Recenzje

VINCI (2004)

"Vabank" pod respiratorem, czyli współczesna historia o zuchwałej kradzieży i zuchwałym oszustwie.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Upadła dama z wielką łasiczką

Ciekawe, co myślał sobie reżyser Juliusz Machulski, przystępując do produkcji filmu Vinci? Być może już wcześniej przygotował listę błędów i niedoróbek, które złożyły się na ogólną klapę Superprodukcji oraz jej proPGRowskiego poprzednika (Pieniądze to nie wszystko)? Być może drżącymi rękoma chwytał za pióro, tworząc niepewnie nowy scenariusz, który miał zadecydować o tym, czy kultowy przed laty reżyser przetrwa, czy też zostanie pożarty przez nową falę Trzaskalskich i Gajewskich z jednej i starą, przebrzmiałą bandę Krzysztofów i Andrzejów z drugiej strony. I znalazł Machulski świetne wyjście z tej nieciekawej sytuacji. Skoro bowiem ani o PGR-erze, ani o showbiznesie zrobić filmu nie potrafi, to może chociaż z dwojga złego wróci do kina, które mu przed laty całkiem nieźle wychodziło. Tak oto powstał swoisty Vabank pod respiratorem, czyli współczesna historia o zuchwałej kradzieży i zuchwałym oszustwie opatrzona prześlicznym i jakże chwytliwym tytułem Vinci.

Jeśli ktoś ją w nowym filmie Machulskiego spróbuje ukraść i skopiować, to będzie to czynił kulturalnie i z klasą.

Ileż to razy kino pastwiło się nad dziełami sztuki, zalewając, gniotąc i podrabiając niemych świadków rozwoju cywilizacji? Najwięcej cierpień przeszła zapewne Upadła madonna z wielkim cycem, która w słynnym serialu Allo Allo! ukrywana była w przeróżnych miejscach: od żołnierskich spodni poczynając, na kryjówce w kiełbasie kończąc. Dama z łasiczką mistrza da Vinci, wisząca sobie spokojnie w muzeum Czartoryskich w Krakowie, może więc tylko z politowaniem spojrzeć na ogrom tragedii hojnie obdarzonej przez naturę koleżanki. Bo nawet jeśli ktoś ją w nowym filmie Machulskiego spróbuje ukraść i skopiować, to będzie to czynił kulturalnie i z klasą. Nie dla niej więc ciasne spodnie i kryjówki w kiełbasie. Dla Damy przygotowano metalowe teczki, skrytki w samochodach i pozłacane ramy. Dama jest więc chodzącą burżuazją wśród obrazów – swoistym Balcerowiczem otoczonym przez Lepperów.

Zaszczytu przeprowadzenia kradzieży stulecia dostąpi niejaki Cuma (Robert Więckiewicz) – doświadczony i wyrafinowany złodziej dzieł sztuki. Do pomocy Cumie zwerbowany zostanie zaś Szerszeń (Borys Szyc), który ma wobec starego kumpla spory dług wdzięczności. Sprawa jednak nie jest prosta. Dama z łasiczką wyjeżdża bowiem na dwa miesiące do Japonii i wypadałoby ją przechwycić w czasie drogi powrotnej. Niestety obraz będzie prawdopodobnie eskortowany przez starego znajomego naszego mistrza przekrętu, czyli policjanta Wilka (Marcin Dorociński), który przez cały czas ma Cumę na oku. Sama kradzież to jednak za mało.

Bardziej ekonomiczne wydaje się w tej sytuacji zrobienie genialnej kopii. A może nawet nie jednego egzemplarza, a na przykład dwóch? Mamy więc finalnie trzy obrazy, trzy damy i trzy łasiczki. Do tego dwóch złodziei, jednego upartego policjanta, paru potencjalnych klientów oraz – co najważniejsze – genialny duet krakowskich fałszerzy. Magda (Kamilla Baar) i Hagen (Jan Machulski) po prostu „malują to, co już namalowane”. Robią to jednak niezwykle precyzyjnie i oczywiście nie całkiem charytatywnie. Dalej jest już tylko plątanina kolejnych wydarzeń, trochę niespodzianek fabularnych, kilka zabawnych tekstów i dość widowiskowy jak na nasze rodzime warunki, całkiem przemyślany finał. A więc inteligentne kino rozrywkowe? Ku wielkiemu zdziwieniu znudzonej polskiej publiczności chyba jednak TAK…

Film Machulskiego to kolejna opowieść o złodzieju – artyście, genialnym rzemieślniku kradzieży, który ukraść potrafi wszystko z każdego, nawet najlepiej strzeżonego miejsca. W Hollywood historie tego typu przekrętów pojawiają się dość regularnie. Zasady, którymi kierują się scenarzyści takich produkcji, są jasne i przejrzyste. Przede wszystkim wymagana jest tu mnogość wątków pobocznych, dopełniona z reguły charakterystycznymi, ale niejednoznacznymi postaciami oraz odpowiednim montażem całości. Sprostanie powyższym warunkom nie jest proste i tylko nielicznym udaje się stworzyć naprawdę dobry i zaskakujący film opowiadający o błyskotliwym oszustwie. Mamy więc na tym polu perełki takie jak Dom gry Mammeta oraz całkiem nieudane produkcje w rodzaju Przekrętu (nomen omen) doskonałego.

Nieumiejętnie buduje klimat całej historii, przez co tworzy opowieść mało emocjonującą.

W tym miejscu wypada z bólem serca stwierdzić, że Machulski stawia przed sobą zadanie niezwykle trudne. Ma jednak przy tym pełne pole do popisu – jest reżyserem, scenarzystą i producentem w jednej osobie. I tak naprawdę popełnia tylko jeden błąd – nieumiejętnie buduje klimat całej historii, przez co tworzy opowieść mało emocjonującą i lekko niespójną stylistycznie. Z jednej strony jest to bowiem film statyczny i stonowany – produkcja kapitalnie zilustrowana zdjęciami Edwarda Kłosińskiego, który robi co może, aby nadać trochę duszy przedstawionym w filmie zaułkom Krakowa.

Z drugiej strony zaś na nic zdają się starania operatora i próby budowania jakiejkolwiek atmosfery w momencie, gdy bohaterowie filmu co chwila rzucają w stronę widza „spoko tekstami” rodem z filmów Olafa Lubaszenki. Te dwie konwencje pasują wszak do siebie jak pięść do nosa. Nie mam nic przeciwko ani jednej, ani drugiej stylistyce – każda z nich ma bowiem swój specyficzny koloryt – ale łączenie przygód złodzieja dżentelmena z werbalnym bogactwem Poranku kojota to skok na główkę do basenu, z którego właśnie spuszczono wodę. Tym niemniej jednak śpieszę z wyjaśnieniem, że dialogi w filmie Vinci, mimo iż są „trendy”, to jednak wydają się być przy tym zaskakująco familijne, czyli w wolnym tłumaczeniu: „mało wulgarne”, co w polskim kinie stanowi godny naśladowania ewenement.

Juliusz Machulski, mimo że wyczucie stylu ma aktualnie raczej żadne, naśladować swoich zachodnich kolegów umie perfekcyjnie. Vinci to bowiem film jak najbardziej profesjonalny, z zaskakującą, nieco „zakręconą” intrygą, dobrze nakreślonymi postaciami, widowiskową kulminacją fabuły i świetnym aktorstwem. Reżyser odważnie stawia tutaj wszak na aktorów mało znanych, z których najlepiej spisują się grający główną rolę Robert Więckiewicz oraz zupełna debiutantka Kamilla Baar. Jej ekranowa energia i elokwencja przypominają momentami Jolantę Fraszyńską z czasów, kiedy jeszcze nie została zaszufladkowana jako aktorka telewizyjna. Jak ryba w wodzie czuje się oczywiście w filmie także Jan Machulski, który talent do grania oszustów i fałszerzy ma chyba zapisany w genach.

Poza Machulskim seniorem brak tu innych znanych nazwisk. Nie ma Lindy, Deląga, Pazury, Kożuchowskiej, Figury, a nawet Żmijewskiego. Czy jest to w takim razie aby na pewno film polski ? Z całą pewnością NIE, jeśli traktować wyrażenie „kino polskie” jako zgoła niepochlebny epitet. Machulski przez 108 minut projekcji robi co może, aby odkleić od swego dziełka etykietkę „rodzimego filmu sensacyjnego”. I chwała mu za to…

Vinci to porządne kino rozrywkowe, a także dobrze zaprojektowana i świetnie zrealizowana kalka produkcji zza oceanu. To, co jest jednak kalką w odniesieniu do kina Hollywood, może być równie dobrze pompowaniem świeżej krwi w wątłe ciało ledwie dychającej polskiej kinematografii. Ta świeża krew to z pewnością nowe aktorskie nazwiska, momentami zaskakujący i POPRAWNY scenariusz i godna pochwały techniczna precyzja całości. To w końcu długo oczekiwane polskie kino komercyjne, którego po prostu nie musimy się wstydzić. I chociaż Machulski chwytając się ponownie koncepcji Vabanku czyni krok wstecz, to tak naprawdę robi mimo wszystko krok naprzód. Zdaje się bowiem mówić: „Tak proszę państwa, nad Wisłą da się kręcić sensowne filmy dla masowego widza.” Dlatego też końcową ocenę stawiam trochę na wyrost, ale za to w dobrej wierze…

Tekst z archiwum film.org.pl (17.09.2004).

Ostatnio dodane