Ranking

OBEJRZAŁABYM ZNOWU, ALE… Seriale, na powtórkę których szkoda mi czasu

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Doktor House

House znalazł się na tej liście z jednego jedynego powodu i nazywa się on Hugh Laurie. Nie uważam, żeby House był dobrym serialem (być bardziej schematycznym niż 90 procent procedurali to spore osiągnięcie), ale uważam też, że warto go obejrzeć (i powtórzyć) z powodu Lauriego. Gdyby nie on i jego charyzma, House prawdopodobnie znikłby po pierwszym sezonie. Czasami zdarza się, że drugoplanowi bohaterowie są na tyle ciekawi, że zatrzymują widzów, ale sam jeden Wilson jednak by nie wystarczył, a o reszcie nawet nie ma co wspominać. Dla aktorstwa Hugh Lauriego naprawdę obejrzałabym całość od początku do końca jeszcze raz… tylko może gdyby serial był mniej schematyczny…

Downton Abbey

Prawdę mówiąc, mimo mojej miłości dla brytyjskich produkcji i produkcji kostiumowych w ogóle – nigdy nie uwielbiałam tego serialu. Było tam ciut za dużo opery mydlanej, niemniej chętnie bym obejrzała jeszcze raz, żeby sprawdzić wrażenia po latach. Zapamiętałam Downton Abbey jako ładny, wygładzony serial, postacie jako akurat wystarczająco sympatyczne, a całość jako dobrą odskocznię od jesiennej szarówki. Zapamiętałam też niestety ostatnie sezony jako zdecydowanie gorsze od pierwszych, co na razie skutecznie powstrzymuje mnie przed odświeżeniem sobie całości. Żeby tam była chociaż jedna postać, którą rzeczywiście bardzo, ale to bardzo lubiłam – a tak to ciągle odwlekam, bo szkoda czasu…

Kości

Uwielbiam seriale proceduralne, a Kości to jeden z pierwszych, jakie widziałam. Lubiłam Angelę, lubiłam muzykę, przywykłam nawet trochę do obrzydliwości i ekstremalnych metod pozbycia się zwłok. Mam też do Kości sentyment, bo dzięki nim przeczytałam całkiem niezłe książki Kathy Reichs, na podstawie których powstał serial (mam nawet autograf autorki – przyznała mi się, że nie miała prawa głosu przy obsadzaniu aktorów do głównych ról). Mam jednak też świadomość, że to zwykły serial proceduralny, gdzie rządzą schematy i wątek miłosny – i tak jakoś odkładam przypominanie sobie na później…

Mentalista

Kolejny procedural… Ale mam słabość do różnych sztuczek i zagrań z lubością stosowanych przez Patricka Jane’a. Lubię postacie z konceptem, a Jane był akurat ciekawy. I właśnie dlatego chętnie obejrzałabym Mentalistę jeszcze raz – bawiły mnie jego nieco dziecinne zachowania, zgrywanie idioty, by zmylić mordercę. Z jednej strony duży, uroczy, przesłodki chłopiec, z drugiej strony rzeczywiście wykończony, załamany i zgorzkniały mężczyzna. Choć wątek miłosny, wyjątkowo mało prawdopodobny i niezbyt interesujący, można było sobie akurat darować, to ponownie w zestawieniu pojawia się serial, który odniósł spory sukces właśnie dzięki wdziękowi aktora. Szczery, chłopięcy uśmiech Simona Bakera po prostu rozbraja.

Na kolejnych miejscach znalazłyby się:

Tożsamość szpiega (Burn Notice) – lubiłam postać Fiony Glenanne i podzielałam jej chęć do wysadzania wszystkiego, co irytujące, ale znów tyle odcinków…

Merlin – naprawdę sympatyczna bajka, ale znów trochę za mało ambitna i za bardzo dziecinna.

Eureka i Magazyn 13 – mam duży sentyment, ale boję się, że przy powtórce pryśnie czar wspomnień. Wrzucone razem, bo to samo uniwersum i te same powody do (nie)oglądania.

Ostatnio dodane