Recenzje

T2: TRAINSPOTTING. Braci się nie traci

Wigilijna opowieść w świecie Trainspotting.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Wybierz powrót. Kiedy Renton wyważa drzwi do mieszkania Spuda, trochę trudno w ten powrót uwierzyć. Wybierz zdrowie. Gdy Sick Boy, zostawiony na dwadzieścia lat, wciąż wciąga kokainę, wygląda za zdrowo jak na narkomana z takim stażem. Wybierz przyjaźń. Jeśli pamiętamy zakończenie ich poprzednich przygód, trudno uwierzyć, że mieli jeszcze kiedykolwiek ochotę na ponowne spotkanie. Wybierz szczerość. Wszystko, co napisano wcześniej, jest prawdą, jednak reżyserska ręka Danny’ego Boyle’a ratuje tę kontynuację przed fiaskiem.

Piszący te słowa niejednokrotnie wyrażał swoją dezaprobatę wobec pomysłu na Trainspotting 2. Renton, który na końcu poprzedniego filmu parafrazuje słowa z prologu, był pewny, że nie wróci do starego życia. I wybrał. Wybrał zwyczajny jego wariant, ciepłe kapcie, opiekę medyczną, stabilizację, wybrał trzymanie się z dala od Edynburga, a jak się dowiadujemy w kontynuacji – nawet od Szkocji. Nowy rozdział zaczyna się dwadzieścia lat po tamtym wyborze, również sceną biegu, jakby czas dzielący dwa filmy nie istniał. Twórcy wybrali więc zignorowanie tej idealnej klamry kompozycyjnej, która czyniła z oryginału jeden z najlepszych filmów narkotykowych o odstawianiu metodą cold turkey.

Tym razem Renton nie ucieka przed ochroną po kradzieży towaru, za sprzedaż którego kupi działkę heroiny, tylko po prostu biegnie. Biegnie dla zdrowotności podczas sesji na drogiej siłowni, bowiem czysty jest od dwudziestu lat. Potem wskakuje szybki montaż, przywołujący raczej na myśl kino typu heist, bo skaczemy po łebkach – przedstawienie postaci. Spud wciąż tłoczy w siebie heroinę. Sick Boy prowadzi upadający pub oraz nagrywa prominentnych mieszkańców Edynburga podczas uprawiania seksu, aby potem ich szantażować. Furiat Begbie siedzi w więzieniu, ale nie podoba mu się ten stan rzeczy, postanawia więc czmychnąć. Kontynuacja przywołuje również inne znajome postacie, a także wprowadzą nową – bułgarską prostytutkę, którą „opiekuje” się Sick Boy. Fabuła wydaje się więc pretekstowa, aby odbębnić wszystkie elementy, które składają się na produkt o nazwie „trainspotting”, czasami w zbyt jawny sposób, a czasami – z uroczym wyczuciem. Niezbyt często jednak coś nas zaskoczy tak jak rodzinny wątek Begbiego, rozwijany gdzieś tam na uboczu, a z czułością.

Tożsamości nabiera ten zlot absolwentów dopiero we fragmentach, których funkcją nie jest wzbudzanie nostalgii. Jasno i konsekwentnie prowadzony jest wątek Wiktorii, wspomnianej Bułgarki, a momenty zadumy towarzyszą, gdy Boyle próbuje powiedzieć coś o współczesnej Szkocji, tej po wejściu do Unii Europejskiej. Na szczęście reżyser nie zatrzymuje się dłużej na słowach bohaterów, że niby czasy starych, dobrych narkotyków się skończyły, poczciwa, kochana Szkocja nie istnieje, bo dzisiaj nie wiadomo już, co, od kogo i w jaki sposób. Mark Renton wpada ponownie w tyradę o „wybieraniu”, krytykując epokę mediów społecznościowych i samojebek, ale chyba zdaje sobie sprawę, że to jednorazowy podryg refleksji na temat współczesności, bo jej syntezowanie niezbyt mu wychodzi.

Smutne jest trochę oglądanie snującego się, uciekającego przed demonami dnia wczorajszego i reaktywującego stare znajomości Rentona.

To jakby rozliczeniowa Opowieść wigilijna, a postacie przez niego mijane to jedynie mgliste manifestacje poczucia winy, a nie pełnokrwiści ludzie. I na taką interpretację bym się zgodził , gdyby Trainspotting 2 nie zmieniał się w kino zemsty, które próbuje niedoskonałości scenariuszowe wypełniać oniryzmem, psychodelą i rave’owymi dźwiękami.

To wszystko na szczęście dobrze brzmi i wygląda. Ścieżka dźwiękowa to adekwatne dodatki do tej wycieczki, nie coveruje poprzednika, a nawet pokazuje zmiany w muzyce elektronicznej na przestrzeni lat. Można się przyczepić, że metaforyczne fragmenty są tutaj jedynie szpanerskim zabiegiem stylistycznym (w poprzedniku ilustrowały raczej działanie tripów i skrajnych stanów emocjonalnych), ale Danny Boyle potrafi jeszcze zadziwić punkowym gniewem. W jednej ze scen rozgrywających się w klubie nie czuć, że mamy do czynienia z reunionem wapniaków, bo snują się dzisiaj po wielkich miastach tacy wojownicy przeszłości, a żadna żona, konkubina czy córka nie czeka na nich w przytulnym domu. W „jedynce” padły w tym samym klubie słowa, że za dwadzieścia lat zostaną tutaj sami onaniści i rzeczywiście tak się stało.

To kontrolowane widowisko, a gdy aktorzy są ubrani w podobne ciuchy co przed laty, widać, że to również aktorskie wejście w stare, dobrze znane Ewanowi McGregorowi, Ewenowi Bremnerowi i Jonny’emu Lee Millerowi role. Można zaryzykować twierdzenie, że w następnej dekadzie byli heroiniści będą mieli w zanadrzu kilka nowych historyjek do opowiedzenia oraz jeszcze więcej samotności do zagłuszenia. Chciałbym jednak, aby te anegdotki zachowały wciąż tę anarchistyczną werwę.

Najlepiej więc Trainspotting 2 działa jako suplement wypełniony nostalgią, służebny wobec fanów, głośny, ale nie ostentacyjny. To, jak bardzo jest to nierówny film, obrazuje scena wchodzenia na poziom metafikcji. Z jednej strony to tani zabieg, którym asekurowały się seriale najgorszego sortu, kiedy już brakowało im pomysłów, z drugiej – hołd dla oryginału książkowego. Gdy jeden z bohaterów postanawia spisać historię całej tej wykolejonej paczki, ważniejsze niż sama opowieść staje się to, czemu to robi. To swoista autoterapia, zmiana jednego uzależnienia na inne – walenie w kanał przeobraża się w obsesyjne stukanie w klawiaturę. Behawioralni terapeuci daliby za to lajka. I choć w większości obraz jawi się jak podstarzały punkrockowiec z przerzedzonymi włosami, który kompromituje się na domówce u młodzieży, są momenty, kiedy siedząc obok niego, wysłuchujesz, co ma do powiedzenia. Może i zupełnie nie kojarzy, gdzie był przez ostatnich dwadzieścia lat, a jego portki lekko podjeżdżają stęchlizną, lecz anegdoty opowiada wciąż pierwszorzędnie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane