Recenzje

TRAINSPOTTING ZERO – RECENZJA KSIĄŻKI IRVINE WELSHA

Irvine Welsh w formie. Trainspotting zero to geneza i kolejny rozdział historii o chłopakach z Edynburga, którzy zakochali się w heroinie.

Autor: Karolina Nos-Cybelius
opublikowano

Do księgarń trafiło niedawno polskie wydanie najnowszej powieści Irvine Welsha, Trainspotting zero. Jest to prequel historii opowiedzianej w Trainspotting (w Polsce wydanej też pod tytułem Ślepe tory). Nowa książka szkockiego autora to geneza upadku Rentona, Sick Boya, Spuda, Begbie’ego i reszty ich ekipy. Dowiemy się z niej, jak przed laty zaczęło się narkotykowe szaleństwo w Edynburgu i Londynie. Natomiast na początku przyszłego roku poznamy dalsze losy bohaterów Welsha w filmowym sequelu Trainspotting. Film zatytułowany T2: Trainspotting – podobnie jak kultowy już dziś obraz sprzed dwóch dekad – wyreżyserował Danny Boyle.

trainspotting2poster-0-0

Na jednej z ostatnich stron Trainspotting zero czytamy:

Chyba nie zapowiada się, żeby jakiś sławny gościu miał kręcić film o naszym życiu, co?

A jednak bohaterowie Welsha nie po raz pierwszy trafiają na ekran. Oprócz już wymienionych książek, zekranizowano też inne powieści i zbiory opowiadań Welsha, Na kwasie (The Acid House), Ecstasy, Brud (Filth).

Trainspotting – geneza

Trainspotting. W angielskim slangu „szukanie żyły do wstrzyknięcia narkotyku”. Nietrudno domyśleć się, o czym pisze Welsh w swoich powieściach. A o czym konkretnie traktuje Trainspotting zero? Edynburg, lata osiemdziesiąte. Świat to jeden wielki kibel. Obok wiktoriańskich kamienic wyrastają blokowiska i biurowce z prefabrykatów i betonu. To początek rządów Żelaznej Damy, Margaret Thatcher, początek nowej epoki. Jednak za „dobrą zmianę” przyjdzie obywatelom Wielkiej Brytanii słono zapłacić.

Strajki, starcia demonstrantów z policją, monstrualny wzrost bezrobocia. Tysiące młodych pozbawionych zajęcia ludzi na ulicach. Nie mają pracy, pieniędzy ani perspektyw, a czymś muszą się zająć… Welsh pokazuje ciemną stronę thatcheryzmu. Jak wygląda codzienność młodego Brytyjczyka? Czym żyją bohaterowie Trainspotting zero? Muzyką punkową, footballem, przesiadywaniem w pubach. Zadymami po meczach, bójkami, drobnymi kradzieżami i włamaniami do domów bogaczy. Seksem, wreszcie narkotykami. Najpierw miękkimi, z czasem twardymi. Najpierw tylko paleniem, później wstrzykiwaniem w żyłę. Ostatnim przystankiem na ten trasie jest HIV albo skok z dachu…

trainspotting-movie-poster-artwork

Sick Boys?

Bohaterowie Welsha – a przynajmniej ich większość – to inteligentni młodzi mężczyźni. Renton cytuje Schopenhauera, Kierkegaarda i Nietzschego, namiętnie czyta Ulissesa Joyce’a oraz zgłębia życie i twórczość Fitzgeralda. Studiuje i marzy o zagranicznych podróżach. Rezygnuje z tego wszystkiego z miłości do heroiny. Sick Boy może nie jest równie oczytany, ale codziennie zagląda do słownika, by poznać nowe mądre pojęcie i jego definicję, a jak już coś powie, to człowiek się czuje, jakby oglądał film Tarantino. Arogancko, ale elokwentnie, z humorem i autoironią. Tylko kto powiedział, że inteligentni ludzie nie popadają w nałogi…

Większość to zwyczajne chłopaki, co zaćpali, żeby uniknąć wstydu nic nierobienia.

Tragikomedia

Welsh wali prawdą w twarz. Jego książki charakteryzują brutalne obrazowanie i wulgarny, naturalistyczny język. Ćpanie, przypadkowy seks, zezwierzęcenie i podążanie za instynktami. Ciało, które zawodzi, umysł, który z ciebie kpi…

Trzeba jednak zaznaczyć, że to nie jest powieść wyłącznie o narkomanii. Welsh kreśli w Trainspotting zero cały szeroki obraz egzystencji bohaterów. Opisuje relacje rodzinne, indywidualne traumy i wspomnienia, od których jedyną ucieczką jest działka. Przemoc, narkotyki, autodestrukcja – to nie bierze się tylko z nudy, przychodzi w miejsce czegoś, co zostało utracone albo świadomie zniszczone. Z czasem bohaterowie ukazują swoją ludzką twarz, obnażają słabości, poznają samych siebie. Właściwie to przechodzimy ten proces z nimi w trakcie lektury. Forma i treść powieści jest głównie komiczna, ale bywa też tragiczna. Choć, jak twierdzą niektórzy, te pojęcia zawsze idą w parze, bo tragedia i komedia to jedno i to samo, różni je tylko kwestia percepcji, perspektywy…

Konstrukcja i narracja książki są dość złożone, ale ich podstawowy walor to autentyzm. Każdy z  bohaterów ma tu głos. Ale, co ważne, nie opisują oni tych samych wydarzeń z różnych perspektyw, co jest ostatnio w literaturze modne. Nie, tutaj każdy opowiada o innych epizodach, które razem składają się na w miarę linearną powieść. Druga rzecz, która sprawia, że ta quasi-autentyczna opowieść wydaje się jeszcze bardziej wiarygodna, to zapiski Rentona. W książce są wydrukowane charakterystyczną czcionką, która imituje pismo ręczne. Są błędy, skreślenia, wszystko to, co znajdziemy w prawdziwym pamiętniku czy dzienniku. Naprawdę łatwo wczuć się w żywioł tej opowieści. Do tego dochodzi jeszcze narracja trzecioosobowa. Jest kilka rozdziałów z perspektywy zdystansowanego obserwatora, ale narracja pierwszoosobowa przeważa. Znajdziemy tu też tak zwany „Dziennik z czasu epidemii”, coś na kształt zbioru wycinków z gazet komentujących sytuację społeczną i polityczną; podających dane statystyczne odnośnie do wzrostu narkomanii i liczby zakażeń wirusem HIV; przybliżających historię tego, jak za sprawą pewnego koncernu farmaceutycznego w latach osiemdziesiątych narkotyki stały się ogólnodostępne, a Edynburg zyskał miano „europejskiej stolicy AIDS”.

Pamiętniki narkomanów

Książki o borykaniu się z nałogami – narkomanią szczególnie – są zwykle naznaczone moralizatorskim tonem, swoistym dydaktyzmem. Są mało wyrafinowaną przestrogą. U Welsha tak nie jest. Autor pokazuje oba oblicza zabawy z narkotykami, ale nie wydaje ocen. Po prostu opisuje jak sprawny reporter.

Wychowano mnie w przekonaniu, że wystarczy jeden skręt z haszyszu, aby mnie zabić. Okazało się oczywiście, że to bzdura. Potem była jedna kreska speedu. Tabletka kwasu; wszystko kłamstwa rozpowszechniane przez samobójców, co chcą wykończyć wszystkich chlaniem i fajkami.

Pierwszy raz to coś niezwykłego. Każdy gest jest celebrowany z namaszczeniem. Całe te przygotowania, łyżka, woda, biały proszek, igła, strzykawka, zapalniczka. Gotowanie działki to ceremonia. A potem punkt kulminacyjny. Igła wbija się w żyłę i… „Jaaaaa, jest zajebiście”. Wszystko emanuje pięknem, „kanty i ostre brzegi się wygładzają”, ciało staje się nieważkie, znika ból fizyczny i napięcie psychiczne. Euforia. Chcę więcej. Kolejne orgazmiczne doznania i jeszcze więcej ekstazy. A potem traci się kontrolę. Zaczyna się od dekadencji, kontestacji i buntu, a kończy na totalnym upodleniu. Koniec z pięknymi odlotami, zostaje syf, kiła i mogiła… Czas na odwyk, który jednak jest tylko iluzją, na która wszyscy się godzą.

Jestem po detoksie i oficjalnie nie jestem uzależniony od heroiny pod względem chemicznym. Jednak w tej chwili pragnę jej bardziej niż kiedykolwiek.

Dzienny limit, kontrola – samooszukiwanie. Znamy ten schemat z wielu powieści i filmów o narkomanii, ale Welsh pisze inaczej niż inni. Nie jest apologetą ćpania, ale też nie potępia go jednoznacznie. To wybór jak każdy inny.

Z drugiej strony za narkomanię, jak za wszystko inne, trzeba kogoś obwinić. U Welsha wszystkim dostaje się  po równo. Autor nikogo nie faworyzuje i nikogo nie oszczędza. Liberałowie i konserwatyści, katolicy i protestanci, establishment i ludzie z nizin społecznych, młodzi i starzy, Żydzi, imigranci, etc. Ktoś mógłby powiedzieć, że bohaterowie Welsha to w większości rasiści i mizogini, ale ja powiedziałabym raczej, że mizantropi. Oni nienawidzą wszystkich po równo. Czują się dobrze w swojej paczce – choć i tutaj coraz częściej dochodzi do spięć, na jaw wychodzi pozorność tych kumpelskich relacji – jest kilka osób, z którymi żyje się jak w rodzinie, ale cała reszta tylko zawadza.

Na koniec obrywa się głównym bohaterom. Welsh demaskuje ich jako relatywistów i hipokrytów. Narzekają na państwo, ale wykorzystują prawo do zasiłku i ćpają na koszt społeczeństwa… Na chwilę biorą na siebie odpowiedzialność, twierdzą, że rozumieją ciężar konsekwencji tego, co robią, obiecują z tym skończyć, ale już po chwili, gdy głód przyciśnie, tłumaczą, że są za słabi, by przestać.

Epidemia i susza

Rok 1984 – nie ten Orwellowski, prawdziwy – to w Wielkiej Brytanii rok rasizmu, nienawiści, zazdrości, donoszenia sąsiada na sąsiada, i rok epidemii. A właściwie to nawet dwóch. Epidemia wiązów holenderskich i epidemia HIV, którego przyczyną w dziewięciu na dziesięć przypadków było „dożylne stosowanie narkotyków”. Zakażone drzewa są wycinane i palone, a w ich miejsce sadzone nowe. Trzeba usunąć te chore, by nie pozarażały innych. Z narkomanią, wirusem HIV i AIDS nikt nawet nie próbuje walczyć. Niech ćpuny same się wykończą…

Niebawem widmo śmierci staje się bardzo realne. Ale nie z przedawkowania, a z braku heroiny. Śnieżnobiały i trochę mniej szlachetny brązowy pył znikają. Nie można kupić działki, nie ma nawet skąd ukraść. Susza. To wtedy bohaterowie powieści decydują się na desperacki krok. Jak kończy się ten skok stulecia? Dowiecie się, sięgając po najnowszą powieść Welsha.

i-trainspotting-zero

Autofikcja Welsha

Trainspotting zero to wielowątkowa i obszerna (ponad pięćset stron) powieść, którą świetnie się czyta. Aż trudno uwierzyć, że to fikcja literacka. Welsh pisze tak, jakby wszystkiego, o czym opowiada, doświadczył na własnej skórze. Autor nie ukrywa, że w młodości miał problem z narkotykami, więc pewnie po części tak właśnie było.

Swobodne zapisywanie subiektywnych wrażeń w dzienniku daje mi poczucie, że zbliżam się do czegoś w rodzaju prawdy. Pisząc, można korzystać z własnych doświadczeń, lecz w oderwaniu od siebie. Wyraża się pewne prawdy, zmyśla inne. Zdarzenia zmyślone wyjaśniają i tłumaczą tyle samo, a czasem nawet więcej niż wypadki, które autentycznie miały miejsce.

Skoro sam Welsh napisał te słowa – wkładając je w usta jednego z bohaterów –  trudno nie uznać jego pisarstwa za coś, co określa się mianem autofikcji, czyli płynnego połączenia wątków autobiograficznych z fikcyjnymi. Nie ma sensu oddzielanie zmyślenia od faktów, liczy się intencja autora i to, jakie pytania i refleksje wywołuje w nas lektura. A Trainspotting zero wbrew pozorom daje nie tylko kopa, ale też daje do myślenia.

Dla rodowitych Szkotów, i szerzej Brytyjczyków, ta książka na pewno znaczy więcej niż dla polskiego czytelnika, bo jest mocno zakotwiczona w kontekście kulturowym, społecznym i politycznym opisywanego miejsca i czasu. Z drugiej strony łatwo sobie wszystko, o czym Welsh pisze, wyobrazić i odnieść do Polski lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Trainspotting zero to uniwersalne świadectwo pokolenia, fakt, że spisane po czasie, ale nie mniej autentyczne, niż gdyby autor skreślił je w młodości. Pewnie wtedy nie mógł, bo był zbyt zajęty szukaniem dorodnej żyły…

Autor: Irvine Welsh
Tytuł: Trainspotting zero
Tytuł oryginału: Skagboys
Wydawnictwo: Replika
Wydanie: I (2016)
Przekład: Jacek Spólny
Liczba stron: 528
Cena z okładki: 49.90

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane