Recenzje

TULIPANY (2004)

Świeże i czyste polskie kino.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

U Borcucha w ogródku

Uwaga! Tekst może zdradzać pewne elementy fabuły filmu!

RÓŻNE KOLORY TULIPANÓW

KLASYCZNIE, ALE POD PRĄD

To miał być film odcinający się od jakichkolwiek eksperymentów formalnych. To miał być powrót wielkiego polskiego kina lat osiemdziesiątych. To miała być – w końcu – klasyczna, prosta narracja i zgoła niewyszukany scenariusz. Paradoksalnie jednak gotowy materiał okazał się być czymś więcej. Nie żadnym powrotem ekranowej klasyki, lecz świeżym i czystym polskim kinem. Obrazem ciepłym, zabawnym, dyskretnie zadumanym i rozbrajająco idealistycznym. Reżyser Jacek Borcuch sadząc swe Tulipany we wściekle radosnej glebie pożyczonej z ogródka Grocholi, skutecznie jednak ucieka od głupkowatej stylistyki Nigdy w życiu!. Do pozytywnego przesłania dodaje bowiem Borcuch spokojną, wyciszoną poetykę rodem z Mojego Nikifora. Na takim gruncie rosną, z jednej strony dziecięco naiwne, z drugiej strony całkiem dojrzałe w formie filmowe Tulipany. I niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że młode polskie kino nie zdążyło dorosnąć…

Są filmem niemodnym, niepoprawnym i stojącym w opozycji do wymagań współczesnej kultury.

Tulipany są filmem niemodnym, niepoprawnym i stojącym w opozycji do wymagań współczesnej kultury. Modna jest bowiem ostatnio walka z przeszłością (Warszawa, Wesele i – z innej beczki – Pręgi), poprawne są jasne i koniecznie kontrowersyjne stanowiska, a współczesna kultura fascynuje się przede wszystkim sielankową przyszłością i nieustannym rozwojem. Tulipany stają zaś pośrodku. Łączą kiedyś i teraz, starość i młodość, historię i teraźniejszość. W całą tę warstwę ideologiczną Borcuch wkomponowuje zaś jeszcze zadumę, dość beztrosko łącząc ją z dziecięcą naiwnością, a chwilami nawet z (miejmy nadzieję świadomym) kiczem. Historia kierowcy rajdowego, który na kilka dni uziemiony zostaje w szpitalu, jego przyjaciół oraz syna harmonijnie łączy wszystkie powyższe pojęcia w płynną i urzekającą całość. Tulipany to ciąg zwyczajnych rozmów, długich ujęć i pozornie mało istotnych zdarzeń. I właśnie dzięki temu od Tulipanów bije zarazem dziecięcy optymizm, jak i – całkowicie już dorosły – uzdrawiający spokój. Dwa powyższe czynniki stanowią więc swoistą perspektywę, po przejściu przez którą świat Borcucha staje się przestrzenią całkowicie wyidealizowaną. Kontrasty zaś, które z taką gracją reżyser usiłuje mieszać, przestają być nagle istotne.

PRZESZŁOŚĆ A PRZYSZŁOŚĆ

Obserwując przeszłość ukazywaną przez polskie kino i polską prozę oraz przeszłość widzianą przez pryzmat naszej świadomości społecznej, w większości przypadków ujrzymy obraz wiecznej i często niewymuszonej pokuty. Czy chcemy czy nie, w narodowych wspomnieniach zawsze dominować będzie ucisk i konieczność walki z realnym wrogiem lub kuriozalnym systemem. Polaka zawsze męczyli i uciskali, a ten odważnie stawiał czoła przeciwnościom i bohatersko walczył, nie wiedząc nawet, czy kiedykolwiek dostanie cukierka. Dzisiaj z cieniem umęczenia i mentalnego zastoju powoli zaczynamy już dyskutować. Tymczasem Jacek Borcuch z nikim kłócić się nie zamierza – on już dawno zaczął się śmiać…

Przeszłość w Tulipanach – po raz pierwszy chyba w rodzimej kinematografii ostatnich lat – ukazana jest sielankowo, sentymentalnie i pozytywnie. Nie istnieje tu komunistyczny absurd i kolejka pod spożywczym. Nie istnieją tu strajki, złodziejstwo i partactwo. Przeszłość u Jacka Borcucha to kraina radosnego sacrum. To ta przestrzeń, która nigdy nie istniała, a która tkwi ciągle na płaszczyźnie naszych wspomnień. A są to wspomnienia pastelowe, zamazane i nieostre. Przez to oczywiście także nieprawdziwe i niewiarygodne. „Prawda” jednak zarówno w Tulipanach, jak i w wyobraźni, przegrywa w walce z kuszącą iluzją…

Cienie przeszłości zostają wymazane. I tak oto wspaniale wyretuszowana historia styka się u Borcucha z teraźniejszością. Teraźniejszość – jak to zwykle teraźniejszość – jest zbyt zdezorientowana, żeby cokolwiek sensownego o sobie powiedzieć. Brak jej samoświadomości. (na filmowego Dzieciaka wszyscy wszak mówią, że wygląda gorzej niż ojciec, on sam zaś wydaje się być tym zaskoczony). Gdy jednak „dzień dzisiejszy” styka się z „dniem wczorajszym” (tak jak bohater Andrzeja Chyry zapoznaje się z pamiątkami ojca) odkrywa w sobie – tak ważną w kulturze – absolutną ciągłość. Odnajduje historię w sobie i widzi, jak piękna jest to historia. Odkrywa więc most łączący „TERAZ” z „WTEDY”. I chociaż na początku wypiera to połączenie („Nie wiem, po co tu przyjechałem” – mówi bohater Chyry), to potem już bez ogródek zaczyna badać, co właściwie wynika dla niego z takiego właśnie spojrzenia wstecz.

Kolejnym etapem jest zaś synteza. I dopiero połączenie dwóch przeciwstawnych doświadczeń (przeszłości i teraźniejszości) owocować może świadomą PRZYSZŁOŚCIĄ. Gdyż znając już kierunek, łatwo wyznaczyć powinniśmy cel, do którego przyjdzie nam dążyć. Czy Jacek Borcuch nie prezentuje nam więc swoistej filmowej psychoanalizy bohatera? Psychoanalizy, która zmusza współczesnego człowieka do zadawania samemu sobie podstawowych pytań: „Z czego wyrosłem?”, „Kim jestem?” i „Dokąd idę?”. A gdy ich adresat już na nie odpowie, być może poczuje, że nie jest cząstką absurdalnej i bezcelowej całości. W każdym razie nie do końca absurdalnej i niezupełnie bezcelowej.

Ostatnio dodane