Recenzje

TRAINSPOTTING. Szkockie żyły

Komedia strzykawkowa z maksymalną oceną.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Książką Trainspotting Irvine Welsh zadebiutował na rynku wydawniczym w 1993 roku. Podłożył nią bombę pod przyzwyczajenia większości czytelników, zwłaszcza tych szukających katharsis czy wyraźnej oceny etycznej bohaterów. Welsh wolał ich nie osądzać; za to pozwolił im solidnie się wyszumieć. Ze smakiem, znawstwem (powieść ma wątki autobiograficzne) i dużym wyczuciem detalu stworzył zbiór ostrych, gryzących scenek na temat grupy heroinistów z Edynburga w latach 80. Opisał świat młodych ćpunów w mięsiście rynsztokowym stylu, pamiętając, by w miejscu, gdzie ktoś inny użyłby eufemizmów, zastosować cięcie w toku akcji – rzucić potężny reflektor na kwiecisty naturalizm i rozkraczony turpizm.

Zrezygnował z linearnej fabuły i postawił na kalejdoskop wrażeń: igły wgryzają się w żyły, ulice i domy cuchną, płyny fizjologiczne strzelają na prawo i lewo, a bohaterowie ćpają, piją, wkurzają się na siebie lub cały świat i oddają kontaktom seksualnym o wysokim stopniu ryzyka. Ich dialogi i monologi wewnętrzne to dziki szkocki slang. Kłębi się tu nihilizm, agresja, szczątkowa świadomość klasowa, punkowe i piłkarskie sympatie, obrzydzenie względem turystów i niepohamowany pęd ku rozpadowi. Ci ludzie kochają jedynie heroinę. Poza tym zmierzają donikąd, o czym dobrze wiedzą – bo też nie chcą zmierzać nigdzie indziej. Wielka powieść – tętniąca życiem i przenikliwa.

Ale, jak mówi jeden z bohaterów powieści: ”Ksionżki są dla pedałów, co przechwalajom się tym, ile przeczytali…”, więc przejdźmy do jej ekranizacji. Powieść nie należała do łatwo przekładalnych na ekran. Dużo tu wątków, postaci, a nić fabularna jest cienka. Jednak reżyser Danny Boyle, twórca Płytkiego grobu, był gotów spróbować. Scenarzysta John Hodge uważał zadanie za niewykonalne, ale po trzeciej lekturze książki stworzył skrypt.I… tłok został naciśnięty.

Ależ ten film kopie. Zapomnieliśmy już, że kino może tak silnie uosabiać energię, ruch i bezpośredni atak na zmysły. Obraz trafił w ducha czasu. Razem z Pulp Fiction, Urodzonymi mordercami wskazywał, że filmy trzeba otrząsnąć z paradygmatu jednorodności gatunkowej i zachowawczych tematów, ujętych w równie zachowawczą formę. Co prawda mamy tu realizm rodem z kina Mike’a Leigh czy Kena Loacha, ale tak napompowany groteską, zawiesistym klimatem i ciętym humorem, że wydaje się to dziś nie do powtórzenia. To nie jest kino społecznie zaangażowanie, ale jest to kino na przekonującym tle społecznym

Co prawda Boyle mówi, że jego dzieło zostało wymierzone w thatcheryzm, lecz w filmie czuć przede wszystkim dziką zabawę. Zamiast “mocnych” tez i prób zamarynowania tematu publicystyczną goryczą czy antynarkotykową retoryką lamentu i przerażenia – mamy tu szalony kalejdoskop scen o smoliście czarnym wydźwięku, które porażają też humorem i wspaniałym obrazem nie dających się nie lubić bohaterów. Młodzi Szkoci – choć zorientowani tylko na grzanie – mają mimo wszystko bliższe nam, zwykłym widzom problemy niż, powiedzmy, ekipa z serialu Przyjaciele. Film częściowo wyjaśnia, czemu bohaterowie wolą grzać niż żyć. Renton, który jest inteligentnym i dowcipnym narratorem historii, ma zapatrywania anarchistyczne – na takiej bazie ciężko zbudować karierę (co mu się jednak na chwilę udaje). Świetnie wyraża to jego monolog („Wybierz…”), który słyszymy, gdy uciekają policji do wtóru kawałka Lust for life Iggy’ego Popa. Z drugiej strony bohater wydaje się po prostu nieodrodnym dzieckiem Edynburga, a ten wygląda w filmie jak malownicza melina. Ba, być może Renton jest też nieodrodnym dzieckiem Szkocji – podbitej przez Anglików, o nieprzyjemnej aurze, pełnej ludzi topiących frustracje w alkoholu i aktach agresji. Wiele wskazuje, że heroina była stałym elementem tła w miejscach, w których żył. Powody nie są jednak tak ważne jak to, że Boyle dopuścił tutaj do głosu stracone pokolenie. Pozwolił im splunąć w stronę tradycyjnych wartości i zaprezentować swoje życie codzienne. Nie tylko ludzie mieszkający w domkach jak ten z American Beauty są sfrustrowani. I nie zawsze wyobcowana młodzież ratuje się, kręcąc na video sceny z fruwającą w powietrzu foliówką. Boyle wpuścił do kin swoją bandę świrów, mając nadzieję, że jednych zauroczą, a innych obrzydzą. Że wbiją ludziom do głów, iż narracja świata sukcesu i język Elle i Cosmopolitan i telewizji śniadaniowej to tylko jedna z milionów możliwych narracji, nie najgłębsza. I że brzydzi ona wielu ludzi tak bardzo, jak sceny wkłuwania się w żyłę brzydzą innych. Że można preferować szprycę i rozmowy o najseksowniejszych dziewczynach Bonda nad włączenie się do świata ludzi wychodzących z domu do pracy albo po gazetkę i witaminy.

Historia jest bardziej spójna i okrojona niż ta książkowa. I dobrze – mamy tu ekstrakt ciekawej fabuły i moc absurdalnych sytuacji. Boyle kręci teledyskowo, jego kamera szaleje, wije się, zmienia kąty ustawienia – zależnie od charakteru sceny i muzyki lecącej w tle. Widać wyraźnie, że kręcono go w epoce agresywnych zespołów typu Prodigy. Nie jest to jednak bezmyślna “siekanina”, mająca nas dezorientować czy tuszować braki. Kamera pozwala nam poczuć zapach tego świata, jego tętno i szemrany urok.

Boyle wpuścił do kin swoją bandę świrów, mając nadzieję, że jednych zauroczą, a innych obrzydzą.

Oto potęga subiektywizacji – nie wystarczy opowiadać o młodych ćpunach ze Szkocji. Trzeba tę młodość, ćpuńskość i szkockość wlać w każdy element filmu, opierając się na materiale gościa, który zjadł zęby na temacie. I udało się – czujemy, jak szlam wnika nam do krwi i przez oczy, i ślizgamy się po nim jak dzieci, pędząc w ekspresowym tempie od wydarzenia do wydarzenia. Film jest precyzyjnie rozkraczony pomiędzy realizmem a efektowną, bardzo plastyczną optyką, która ożywia pogruchotaną świadomość bohaterów. Dajemy się porwać natchnionym dialogom, transowym obrazkom, kamera zaprasza nas na rekonesans po melinach, śmierdzących barach, kiblach; zaglądamy w zafajdaną pościel i w pełne dezaprobaty twarze “normalnych” obywateli. Poznajemy ćpanie od kuchni: kradzieże, które je umożliwiają, grzanie hery, kupowanie hery, odwyki, wspaniałe odloty, przedawkowania, zarzucanie innych narkotyków. Boyle – za Welshem – kocha ulicę. Jej brud, energię, język. Ten jest tu niemalże osobnym bohaterem. To, co wydobywa się z ust postaci, przypomina zmutowaną, pneumatyczną, wściekle wysyczaną wersję angielskiego. Lepką, pełną jadu, typową dla sfrustrowanej klasy robotniczej. Jest w tym języku egzotyczne piękno i siła rażenia karabinu. Nie wiem, jak reżyser, ale Welsh nigdy nie ukrywał zainteresowania narkotykami i nocnym stylem życia. Boyle – bez względu na osobiste preferencje – przedstawił tu szczerze pewną sprzeczność: dragi uskrzydlają, ale też zabijają. Opis środowiska narkomańskiego – bez patosu i bez oburzenia zjawiskiem, za to w atrakcyjnej wizualnie otoczce – zirytował wiele osób, w tym paru polityków, ale Boyle jest uczciwy wobec siebie i widza. Nie kręcił dla krytyka czy polityka. I z niekłamanym zainteresowaniem pochyla się nad chłopakami, którzy nie wybrali życia (pralek, gazet, telefonów, telewizorów i etatu).

Tę ekipę ciężko zapomnieć. Poznajemy bystrego, wygadanego Rentona. Sick Boya, który wydaje się najbardziej cyniczny ze wszystkich i kocha filmy z Jamesem Bondem, poczciwego Spuda i Begbiego “faje mi wyszli” – pijaka i brutala brzydzącego się grzaniem. I wreszcie ich towarzyszka, heroina: zabierająca bohaterów daleko, z dala od szarzyzny, nudy i frustracji, ale okrutna, co zostaje pokazane bez ogródek, jako naturalna część równania.

Grający Rentona Ewan McGregor nigdy później nie był tak porywający, podobnie jak i reszta grających tu wykonawców. Możemy więc spokojnie mówić o koncercie aktorskim. Boyle perfekcyjnie oddaje stany mentalne bohaterów, a także zmiany epoki. Po okresie punkowej fascynacji – pod egidą Iggy’ego Popa – Londyn wita Rentona kawałkiem euro dance, by już wkrótce wprowadzić go w świat muzyki acid house.

Ścieżka dźwiękowa do Trainspotting to rzecz tak wybitnie brytyjska i tak dobrze oddająca “prawdę czasu i prawdę ekranu”, że zalicza się do najlepszych możliwych kompilacji wspierających kino. Obok siebie Lou Reed, Iggy Pop, ale potem także New Order i Leftfield. Odmienne style i (tylko pozornie) różne światy, ale czysty efekt – bohaterów otaczają dźwięki, które wspaniale dopełniają ich strzykawkowy żywot.

Film zyskał status kultowego. Jest wielbiony, cytowany, chętnie oglądany. Z pewnością ułatwił powstanie Human Traffic – tytułu, który bez pudru (za to z wieloma innymi posypkami) przedstawił klubową kulturę na Wyspach.Trainspotting doczekał się niedawno kontynuacji. Film – już z założenia bardziej stonowany – wzbudził zainteresowanie, ale kolejnego przełomu nie było. I sprawa wydaje się tu prosta. “Jedynka” nie opowiadała o młodości; ona nią była.

Ten tytuł, którego bohaterowie co chwilę lądują na podłodze z igłą w żyle, uznaję za bardziej energetyczny niż, powiedzmy, Szklana pułapka, mimo że to w tym drugim bohaterem jest człowiek czynu. Otwierającą film scena, w której Renton biegnie, zaczynając mantrę („Wybierz…”), a Pop – oddany wielbiciel używek – śpiewa o żądzy życia, hipnotyzuje mnie i każe przeżyć seans ponownie. I Mark, i Iggy mają w sobie ten nieklasyczny rodzaj umiłowania istnienia, który bardzo mi odpowiada. Tak, duch czasu i duch młodości jest w Trainspotting silny. A także wspomniana wyżej szczerość, bez której oglądalibyśmy tylko wydmuszkę. Czekam na coś równie bezkompromisowego we współczesnym kinie.

Ostatnio dodane