Recenzje

Vincent chce nad morze

„Vincent chce nad morze” nie jest filmem złym. To przeciętne, ale sprawnie zrealizowane i dobrze zagrane kino z kluczem, który każe zwrócić nam uwagę na to, że powierzchowna ocena drugiej osoby nie jest rzeczą wskazaną (tak, nieco banalnie).

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Podróż z Tourettem

W czasach, kiedy na mapach znajdowały się jeszcze białe plamy, zwykło się je oznaczać łacińską sentencją hic sunt leonestu są lwy. Tajemnicze punkty zaplątane w sieci równoleżników oraz południków rozpalały wyobraźnię odkrywców i przeciętnych zjadaczy chleba, którzy z zapartym tchem słuchali relacji z dalekich wypraw. Dziś lwy już na mapach nie ryczą. Co jakiś czas odzywają się jednak na naszym rodzimym podwórku, znacząc ścieżki, jakimi podążają polscy dystrybutorzy kinowi. Sposób ich rozumowania chyba na zawsze pozostanie już dla mnie terra incognita.

A teraz kilka faktów. „Vincent chce nad morze” to niemiecki dramat, który światową premierę miał w roku 2010. W polskich kinach film zadebiutuje 27 września 2013 roku, a zatem mamy trzyletni odstęp pomiędzy premierą światową a premierą polską. Nie to dziwi jednak najbardziej. Bardziej zastanawia mnie to, co kieruje dystrybutorem wprowadzającym do kin film, który w polskim internecie dostępny jest od roku 2011, i to z profesjonalnym polskim lektorem (niestety nie udało mi się dotrzeć do informacji, z jakich źródeł taka wersja wypłynęła, najbardziej prawdopodobna wydaje się być emisja filmu w telewizji). Rozumiem i popieram wyświetlanie w kinach klasyki kina lub ogólnie niedostępnych filmów festiwalowych, nawet w dużym odstępie od premiery. Totalnie nie rozumiem jednak, czemu wprowadzać do dystrybucji kinowej film przyjemny, ale i przeciętny, ogólnie dostępny (nie oszukujmy się), mający już swoje lata. Sukces finansowy? Propagowanie tzw. „kultury wysokiej”? Przedziwne, czuję na plecach oddech lwa.

Pomińmy jednak dywagacje na temat zdroworozsądkowości dystrybutora, który – swoją drogą – robi dla polskiego kina całkiem dużo dobrego (Aurora Films odpowiada za pojawienie się na polskich ekranach wielu oryginalnych i wartościowych tytułów, wspiera promocję kina festiwalowego) i przejdźmy do recenzji filmu, który dał początek tej dygresji. „Vincent chce nad morze” to niemieckie kino drogi. Kino drogi w pełnym tego słowa znaczeniu – opierające się na starych jak świat schematach, wedle których podróż po autostradzie jest również metaforą przemian bohaterów i stosunku widza do tychże. Na próżno szukać w nim jakiejkolwiek oryginalności, świeżego podejścia do tematu. Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia z kinematograficzną tragedią.

Bohater tytułowy to młody mężczyzna cierpiący na zespół Tourette’a. Poznajemy go w trakcie pogrzebu matki, która przegrała walkę z chorobą alkoholową. W wyniku napięcia spowodowanego mszą żałobną Vincent doznaje ataku choroby i musi opuścić kościół. W kolejnych scenach dowiadujemy się, że dla jego ojca najważniejsza jest kariera, a syn jest dla niego jedynie kulą u nogi. Aby usunąć go ze swojego życia, postanawia oddać Vincenta do specjalistycznego ośrodka. Na jego terenie Vincent poznaje inteligentną anorektyczkę – Marie, oraz cierpiącego na zaburzenia kompulsywne Alexandra. Wkrótce cała trójka ucieka z ośrodka, kradnąc samochód przełożonej, która – wraz z ojcem Vincenta – wyrusza na ich poszukiwania. Tak rozpoczyna się droga.

Tak jak wspominałem, film Floriana Davida Fitza nie zadziwi nas żadną scenariuszową woltą, która przełamie schemat charakterystyczny dla tego typu kina. Od samej drogi, która jest w przypadku „Vincenta” jedynie serią wypadków oraz przypadków, ważniejsze są wnioski, jakie wyciągają z niej bohaterowie i widzowie. Jest klasycznie, mamy zatem do czynienia z nieco moralizatorską historią o tym, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami, a choroba nie jest wyznacznikiem odmienności. Sens filmu jest zatem dość oczywisty (właściwie od pierwszych minut), dziwić mogą niektóre rozwiązania fabularne, o których – aby nie zdradzić zbyt dużo – pisać nie będę.

„Vincent chce nad morze” nie jest filmem złym. To przeciętne, ale sprawnie zrealizowane i dobrze zagrane kino z kluczem, który każe zwrócić nam uwagę na to, że powierzchowna ocena drugiej osoby nie jest rzeczą wskazaną (tak, nieco banalnie). Mimo tego, że sama historia jest raczej dramatyczna i niezbyt wesoła, znajdziemy w niej również sporo humoru sytuacyjnego, który zdecydowanie ułatwia i uprzyjemnia odbiór filmu. Do obejrzenia, ale bez owacji na stojąco.

Ostatnio dodane