Recenzje

UNA. Debiut wyprany z emocji

Uznany reżyser teatralny pierwszą walkę z wymaganiami stawianymi przez kino przegrał z kretesem.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Są debiuty reżyserskie, które wypadają niezwykle okazale, ale są też takie, przy których zastanawiamy się, dlaczego debiutant zdecydował się stanąć za kamerą. Benedict Andrews, którego pierwszy film Una z 2016 roku można było oglądać podczas zakończonego niedawno festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, mieści się niestety w tej drugiej kategorii. Uznany reżyser teatralny pierwszą walkę z wymaganiami stawianymi przez kino przegrał z kretesem.

Choć można było się spodziewać sporego ładunku emocjonalnego w tej kontrowersyjnej historii, całość wypada blado i płasko.

Trudno będzie w to uwierzyć zwłaszcza tym, którzy znają sceniczny dorobek Andrewsa i wiedzą, z jakimi aktorskimi tuzami miał do czynienia. Jest autorem adaptacji Tramwaju zwanego pożądaniem dla londyńskiego Young Vic, w której wystąpili Gillian Anderson i Ben Foster, a w jego Pokojówkach na podstawie Jeana Geneta wystąpiły Cate Blanchett, Isabelle Huppert i Elizabeth Debicki. Mimo to w Unie jakby nie poradził sobie z aktorami, którymi dysponował, przez co zwolennicy talentu Rooney Mary i Bena Mendelsohna będą mocno zawiedzeni debiutem Andrewsa. Choć można było się spodziewać sporego ładunku emocjonalnego w tej kontrowersyjnej historii, całość wypada blado i płasko, jakbyśmy zamiast charyzmatycznych aktorów oglądali na ekranie postaci złożone z kartek wymiętego papieru.

Una, adaptacja sztuki Blackbird Davida Harrowera, opowiada historię tytułowej młodej kobiety (Mara), która jako 13-latka została uwiedziona, wykorzystana i porzucona przez dorosłego sąsiada i przyjaciela jej ojca, Raya (Mendelsohn). Narracja w debiucie Andrewsa prowadzona jest dwupłaszczyznowo – poznajemy zarówno teraźniejsze losy bohaterów, jak i ich historię sprzed lat, a współczesne i retrospektywne kadry przenikają się w nieuporządkowany, dynamiczny sposób. Jedni uznają to za interesujące rozwiązanie, pozwalające lepiej wniknąć w tkankę narracji, innych taki sposób opowiadania zirytuje – bez względu na preferencje w tym względzie, nie to jednak należy uznać za najsłabszy element Uny. Są nimi – o ironio! – emocje, które w tak kontrowersyjnym i głęboko angażującym na poziomie moralnym temacie powinny odgrywać rolę pierwszoplanową. Tymczasem Mara i Mendelsohn, aktorzy, którym wszechświat nie poskąpił talentu, przypominają amatorów, którym dodatkowo ktoś podał środki odurzające. Efekt jest taki, że zamiast zaangażowanej emocjonalnej gry oglądamy potyczkę w muzeum figur woskowych, gdzie na bezpłciowy gest odpowiada równie niecharyzmatyczna reakcja.

Doprawdy trudno zrozumieć tę realizacyjną znieczulicę. Roman Polański w Rzezi potrafił w iście teatralnym stylu przeprowadzić na ekranie emocjonalną wiwisekcję, wykorzystując czwórkę aktorów, Stevenowi Knightowi w Locke do tego samego wystarczył powściągliwy Tom Hardy i kilka głosów w słuchawce. Benedict Andrews, twórca, który na teatrze zjadł zęby, nie potrafił przenieść swoich scenicznych umiejętności na plan filmowy i stworzył dzieło nużące, mało angażujące, a do tego brzydkie. Una jest bowiem obrazem ponurym, surowym i źle sfotografowanym, korzystającym ze zbliżeń nie wtedy, gdy jest to najbardziej wskazane, rozpraszającym uwagę widza ujęciami nic nieznaczących sprzętów i wnętrz. Wygląda to tak, jakby sam Andrews w trakcie kręcenia zorientował się, że nie będzie w stanie zainteresować widza treścią i szukał szczęścia w tylko na pozór stylowych kadrach. Tu także się nie powiodło – scenografia Uny nie działa na wyobraźnię, nie ugina się pod ciężarem symboli i metafor. Wręcz przeciwnie – podobnie jak relacje postaci, całe tło, na którym umieszczono konfrontację głównych bohaterów, jest całkowicie wyprane z tożsamości. Być może gdyby pomiędzy Uną i Rayem kipiało od emocji, mało wyraziste tło byłoby rozwiązaniem wzmagającym kontrast pomiędzy planami, ale gdy wszystkie elementy wypadają równie blado, miałkość staje się nie do zniesienia.

Una Benedicta Andrewsa weszła w obieg festiwalowy w aurze dzieła niepokornego i angażującego emocjonalnie – takie opinie musiały być efektem znakomitej pracy agentów PR, bo z rzeczywistością nie mają wiele wspólnego. Debiut doświadczonego reżysera scenicznego okazał się absolutnym falstartem i nie byłoby żadnym zaskoczeniem, gdyby Andrews nie podjął już kolejnej próby zaistnienia w kinie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane