Recenzje

THELMA. Lekcja minimalistycznej grozy

To film, który w dużej mierze nie tyle się ogląda, co odczuwa, zaś owo odczucie zdecydowanie nie kończy się wraz z seansem.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Truizmem byłoby stwierdzenie, że w kinie skandynawskim atmosfera stanowi jeden z najważniejszych elementów. Twórcy tacy, jak Tomas Alfredson, Nicolas Winding Refn czy Joachim Trier doskonale wiedzą, jak budować niepowtarzalny, często niepokojący nastrój w swoich dziełach. Ten ostatni w ubiegłym roku pokazał światu Thelmę, która z miejsca trafiła na listy najlepszych filmów AD 2017. W tym ponurym mistycznym thrillerze twórca Głośniej od bomb za pomocą bardzo oszczędnych środków tworzy atmosferę nieracjonalnego, podskórnego niepokoju, którego nie sposób pozbyć się jeszcze na długo po seansie.

Z czasem, w miarę poznawania Thelmy i jej historii, przekonujemy się o niezwykłości losów bohaterki.

Tytułową bohaterką filmu Triera jest drobna, skromna dziewczyna z norweskiej prowincji, która właśnie zaczęła studiować biologię na uniwersytecie w Oslo. Wychowana w ortodoksyjnej rodzinie, Thelma (Eili Harboe) jest gorliwą chrześcijanką, która nie korzysta z używek i często się modli. Rodzice dziewczyny z jednej strony zaserwowali jej surowe wychowanie, z drugiej – otaczają ją nadmierną opieką. Od początku widz odnosi wrażenie, że relacja bohaterki z matką i ojcem nie jest „normalna” – pomiędzy słowami daje się odczuć niewyjaśnione napięcie, które początkowo przypisujemy rodzinnej pobożności. Z czasem jednak, w miarę poznawania Thelmy i jej historii, przekonujemy się o niezwykłości losów bohaterki. Wszystko zaczyna się, gdy podczas wizyty w bibliotece dziewczyna dostaje ataku jednoznacznie kojarzącego się z padaczką. Pomaga jej wówczas urodziwa Anja (Kaya Wilkins), z którą Thelma wkrótce się zaprzyjaźnia. Bohaterka usiłuje poznać powody swojego stanu zdrowia, tym bardziej, że ataki się powtarzają i są coraz silniejsze. A gdy dochodzi do ataku, z dziewczyną i jej otoczeniem dzieją się dziwne rzeczy…

Kadr z filmu "Thelma"

Nie ulega wątpliwości, że Joachim Trier w tematyce mistycznej czuje się jak ryba w wodzie. Umiejętnie buduje napięcie nawet tam, gdzie z pozoru nic się nie dzieje. Norweg garściami czerpie z konwencji horroru nadprzyrodzonego, choć u Triera tam, gdzie ujęcie zwykle zakończyłoby się jumpscare’em, pojawia się wielce wymowna cisza. Ten minimalizm nie razi – to nie pretensjonalny artyzm, lecz świadoma, oszczędna stylistyka, w której groza rozwija się niespiesznie, ale z efektem równie mocnym, co w porządnym horrorze. Spora w tym oczywiście zasługa muzyki – stały współpracownik Triera Ola Fløttum doskonale wyczuwa, kiedy należy uderzyć w mocniejsze tony, a kiedy znacznie wyciszyć dźwięki, niekiedy w zupełności. Reżyser pozwala sobie także na dużą dowolność w wyborze ujęć – buduje atmosferę zarówno poprzez plany ogólne, jak i wyraźne zbliżenia, zwłaszcza podczas scen zapowiadających kolejne ataki Thelmy. Ta różnorodność technik filmowania powoduje, że fabuła dzieła Triera nie obfituje w liczne wydarzenia, opowieść nie nuży, lecz intryguje.

Thelma to film z różnych względów przewrotny, szczególnie na polu łączenia sfer sacrum i profanum. Bohaterka jest gorliwą chrześcijanką, ale studiuje biologię, a więc akt stworzenia przeciwstawia teorii ewolucji. Wyzwolenie spod skrzydeł ortodoksyjnych rodziców popycha Thelmę w stronę wolnomyślicielstwa, przez co dziewczyna zaczyna eksperymentować z pokusami oferowanymi przez wielkomiejskie życie. Ale ciekawym zderzeniem nauki i mistycyzmu – i odzwierciedleniem konfliktu sacrum kontra profanum – jest sytuacja zdrowotna bohaterki, która poddaje się wszelkim możliwym testom medycznym, ale wciąż doznaje niewytłumaczalnych ataków, wywołujących zdarzenia wymykające się doraźnej racjonalizacji. Trier zdaje się być przekonany, że pierwiastek zagadkowej magii czai się w naszej codzienności, a wyzwalany jest tylko przez nielicznych – i to w ściśle określonych okolicznościach. Norweski reżyser raz jeszcze staje w opozycji do konwencji nadnaturalnego horroru i nie podąża ścieżką „ocalenia zjawy” – u Triera mistycyzm to przyrodzony element naszego świata, którego się nie zwalcza, lecz z nim współegzystuje.

Joachim Trier to reżyser, który nie kręci dużo, ale zawsze jakościowo – jego dzieła są pieczołowicie przemyślane i dostarczają widzom wyjątkowych wrażeń. Nie inaczej jest z Thelmą, która wsącza się w świadomość odbiorcy powoli i równie nieprędko ją opuszcza. To film, który w dużej mierze nie tyle się ogląda, co odczuwa, zaś owo odczucie zdecydowanie nie kończy się wraz z seansem.

Ostatnio dodane