VHS

VHS: Coś (The Thing)

Dzisiaj kanon kina science-fiction, w swoich czasach zdobywca niezliczonych pamfletów

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

„Coś” za nami chodzi

Coś trafiło na polski rynek VHS-ów za pośrednictwem ITI – dużego dystrybutora kładącego nacisk na profesjonalizm wydania. Niestety.

Jeżeli liczycie na kiczowate reklamy i koszmarne zwiastuny, to czeka was rozczarowanie. Taśma rozpoczyna się trailerem Poszukiwaczy zaginionej Arki, a następnie lektor zapowiada „nowy film Wesa Cravena, reżysera Koszmaru z ulicy Wiązowej” (sic!). Tytuł wprawdzie nie pada ani razu, ale wystarczy kilka kadrów, aby rozpoznać Węża i tęczę z 1988 roku. Chwilę później pojawia się charakterystyczna muzyka Johna Carpen… Co? To Ennio Morricone? Ten człowiek naprawdę zasłużył na Oscara.

John Carpenter rozczarował natomiast Rogera Eberta, jednego z najbardziej cenionych amerykańskich krytyków filmowych, któremu nie spodobały się „powierzchowna charakteryzacja” oraz „mało prawdopodobne zachowanie naukowców”. Wszystko wskazuje więc na to, że Ebert popełnił błąd kardynalny i pomylił film klasy B z filmem dokumentalnym. Wyznawców Carpentera nie muszę przekonywać, jak bardzo niedorzeczne jest wnikanie w psychologiczne motywy działań badaczy zaatakowanych przez gumowego kosmitę, który jak na 1982 rok wygląda imponująco, choć zdecydowanie ohydniej niż smukły, falliczny Obcy autorstwa H. R. Gigera. Temu po prostu trzeba dać się ponieść.

Jedynym, który może powstrzymać weterynaryjny koszmar, jest Kurt Russell wyglądający, jakby przed chwilą skończył pić kawę w Starbucksie.

Fabuła Coś jest znana powszechniej niż treść Pana Tadeusza, ale dla odświeżenia – dwunastoosobowa amerykańska ekspedycja wiedzie nudne życie na Antarktydzie, gdy pewnego dnia zjawia się norweska ekipa strzelająca na oślep w pozornie niewinnego psa. Każdy fan black metalu doskonale wie, że z rozwścieczonymi Norwegami nie ma żartów, a w dodatku prawy Amerykanin zawsze musi stanąć w obronie zwierzęcia, więc bez zbędnych pytań niespodziewany gość zostaje zneutralizowany. Szybko okazuje się jednak, że „najlepszy przyjaciel człowieka” chce się aż zanadto zaprzyjaźnić… Jedynym, który może powstrzymać weterynaryjny koszmar, jest Kurt Russell wyglądający, jakby przed chwilą skończył pić kawę w Starbucksie.

Garstka aktorów i zaledwie kilka lokalizacji są narzędziami tworzącymi doskonałe warunki do rozkwitu paranoi. Już po kilku minutach każdy każdego zaczyna obrzucać oskarżeniami, a strach przed siłami spoza naszej planety łączy się ze strachem przed niegdysiejszymi kompanami. Sceny kłótni i przerzucanie się podejrzeniami budują napięcie wyraźnie odbijające się na układzie nerwowym widza. Samo ujawnienie się Czegoś – choć często równie przerażające, co w Obcym – przynosi natomiast chwilową ulgę. Mamy tu więc sytuację zgoła odmienną niż w przypadku większości horrorów. Standardem jest wyciszanie nastroju, aby każdy przejaw gwałtowności zdawał się jeszcze bardziej intensywny. W Coś rozczłonkowywanie, podpalanie i wysadzanie w powietrze na kilka minut oczyszcza atmosferę, pozwala złapać oddech. Carpenter nie ujawnił epilogu historii, a otwarte zakończenie to najlepsze z możliwych rozwiązań – dzięki niemu nie mamy innego wyjścia, jak tylko przełknąć nawarstwiający się przez niemal dwie godziny strach zamiast pozbyć się go tuż po pojawieniu się napisów końcowych. Przewinięcie kasety i włożenie jej do pudełka nie jest końcem, Coś pozostaje w myślach jeszcze na długi czas. Szkoda, że Carpenter od ponad dwudziestu lat nie wyreżyserował równie solidnego filmu, ale może dobrze się stało, że po fatalnym Oddziale odpuścił i obecnie znany jest przede wszystkim jako muzyk.

W Coś rozczłonkowywanie, podpalanie i wysadzanie w powietrze na kilka minut oczyszcza atmosferę, pozwala złapać oddech.

Andrzej Matul (lektor znany przede wszystkim z Nowej nadziei) przeczytał dialogi bezbłędnie, ale trudno się temu dziwić, skoro autorem tłumaczenia jest Tomasz Beksiński – nie rzemieślnik, lecz prawdziwy pasjonat, o czym najlepiej świadczy sposób, w jaki zdobył pracę w ITI. Otóż funkcjonujące w obiegu filmy o Bondzie były tak rażąco źle przetłumaczone, że wzburzony (a jak wiemy z Ostatniej rodziny, potrafił się wzburzyć) przygotował własną wersję Ośmiorniczki i po prostu rzucił ją na biurko dystrybutora. Oczywiście nie każdemu podobała się tak skrajna pewność siebie, czego najlepszym dowodem jest słynny cytat z Tomasza Knapika: „Beksiński był strasznie zarozumiały – uważał, że jest najlepszy, zwłaszcza do filmów science fiction. I ja mu kiedyś, niestety, wygarnąłem, że tylko w swoim pojęciu jest takim dobrym tłumaczem, bo w moim jest wyjątkowo gównianym”.

Tuż po premierze Coś Vincent Canaby oburzał się na łamach „The New York Times”: „Jest to rozrywkowe tylko wtedy, kiedy czyjeś potrzeby zaspokajają takie widoki, jak głowa chodząca na pajęczych nogach; autopsje psów i ludzi, w trakcie których wnętrzności eksplodują, przyjmując inne, niełatwe do zidentyfikowania kształty; odcinanie dłoni; podpalenia; macki przypominające robaki, które wychodzą z odciętej głowy; dwa albo więcej spalonych ciał złączonych tak, że przypominają żeberka oblane sosem barbecue”. Cóż… Dla mnie lepszej rekomendacji nie trzeba.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane