiem w górę, czyli zachęcającego lajka. Jak to się mówi: kto strzela, nie błądzi.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane