Recenzje

UNIWERSALNY ŻOŁNIERZ. 25 lat od premiery

Uszy do góry i kieliszki w dłoń, czyli wznosimy toast za film akcji, który nie bierze jeńców.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Efektownie, brutalnie i jak najbardziej na plus

Kiedy wspominam kino lat 90., mam wrażenie, że co miesiąc premierę miało przynajmniej kilka pozycji, które chciałem obejrzeć. I nie mówię tu nawet o tytułach-monolitach w stylu Pulp Fiction, Urodzonych morderców, Trainspotting czy Gorączki. Dookoła regularnie pączkowały też filmy „tylko” bardzo dobre lub dobre – akcyjniaki, thrillery czy SF. Dla miłośników solidnego kina rozrywkowego był to wspaniały czas, kiedy – parafrazując jedną z postaci Pamięci absolutnej – aż chciałoby się mieć cztery głowy, żeby zobaczyć więcej. W tym ogrodzie pełnym kwiatów, pomiędzy Speed, Liberatorem, Twisterem, Ściganym i Obcym 3  i wieloma innymi, znajduje się też Uniwersalny żołnierz. Nie jest to zapewne ulubiony film naszych czytelników (mój zresztą też nie), ale pozycja, która wielu z nas zapadła w pamięć i funkcjonuje jako przykład mocnego, treściwego kina akcji, które nie patyczkuje z widzem. Trudno w to uwierzyć, ale właśnie minęło ćwierć wieku od premiery tego obrazu. Jest to doskonała okazja, by sprawdzić, jak obszedł się z nim czas.

Wietnam, 1969 rok. Sierżant Andrew Scott oszalał – zabija zarówno cywili, jak i towarzyszy walki. Powstrzymać go próbuje inny żołnierz, Luc Deveraux. Obaj stają do walki i giną. Okazuje się jednak, że w USA to armia mówi ci, kiedy żyjesz, a kiedy nie. Obaj panowie zostają ożywieni i włączeni do ściśle tajnego programu – staną się superżołnierzami bez pamięci i własnej osobowości, za to o niezwyklej sile i sprawności. Czy jednak GR44 i GR13 (bo tak brzmią nowe imiona wojaków) potrafią zapomnieć o wietnamskich przeżyciach i wzajemnej nienawiści?

Był to pierwszy film nakręcony przez Rolanda Emmericha – późniejszego twórcę Gwiezdnych wrót, Dnia niepodległości i Godzilli – na jankeskiej ziemi. Dwa lata wcześniej zrobił on w Niemczech niezłe widowisko SF, Księżyc 44, dzięki czemu uzyskał pewien kredyt zaufania u amerykańskich producentów i 23 miliony na swój nowy tytuł. Był to także pierwszy projekt, na planie którego dwie ikony kina akcji – Jean-Claude Van Damme i Dolph Lundgren – mogły zagrać razem. W tamtych czasach obaj uchodzili za przysłowiowe gorące bułeczki, a ich plakaty można było znaleźć i na siłowniach, i nad łóżkami nastolatek. Przede wszystkim zaś dumnie reprezentowali ukochany gatunek i kodeks macho. Film wyprodukowała wytwórnia Carolco, wprawiona w wypuszczaniu hitów, często zamieniających się potem w klasyki (Terminator 2, Pamięć absolutna, Nagi instynkt ). Uniwersalny żołnierz nie okazał się wielkim sukcesem kasowym. Wyszedł na plus, i to z solidnym zapasem, ale furory w kinach nie zrobił. Oczywiście, potem dociskał jeszcze solidnie na rynku video, do którego w jakiś naturalny sposób pasował.

Zarówno w Polsce, jak i wielu innych krajach świata taśma z obrazem stanowiła dobro pierwszej potrzeby. Oglądany po latach, film robi zaskakująco dobre wrażenie – pod warunkiem, że lubimy obrazy proste, dosadne i brutalne. Jest to tytuł-zmora dla osób wrażliwych, ceniących spokój i harmonię; dla szukających pokrzepienia serca czy wreszcie dla przypadkowych widzów z pozytywistycznym podejściem do kina jako źródła pożytecznej wiedzy. Bo Uniwersalny żołnierz to bardzo niemądra, ale bardzo przyjemna rozwałka.

Fabularnie mamy tu wariację na temat ożywiania martwej tkanki, kolejny wariant Frankensteina, tyle że w wybuchowo-militarnym sosie. Historia jest prosta jak drut, a jej rozwój ma służyć tylko i wyłącznie mnożeniu kolejnych atrakcji kina w typie „zabili go i uciekł”. I dobrze; pozostaje patrzeć i cieszyć oczy. Zacznę od tego, że jak na film za 23 miliony wszystko wygląda tu na tip-top. B-klasowa fabuła została otoczona solidną tkanką mięśniową dobrego wykonania i wysmarowana oliwką dobrych chęci. Rzecz jest efektowna już od pierwszych scen. Niezłe, pełne mroku i dramatyzmu są sceny w Wietnamie. Doskonale prezentuje się akcja odbijania zakładników na tamie Hoovera. Całe tło wojskowo-medyczne wypada przekonująco i efektownie. Nie musimy być fanami militariów, by docenić udany obraz całości. Kapitalnie wypada ciężarówka-laboratorium, służąca do transportu i monitorowania stanu uniwersalnych żołnierzy. Jest to masywny, budzący grozę pojazd z rozkładającymi się modułami, którego wnętrze przypomina statek kosmiczny. Znajdziemy w nim mnóstwo elektroniki i sprzętu medycznego o futurystycznym wyglądzie. Ciężarówkę zazwyczaj spowijają kłęby pary. Jej pościg za policyjnym autobusem tuż przy krawędzi skarpy to mały festiwal efektownej destrukcji i napięcia.Pustynne krajobrazy Arizony są cholernie klimatyczne i przyczyniają się do wykreowania dusznej, zawiesistej atmosfery morderczego starcia. Sami żołnierze prezentują się całkiem stylowo: piaskowe kombinezony i kamerka na oku, w dłoni nowoczesna broń. Niby nic wielkiego, ale sprawdza się.

Ostatnio dodane