Recenzje

Trzeci człowiek

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Kino moralnego pokoju w najlepszym wydaniu

Tekst gościnny z archiwum film.org.pl. Autorką jest Elżbieta Obroślak.

Chyba każdy, nawet najbardziej rasowy kinomaniak ma wśród swoich ulubionych filmów przynajmniej jeden taki, do którego wraca nie tylko z powodu mistrzowskiej reżyserii, genialnego aktorstwa czy pięknych zdjęć. Ja też, bez uzasadnionych powodów, mogłabym stale oglądać Casablankę Curtiza, Gosford Park Altmana i właśnie Trzeciego człowieka Reeda.

Trzeci człowiek to kamień milowy w rozwoju czarnego kryminału. Powstał w jednym z okresów świetności kinematografii brytyjskiej, za podstawę mając dobry scenariusz pisarza Grahama Greene’a, przeżywającego wówczas szczyt swojej popularności. Obraz zrealizowany przez Reeda przyniósł mu całkowicie zasłużoną sławę wirtuoza kamery, mistrza technicznego szczegółu i specjalisty w tworzeniu atmosfery. Oddzielną i szeroko omawianą kwestię stanowi stopień współuczestnictwa w rzeczonym projekcie Orsona Wellesa. Czy ograniczył się jedynie do odtworzenia postaci Lime’a? Nie mnie to rozsądzać – z Wellesem czy bez, Reed podpisał się pod jednym z najlepszych filmów, jakie zdarzyło mi się do tej pory oglądać.

Reżyser przenosi widza do powojennego, wynędzniałego Wiednia, podzielonego na cztery strefy, kontrolowane przez siły państw sprzymierzonych. To miasto, w którym kwitnie pokątny handel, noc zdaje się trwać 15 godzin na dobę, a ulice, błyszczące od mżawki, osnuwa lekka mgła. Czas i miejsce zdają się wprost wymarzone dla prowadzenia rozmaitych nielegalnych interesów, z czego skrzętnie korzysta niejaki Harry Lime, rekin czarnego rynku, spekulant handlujący sfałszowaną penicyliną, która doprowadziła do śmierci lub kalectwa leczone nią dzieci.

Lime jest bardzo skomplikowaną postacią o wielu twarzach, postrzeganą zgoła odmiennie przez ludzi, z którymi zetknął się w różnych okolicznościach. Holly Martins ma go za dobrego przyjaciela, który w trudnej sytuacji ofiaruje mu pomoc; Anna patrzy na niego przez pryzmat swojej miłości, idealizuje go; dla inspektora Callowaya Harry to zwykły morderca. Która z tych twarzy jest prawdziwa? Tego nie wie chyba nikt, faktem pozostaje jednak, że Lime popełnił niejedno przestępstwo, stworzył własną filozofię życiową i kierując się jej zasadami, postawił się poza nawiasem społeczeństwa. Jego droga to krąg zbrodni. I nie ma dla niego żadnej alternatywy, dokonał ostatecznego wyboru, który determinuje jego postępowanie, uniemożliwiając mu powrót do normalnego życia. A gest, który zrobił wobec Holly’ego Martinsa, trzymającego pistolet? Wyrażał prośbę o darowanie życia czy był jedynie wyrazem rezygnacji i zgody na taką a nie inną śmierć?

third 2

Kim był dla niego Martins? Wydaje się, że Lime zmienił zdanie na temat swojego przyjaciela po rozmowie przeprowadzonej na diabelskim młynie w wesołym miasteczku (kiedy to napięcie zdawało się niemal namacalne, a widz mógł jedynie biernie oczekiwać nagłego rozwiązania konfliktu, który swe ujście znaleźć miał w śmierci jednego z bohaterów). Harry stwierdza jednak, że to Holly, reprezentujący „zdrowe”, moralne społeczeństwo, przyjął niewłaściwą postawę, która uniemożliwia mu osiągnięcie sukcesu. Reżyser zdaje się jednak delikatnie sugerować, że to właśnie moralne społeczeństwo najpierw stworzyło Harry’ego, a następnie dało mu możliwość rozwijania zbrodniczej działalności.

Martins, detektyw-amator, chociaż pomógł policji w zlikwidowaniu groźnego przestępcy, poniósł całkowitą porażkę na froncie osobistym. Nie dość, że wydatnie przyczynił się do śmierci byłego przyjaciela, to jeszcze pozostał zdrajcą w oczach Anny Schmidt, która mija go jak obcego człowieka, idąc szybkim krokiem, z kapeluszem wciśniętym głęboko na oczy.

Obraz Reeda to najlepsza rola Orsona Wellesa – zawsze w półmroku, z cynicznym uśmiechem, na ekranie pojawia się na kilkanaście minut, ale swoją niepokojącą obecnością znaczy cały film. Partneruje mu znakomity Joseph Cotten i równie dobra Alida Valli. Nie sposób zapomnieć także o wcielającym się w postać „zdeklasowanego arystokraty” Erneście Deutschu, który w filmie para się dość mętną w założeniach pracą, czy Erichu Ponto w roli tajemniczego doktora Vinkela.

Charles Chaplin uważał, że dźwięk zabija jedną z najważniejszych sztuk – pantomimę, ale dziś nie jesteśmy już chyba w stanie wyobrazić sobie dzieła filmowego bez niego. Idąc dalej, ja nie jestem w stanie wyobrazić sobie filmu Carola Reeda bez muzyki Antona Karasa, samorodnego talentu, który na potrzeby Trzeciego człowieka skomponował prosty motyw muzyczny wygrywany na cytrze – instrumencie znanym w Bawarii, Styrii i Tyrolu. Melodia cytry zdaje się bezpośrednio wiązać z postacią Harry’ego Lime’a, podkreślać otaczający go nastrój tajemnicy, współgrać z mrocznym pejzażem Wiednia. Ścieżka dźwiękowa rzeczonego filmu do dziś pozostaje dla mnie najlepszą w historii kina.

Na zakończenie pozostaje mi przywołać jeszcze kultowy cytat autorstwa trzeciego człowieka, który stanowi najlepszą rekomendację jego owianej tajemnicą osoby: „Włochy pod rządami Borgiów – wojna, przelew krwi i kłębowisko intryg, a wyprodukowali renesans, Leonarda i Michała Anioła. A Szwajcaria? 500 lat pokoju i demokracji i co mają? Zegar z kukułką”.

Kino moralnego niepokoju w najlepszym wydaniu.

Ostatnio dodane